Poligon doświadczalny

O ile jeszcze dekadę temu na staż szli tylko najambitniejsi, o tyle dziś kandydaci na pracowników wiedzą, że bez praktyk w prestiżowym miejscu nie ma dobrego CV.

– Chodzi nie tylko o względy praktyczne (dziś nikt nie zatrudni człowieka kompletnie bez doświadczenia), ale również te czysto psychologiczne: bez praktyki nie jesteśmy w stanie wykorzystać zdobytej na studiach wiedzy – mówi Przemysław Staroń, psycholog biznesu z Uniwersytetu SWPS. – Najlepiej przećwiczyć ją właśnie na praktykach w firmie, w której kiedyś chcielibyśmy pracować.

Patryk Zamorski, Europe director of talent w Dentons, największej firmie prawniczej na świecie, idzie dalej. Przekonuje, że staż pozwala ukierunkować przyszłą karierę. – Jest konieczny do rozwoju. Większość ludzi trafia na studia bez wykrystalizowanego celu. Staż pozwala go obrać – mówi. A Marek Jurkiewicz, general manager Infopraca.pl i coach biznesowy, dodaje, że staż pozwala zweryfikować wyobrażenia na temat pracy w danej branży, zawodzie czy organizacji. – Możemy sprawdzić, czy odnajdujemy się w dużych korporacjach, czy lepsze będą dla nas małe firmy. To sposób na zderzenie wyobrażeń o pracy z rzeczywistością i... uniknięcie późniejszego rozczarowania – przekonuje Jurkiewicz.

Zdaniem Patryka Zamorskiego, aby dobrze wejść w rynek pracy, bezwzględnie w trakcie studiów albo bezpośrednio po nich należy łapać tyle okazji do staży, ile tylko możliwe. Jak jednak wybrać ten właściwy? Marek Jurkiewicz za stratę czasu uważa praktyki, gdzie zakres obowiązków obejmuje jedynie najprostsze prace, jak parzenie kawy czy uzupełnianie papieru w kserokopiarce. – Dlatego warto z rozwagą wybierać firmy, do których aplikujemy – po poziomie rekrutacji i stopniu jej trudności można poznać, jak poważnie firma podejdzie do stażysty – tłumaczy.

Sroga lekcja ogrodnictwa

28–letni Jarek, warszawiak po zarządzaniu na SGGW i podyplomówce na SGH, planista w dziale logistyki międzynarodowego giganta FMCG, dziś nie zgłosiłby się na staż bez dokładnego zbadania terenu, przepytania pracowników i przejrzenia forów. – Srogą lekcję dały mi praktyki studenckie w przedsiębiorstwie ogrodniczym, gdzie byłem traktowany jako tania siła robocza. Traktowano mnie tak jak pracownika fizycznego, choć miałem się uczyć zarządzania produkcją. Przez dwa miesiące od bladego świtu odmrażałem sobie palce, ścinając w szklarni kwiaty. Inaczej było na stażu w firmie, w której dziś pracuję. Tam pozwolono mi się uczyć. Mało tego, dla stażystów organizowano wycieczki do różnych oddziałów firmy. Tłumaczono jej strukturę, zapoznawano z programami używanymi np. do planowania dystrybucji. Gdybym miał wybór, właśnie tam odbywałbym praktyki – mówi Jarek.

37–letnia Agnieszka, licensing manager w amerykańskiej korporacji z segmentu dóbr konsumenckich, swój staż u giganta badawczego AC Nielsen, dziś Nielsen, zapamiętała jako prawdziwy poligon doświadczalny, bez którego jednak nie byłoby jej na stanowisku, które zajmuje dzisiaj. – Przygotowywałam dla account managera prezentacje na 250 slajdów, a potem prezentowałam je przed pracownikami, którzy robili mi „test chamskiego klienta". Moja koleżanka po miesiącu odeszła z płaczem. Ja przetrwałam. To była harówka, o jakiej dziś po prostu nie byłoby mowy. Bo milenialsi i ludzie z pokolenia Y, którzy obecnie wchodzą na rynek pracy, nie mają najmniejszej ochoty pracować po 12 godzin dziennie i wychodzić z biura tylko po to, by paść na łóżko w ubraniu – mówi. – Tyle że może nauczenie się tego, co po stażu potrafiłam ja, zajęłoby trochę więcej czasu – śmieje się Agnieszka. Przyznaje im jednak rację, bo podobnych umiejętności można nabyć bez nadwyrężania zdrowia i narażania się na poniżanie, które pokolenie X przyjmowało jako konieczne. – Dziś chamskiego szefa nagraliby komórką i pozwali o mobbing – mówi. Trochę zazdrości młodym przyjmowanym na staż do jej firmy – są traktowani naprawdę dobrze, a najlepsi, nawet jeśli nie zostają pracownikami, mogą liczyć na dobrą zapłatę. Ona sama w AC Nielsen pracowała za 400 zł miesięcznie. Wprawdzie 10 lat temu, ale nawet wtedy nie można było za to przeżyć.

Przemysław Staroń uważa, że zapłata za staż jest kluczowa, bo dotyka kwestii poczucia godności. – Jeśli wiemy, że pracodawca docenia to, że nie tylko się uczymy, ale przy tym generujemy przychód dla firmy, jesteśmy bardziej wydajni i zdolni więcej się nauczyć – tłumaczy. To istotne także dlatego, że pokolenie Y nie zamierza pracować za darmo. Oni już zrozumieli, że prestiżu nie da się włożyć do garnka.

