Pierwszy polski Harrod’s

Od początku wzbudzał kontrowersje. Nie tylko mocną formą, ale i funkcją. Po raz pierwszy w Polsce powstał nie tyle zwykły dom towarowy, ile prawdziwa oaza luksusu, naszpikowana najdroższymi butikami światowych marek. Uniknięto taniego blichtru, powstała elegancka oraz nowoczesna bryła o doskonałych proporcjach i harmonii. Niczym najlepszy fortepian Steinwaya.

W Warszawie, w prześwicie pomiędzy Bankiem Gospodarstwa Krajowego a zwykłym PRL-owskim blokiem przy Alejach Jerozolimskich, stanęła czarna, granitowa bryła. W krzykliwym śródmieściu, gdzie atakują nas migające reklamy i billboardy, minimalistyczna budowla zdaje się być wręcz wycofana.

Dziwne. Bo to dom towarowy, który z natury powinien być wyrazisty, by zwracać uwagę potencjalnych klientów. Jeśli Wolf Bracka (zwana od jakiegoś czasu bezsensownie VitkAc) jest świątynią handlu, to najbliżej jej do przybytków zen. Kojąca spokojem budowla, jeden z najciekawszych budynków Warszawy ostatnich lat, nie powstałaby, gdyby nie kilka wybitnych osobowości. To dzieło nieżyjącego już Stefana Kuryłowicza, jedynego chyba architekta w kraju, który miał wszelkie zadatki, by stać się gwiazdą architektury. Tragiczna śmierć przerwała jego karierę, lecz zbudowana przez niego firma Kuryłowicz & Associates oraz wybitne budynki, w tym Wolf Bracka, przetrwają.

Inwestorem domu towarowego jest rodzina Likusów. Ich nazwisko to marka sama w sobie. Choć na początku lat 90. zaczynali od różnych biznesów, w tym sprowadzania ubrań i komputerów z Azji, od półtorej dekady rozwijają sieć najwykwintniejszych hoteli oraz sklepów w kraju. Formuła ich biznesu jest prosta: stworzyć produkt najwyższej jakości, skierowany do najbogatszych. Często ratują przy tym zabytkowe budowle.

Wolf Bracka zachwyca prostotą. Bryła przypomina czarny fortepian Steinwaya, miękko wyginające się elewacje wpisują się w krzywiznę ulicy Brackiej. Zaokrąglone narożniki korespondują z tradycją nowoczesnych domów towarowych – obłe kształty ma stojący vis-à-vis DH Smyk projektu Zbigniewa Ihnatowicza i Jerzego Romańskiego.

Likusowie, choć to sprawdzony inwestor, stoczyli pięcioletnią batalię sądową o możliwość zabudowania działki przy Brackiej, bo sprzeciwiali się temu mieszkańcy sąsiedniego bloku. Jak wiele inwestycji w Warszawie, tak i ta była blokowana przez przysłowiowe pelargonie na balkonie, które mogą uschnąć z powodu nowego sąsiada (takim argumentem posługiwała się wspólnota mieszkaniowa wstrzymująca budowę wieżowca Złota 44).

Przeciwnicy Wolfa ostrzegali, że budynek przekreśli średniowieczną oś ulicy Brackiej oraz że zniszczy modernistyczny pawilon Chemii projektu Jana Bogusławskiego i Bohdana Gniewiewskiego. Wszystko to prawda, ale oś nie była już czytelna w strukturze miasta i nie służyła nikomu, a sam pawilon, mimo wysokiej klasy architektury, był otoczony dużym, obskurnym parkingiem.

Wolf to znak, że w końcu rzeczy nabierają w mieście właściwych proporcji. Warszawa wychodzi ze szczeniackiego zachwytu galeriami handlowymi budowanymi na obrzeżach. Powstał pierwszy polski Harrod's, gdzie na drogie zakupy jedzie się do centrum miasta. A przy okazji to kawał porządnej, wielkomiejskiej architektury.

Marcin Szczelina  jest krytykiem architektury i kuratorem licznych wystaw architektonicznych