Pieniądze to też towar

Tak samo jak jabłka, bułki czy kapusta. Problem w tym, że nie wiemy, ile za niego płacimy. Gdy idziemy do sklepu, wszystko jest jasne. Cena na półce pokazuje nam, ile coś kosztuje. Kredyt w banku też ma swoją cenę. Tylko ta cena trochę inaczej się nazywa.

I to jest już dla nas, niestety, bardzo poważny problem. Według raportu Open Finance dziś połowa z nas spłaca jakieś kredyty – czy jest to debet na koncie, pożyczka gotówkowa czy zadłużenie na karcie kredytowej. Zaskakujące jest to, że tylko co szósty Polak wie, ile płaci. Delikatnie mówiąc, to fatalny wynik. Bo przecież gdy idziemy do wspomnianego już sklepu, nie zgarniamy z półek wszystkiego po kolei, tylko wcześniej sprawdzamy ceny. Wiemy, że kajzerka kosztuje 30 gr, a kapusta 2,50 za kg. W banku bierzemy kredyt, ale nie pytamy lub nie sprawdzamy, ile on kosztuje. Bo nie zakładam, że nie wiemy, iż kredyt w ogóle kosztuje. Na rynku finansowym istnieje coś takiego jak RRSO, czyli rzeczywista roczna stopa oprocentowania. Pokazuje nam, ile faktycznie płacimy za pożyczone pieniądze. Problem w tym, że tylko 8 proc. z nas potrafi wytłumaczyć, co to takiego jest RRSO. Szkoda. Bo prawie 40 proc. z nas pożycza, korzystając z debetu na koncie lub limitu na karcie kredytowej. A to przecież jedne z najdroższych form pożyczania, formy, które mogą prowadzić do tzw. pętli zadłużenia. Kłopot w tym, że prawie 70 proc. z nas nawet nie wie, co to takiego.

Niestety, to jeszcze nie wszystko. Nie przejmujemy się tym, co to jest historia kredytowa, jak się ją buduje, gdzie można ją sprawdzić. Z badania wynika, że zalewie jedna trzecia z nas ma o tym jakieś pojęcie. Tylko dlaczego? Nie lubimy uczyć się o finansach? Jest to dla nas za trudne? A może panuje błędne przekonanie, że to czarna magia, której i tak nie zrozumiemy? Nic bardziej mylnego. Jeśli idziemy do banku i chcemy pożyczyć 5 tys. zł na rok, zapytajmy, ile po roku w sumie oddamy. Zróbmy to samo w kilku innych bankach, porównajmy oferty i wybierzmy najtańszą. Przecież nie nie jest to nic skomplikowanego. Wystarczy tylko  chcieć.

A może trzeba się dokształcać? Z tym w Polsce, niestety, nie jest dobrze. Jesteśmy jednym z narodów europejskich, który po skończeniu edukacji dokształca się najrzadziej. Robi to zaledwie kilka procent społeczeństwa. Choć może prostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie edukacji ekonomicznej w szkole. Obok matematyki, biologii czy chemii powinien być przedmiot uczący nas funkcjonowania na rynku finansowym. Może gdyby nasza wiedza była głębsza, nie byłoby afery Amber Gold i nie łapalibyśmy się na lokaty oprocentowane na poziomie kilkunastu procent. Takie, w dobie niemal zerowej inflacji, przecież nie istnieją. Chodzi tylko o to, byśmy nie dali się naciągać i okradać.