Po prostu diwa

W głosie, osobowości i muzyce tworzonej przez irlandzką rodzynkę, jak pieszczotliwie jest nazywana Roisin Murphy przez rzesze fanów w Polsce, zakochałem się bez pamięci w 1995 r., kiedy przerzucając płyty u mojego przyjaciela, natknąłem się na album o dziwnej rysunkowej okładce z jeszcze dziwniejszym tytułem.

Zapytany, co to, przyjaciel z tajemniczym uśmieszkiem powiedział tylko: „Posłuchaj". No i się zaczęło. Album mało znanej brytyjskiej formacji Moloko „Do You Like My Tight Sweater" po prostu wstrząsnął moją muzyczną percepcją.

Intrygujące, wielopłaszczyznowe muzyczne plany, arcywspółczesna, rewolucyjna jak na tamte czasy produkcja i brzmienia. Zabawne językowo, absurdalne, surrealistyczne teksty. I przede wszystkim głos wokalistki, oryginalny, dziewczęcy i dojrzały zarazem, z charakterystycznym piaskiem w tembrze. To wszystko spełniło moje marzenia o zespole idealnym.

Kolejne albumy utwierdziły w przekonaniu, że Moloko to najbardziej progresywny, oryginalny i odjechany zespół „popowy" przełomu XX i XXI w. Cały świat zrozumiał wielkość formacji i oszalał na jej punkcie dopiero przy słynnym remiksie piosenki „Sing It Back", której oryginalna melancholijno–niepokojąca wersja znajduje się na drugiej płycie „I'm Not a Doctor" z 1998 r. Ostatni album Moloko „Statues" z takimi przebojami, jak „Familiar Feelings" czy „Forever More" wydany w 2003 r., był najbardziej uładzony brzmieniowo, po czym zespół się rozpadł, podobnie zresztą jak związek lidera Marka Brydona z Roisin.

Niepocieszeni fani z tęsknotą czekali dwa lata. I wreszcie światło dzienne ujrzał solowy album Roisin Murphy „Ruby Blue", stworzony z guru elektronicznym Matthew Herbertem. Niełatwy, poszarpany, nieoczywisty – ponownie pokazał, że wokalistka nie poddaje się oczekiwaniom rynku i po prostu robi, co chce. W tym samym czasie stała się też ikoną mody i stylu, bo oprócz wielu talentów Murphy fantastycznie wygląda w nawet najbardziej ekscentrycznych kreacjach, a jej koncerty słyną z niezwykłych kostiumów i wielokrotnych przebieranek. Rok 2007 przynosi elektroniczno–klubową bombę „Overpowered", po czym Roisin milknie na osiem lat, rodzi dzieci, związuje się z włoskim producentem muzycznym i poświęca się rodzinie oraz pojedynczym muzycznym kolaboracjom.

Milczenie przerywa płytą „Hairless Toys" z zeszłego roku. Album ponownie pokazał, że artystka trendom się nie kłania i robi, co jej w duszy gra, a gra jej ascetyczna asceza elektroniczna, przestrzenne ambientowe plamy i podskórny niepokojący puls.

Najnowsza wydana praktycznie kilka miesięcy później „Take Her up to Monto" jeszcze bardziej rozwija te wątki, tworząc z utworów nieoczywiste wielominutowe minisuity o dość luźnej strukturze, wymagające od słuchacza pewnego skupienia. Ale jest tu i elektroniczna bossanova, i synthpop, i eksperymenty brzmieniowe. A Roisin nie tylko śpiewa ze swingowo–jazzowym zacięciem, ale także melodeklamuje, szepcze i cudownie mruczy.

Ta płyta to bardziej teatralno–muzyczny performance niż kolejna świetna propozycja elektronicznej ikony, jaką jest bez wątpienia Roisin Murphy, i absolutny przykład tak rzadkiej we współczesnym show–biznesie totalnej swobody twórczej i absolutnej niezależności. Nieobiektywny fan piszący te słowa płytą jest zachwycony i wie, że Roisin Murphy zaskoczy jeszcze wielokrotnie. Po cichu liczę na bardzo jazzowy album, którym coraz dojrzalsza artystycznie Roisin przeistoczy się z elektronicznej księżniczki w królową i diwę, którą de facto już jest.

Roisin Murphy, „Take Her Up To Monto"