Piękni kilkudziesięcioletni

„Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pogody, zaplącze drogi, pomyli prawdy, nim zboże oddzieli od trawy. Bronisz się, siejesz wiatr, myślisz: jestem tak młody, czas nas uczy pogody, tak od lat, tak od lat...” – śpiewała Grażyna Łobaszewska. Jednak upływ czasu przestał być problemem wyłącznie kobiet. Coraz częściej stają wobec niego mężczyźni. Bo dojrzałość, ta w męskim wydaniu, już dawno przestała być synonimem starości. Dziś to raczej stan ducha

Jerzy Stuhr

64 lata, aktor teatralny i filmowy. Wykładowca krakowskiej PWST

Teraz muszę nauczyć się samotności
Kiedy człowiek staje się dojrzały? Czasem nie ma to nic wspólnego z wiekiem. Na pewno wtedy, kiedy musi wziąć odpowiedzialność za swoje życie i za życie osób od niego w jakiś sposób zależnych. I na pewno wtedy, kiedy umiera mu mama. Dojrzałość to, wydaje mi się, świadome kierowanie swoim życiem i to w zgodzie z kodeksem moralnym, który się przyjęło. To również unikanie błędów. Ale nie chodzi tu o planowanie życia, bo w to nie wierzę. Owszem, codzienne sprawy można planować, bez tego byłby bałagan, ale życia nie da się zaplanować. Młodość, szczególnie męska, ma to do siebie, że żyje marzeniami. Często jest to zwykła megalomania i porywanie się z motyką na słońce. Potem są z tego tylko rozczarowania. Ja nie bardzo lubię siebie z tamtego okresu. Gorączka, często nieodpowiedzialne zachowania. Z wiekiem nauczyłem się sobie raczej odmawiać i całe późniejsze życie trzymałem się tej dyscypliny.
Przemijanie bardzo dobrze jest przekuć w jakieś dzieło. A przynajmniej mnie to bardzo pomaga, bo człowiek uwalnia wtedy to, co go boli, i czuje się lżejszy. Film „Spis cudzołożnic” z 1995 r. jest właśnie o przemijaniu. Jerzy Pilch, autor książki, bardzo mi wówczas pomógł.
Niezwykle cieszy mnie to, że z wiekiem człowiek zyskuje szacunek innych ludzi. Widzę ten szacunek i to, że jestem w jakimś stopniu autorytetem. Zawsze się raduję, gdy widzę w różnych rankingach, że jestem w czołówce osób, które uważa się za wiarygodne. A w moim zawodzie to rzadkość. Ludzie doceniają moją pracę i to jest bardzo budujące. Dziś kupowałem kwiaty dla żony i pan kwiaciarz do mnie: „Panie Stuhr poszedłby pon do Sejmu, toby my wszyscy na pana głosowali, bo pon uczciwy człowiek jest”. No ale z wiarygodnością posłów bywa jeszcze gorzej niż aktorów.
Z wiekiem stała się dla mnie niezmiernie ważna równowaga wewnętrzna. Potrzebuję absolutnej harmonii w życiu osobistym. Gdy jej nie mam lub coś ją zaburza, staję się niepewny, mam ogólnie zły stosunek do świata i nie mogę twórczo pracować. A tylko dzięki spokojowi czasem mi się udaje. Bo artystą się bywa, a nie jest.

Potrzebuję też teraz totalnej akceptacji środowiska, w którym przychodzi mi pracować. Akceptacja innych i ufność pozwalają na to, by być sobą, a stąd już kroczek do tego, by być twórczym. Z tą mądrością, którą niby nabywa się z wiekiem, bywa różnie. Wydaje mi się, że po prostu trzeba trafić na ludzi, którzy tej mądrości nauczą. Podług mnie, mądrość zamieniłbym tu raczej na ostrożność – w decyzjach, ocenach, zdaniach.
Dojrzały wiek to wreszcie uczenie się samotności. Bliscy, choćby nie wiem jak nas kochali, nie są w stanie w tym pomóc. Trzeba się samemu nauczyć tej samotności i znaleźć w niej satysfakcję i spełnienie. Bo samotność przecież czasem pomaga i wiele uczy. Z wiekiem więc coraz mniej mówię, a więcej słucham.

Andrzej Turski

68 lat, dziennikarz radiowy i telewizyjny.współautor programów, prowadzący „Panoramę” w TVP 2
Dałbym sobie góra 58 lat
Nie wierzę w dojrzałość. To mit, do którego się dąży, ale pełnej dojrzałości nigdy się nie osiąga. Przez całe życie dawałem się nieść fali – i to jeśli chodzi o sprawy osobiste, jak i te zawodowe. Nie planowałem sobie życia. Czy to jest dobra recepta dla innych? Nie wiem, bo taki sposób ma też swoje wady. Dziś na pewno nie zgodziłbym się na niektóre funkcje kierownicze. Poza budowaniem programu III Polskiego Radia w latach 80., pozostałe stanowiska okazały się katastrofą. I nie chodzi o to, że nie widzę siebie w roli szefa. Kierowałem się naiwną wiarą, że ludzie chcą dobrze, zapominając, że każdy to „dobrze” rozumie inaczej.
Człowiek w moim wieku dokonuje właściwych obserwacji. Wie, kiedy pewne zadania w pracy są z góry skazane na porażkę. Ważne jest, żeby na swej drodze spotkać mądrego człowieka, który to uświadomi. Ja miałem to szczęście. Miałem szefa, który mówił mi, żebym nigdy nie spieszył się z podejmowaniem decyzji. Ale też czasem pozwolił pewnym sprawom się zawalić.
Upływ czasu się czuje. Szczególnie wtedy, gdy los postawi nas w sytuacji tragicznej. W moim przypadku była to śmierć żony. Wtedy człowiek w drastyczny sposób widzi, że życie z nikim się nie patyczkuje.
Dojrzałość to również stan ducha. W tym sensie dałbym sobie góra 58 lat. Czasem łapię się na tym, że niektóre dziewczyny pracujące w „Panoramie” mogłyby być moimi wnuczkami. Nie przejmuję się przesadnie prozą życia, staram się szukać spełnienia na co dzień, głównie w życiu osobistym. Na pewno refleksja nad życiem dopada mnie częściej niż kiedyś, ale też szukam radości. Dużo szczęścia dają mi moja córka i jej synek. Ważne jest to, by dobrze im się działo.