Zaskocz mnie!

Choć trzeba uczciwie powiedzieć, że maleje znaczenie wielkich nazw. Do niedawna uważało się, że bez stażu w wielkiej czwórce (EY, Deloitte, PricewaterhouseCoopers, KPMG) nie ma kariery w konsultingu, a bez praktyk w Reckitt Benckiser, Unilever czy Procter & Gamble w segmencie FMCG (fast–moving consumer goods – produkty szybko zbywalne). Dziś rekruterzy międzynarodowych gigantów przyznają, że kandydaci z mniej imponującą historią też nie są bez szans. – Z czysto korporacyjnego punktu widzenia jest ogromnym atutem, gdy idąc do wymarzonej firmy, kandydaci mają za sobą staże w wielkiej czwórce. Ale to wąska, elitarna grupa ludzi, a mnie interesują też pozostali – mówi Patryk Zamorski z Dentons. Kandydat na prawnika może zainteresować go stażem w McDonaldzie czy małej firmie. Wszystkim, co świadczy o tym, że jest gotowy wyjść ze swojej strefy komfortu i chce ciągle się uczyć: – Oczywiście kandydat do pracy w Dentons musi być prawnikiem, ale niekoniecznie bardzo doświadczonym. Musi mieć pasję do prawa, umieć się w nim zanurzyć, a my mu w tym pomożemy – wyjaśnia. Wie, że nie należy dyskwalifikować za brak wielkich firm w CV, bo zna wielu czołowych menedżerów, którzy do konsultingu czy doradztwa podatkowego przyszli po studiach humanistycznych. Sam, zatrudniając się w Arthurze Andersenie (wówczas z EY, Deloitte, KPMG i PwC tworzącym wielką piątkę) miał za sobą studia na anglistyce i europeistyce oraz doświadczenie w firmie wprowadzającej na rynek polski luksusowe marki, takie jak Hugo Boss i Kenzo. – A jednak dostrzeżono mój potencjał i gotowość ciągłego uczenia się, dano mi szansę – mówi. Dziś, jako szef rozwoju talentów na Europę, chce wyławiać podobnych pasjonatów. A rozpoznaje ich również po wyborze miejsca stażu.

Networking stażysty

Bo to, jakich umiejętności nabyli podczas praktyk, jest dla niego drugorzędne wobec najważniejszej korzyści ze stażowania – budowania sieci kontaktów. – To ona zaprocentuje w ich późniejszym życiu, pozwalając łatwiej zmienić nie tylko miejsce pracy, ale i sam zawód. Rynek pracy i same profesje zmieniają się dziś tak dynamicznie, że pojęcie „stała praca" powoli odchodzi do przeszłości – tłumaczy Patryk Zamorski. Agnieszka w jednej z firm znalazła się dzięki koleżance ze stażu w gigancie FMCG, którą kiedyś znalazła... w śpiworze pod biurkiem. – Mówiła, że zazdrości mi luzu, który pozwala mi po godz. 22. wyłączyć komputer i spać we własnym domu. Kiedy z ważnego działu odchodziła szefowa, którą oskarżono o mobbing i potrzeba było kogoś profesjonalnego, ale życzliwego, żeby wyciszyć atmosferę, zadzwonili do mnie, bo Beata powiedziała, że nikogo lepszego nie znajdą – śmieje się Agnieszka. W kolejnej pracy spotkała natomiast accounta, dla którego lata temu przygotowywała 250–slajdowe prezentacje. – Pamiętał mnie jako tę, która robiła je najlepiej. Choć był w hierarchii znacznie wyżej, to ze mną najchętniej pijał kawę w korporacyjnej kuchni, a inni nabierali przekonania, że jestem kimś bardzo ważnym – wspomina Agnieszka.

Marek Jurkiewicz dodaje, że sieć kontaktów to wartość dodana nawet najmniej udanych staży. Mają one jego zdaniem jeszcze jedną zaletę: możemy zobaczyć, jak nie postępować ze stażystami i jakie zagrożenie niesie ze sobą brak planowania czy dbałości o efektywność różnych procesów.

Jarek, planista w FMCG, przyznaje, że koszmarnemu doświadczeniu w przedsiębiorstwie ogrodniczym zawdzięcza większą empatię w stosunku do pracowników fizycznych. – Planując dostawy, na magazynierów, kierowców czy dozorców nie patrzę jak na cyferki, ale ludzi, którzy zrywają się do pracy przed czwartą i harują, żeby wyżywić rodziny. I dzięki temu jestem lepszy w tym, co robię – mówi bez cienia wątpliwości. A Agnieszka wie, że ze stażystami, nawet tymi najbardziej hardymi, nie wolno postępować jak z dojrzałym i doświadczonym accountem. – Nie bez powodu na konfrontację z klientem wysyła się ludzi dojrzałych, mających za sobą setki podobnych prezentacji. Oni nie traktują tego osobiście. Dla stażysty może to być projekt życia, ten jedyny, który zadecyduje o jego przyszłej karierze – mówi, wspominając koleżankę, która zrezygnowała z pracy z płaczem. 10 lat później została wprawdzie szefową działu w dużej firmie i regularnie odbiera telefony od headhunterów, ale wtedy długo walczyła z niskim poczuciem własnej wartości.

Jak więc stażować? – Mądrze – odpowiada krótko Patryk Zamorski. A po chwili cytuje zasadę najlepszych dziś rekruterów na rynku: Zatrudniaj ze względu na sposób myślenia i wytrenuj umiejętności.