Włodzimierz Matuszak

64 lata, aktor teatralny, filmowy i serialowy. Dubbinguje filmy dla dzieci

Nie chcę splunąć sobie w twarz

Dojrzałość jest świadomym podejmowaniem decyzji i ryzyka. Jest dystansem do siebie i tego, co robię. Ale i komfortem. A może właśnie komfortem... Także odpowiedzialnością za siebie i za to, co się robi.
Zmarszczki, siwizna... Prędzej czy później czekają wszystkich. To raczej charakter wychodzi na wierzch. Problem, jeśli tak to można nazwać, leży w owym upływie czasu, który przybiera zawrotną prędkość i zamiast dni zaczynają mijać lata.
Im intensywniejsza praca, tym dni stają się do siebie bardziej podobne. Czasem o tym, że minęło kilka miesięcy, orientuję się po kostiumie: „Ach, to było pięć kilo temu”. Jeśli dojrzałość to zmiany zewnętrzne? Pokazują tyle, że coś tam w naszym życiu się wydarzyło, że żyjemy, odczuwamy. Dla aktora nie powinien być to powód do zmartwień. Aktor mu-si mieć instrument do pracy, twarz ­musi żyć, pracować.
Wraz z wiekiem zyskuje się dodatkową parę okularów… A tak poważnie, przychodzi moment, kiedy poza „ja” zauważa się to, co wokół, i bierze się odpowiedzialność za uczucia innych.
Z upływem lat obrastamy w materialne i niematerialne, mniej i bardziej przydatne rzeczy. Oraz we wspomnienia. I lata weryfikują ich „ważność”. Dla mnie ważne od zawsze było to, by patrząc w lustro, nie chcieć splunąć sobie w twarz.
Przemijanie na co dzień jest zepchnięte gdzieś w kategorię „nie zwracać uwagi”. Boleśnie odzywa się w chwilach, gdy odchodzą najbliżsi i przychodzą refleksje. Niby jesteśmy świadomi, lecz silniejsza jest wiara w to, że my będziemy jeszcze długo tacy jak dziś, że nas to nie dotyczy.

Michał Olszański

57 lat, dziennikarz radiowy i telewizyjny. Prowadzi programy reporterskie i sportowe
Miałem w życiu sporo szczęścia
Po raz pierwszy poczułem, że dojrzałem, jakieś 10 lat temu. Ówczesny członek zarządu Polskiego Radia Eugeniusz Smolar zaproponował mi stanowisko dyrektora Programu III PR. Pomyślałem, że to idealne wyzwanie – miałem 46 lat, byłem ciekawy, czy podołam. Okazało się, że nie dałem rady. Presja zarządu i zespołu programu była ogromna. Po pół roku poczułem, że się miotam. I postanowiłem złożyć rezygnację.To jest dla mnie właśnie wyznacznik dojrzałości – wyciąganie wniosków z popełnionych błędów.
Wcześniej również czułem coś podobnego, gdy po 1989 r. postanowiłem poszukać innej pracy. Budowaliśmy z Magdą, moją żoną, dom w Chyliczkach. Byłem dyrektorem ośrodka resocjalizacji, oboje pracowaliśmy więc w budżetówce. Stwierdziłem, że muszę poszukać czegoś bardziej dochodowego i poszedłem za sportem, który jest moją pasją. W ten sposób trafiłem do Radia Kolor, potem do Trójki i telewizji. Miałem w życiu sporo szczęścia.
W tym roku obchodzimy z Magdą 34‑lecie małżeństwa, które nie zawsze było spokojne. Jesteśmy różni, ale udało nam się stworzyć związek, który wzbogaca. Udało mi się też ułożyć relacje z synami – ich wiek dojrzewania to nie był najlepszy okres w naszych stosunkach. Teraz dogadujemy się świetnie. No i kumple – zawsze powtarzam, że w życiu ważni są kumple. Bez dobrych relacji z kolegami z pracy nie mógłbym odczuwać satysfakcji z wykonywanej pracy. Ostatnio namówiłem Magdę Jethon na swój własny program w Trójce – „Godzina prawdy” – i to mnie nakręca.

Jerzy Schejbal

65 lat, aktor teatralny i filmowy. Od ponad 30 lat związany z Teatrem Polskim we Wrocławiu

Bilans życia dopiero przede mną

Faktu przemijania dotknąłem, kiedy dowiedziałem się, że zostanę dziadkiem. To wspaniałe uczucie – świadomość, że pojawia się życie, które jest w jakimś sensie częścią mnie. Kiedy pewnego dnia odejdę, będzie on. Mówią, że podobny do mnie… Jestem dumny i szczęśliwy, patrząc, jak ten mały człowiek poznaje i opisuje świat. Mam nadzieję oglądać to jak najdłużej.
Upokarzające dla ludzi wykonujących zawód aktora jest to, że mając ogromny dorobek, będąc podziwianym przez publiczność, dostaje się na koniec 1,5 tys. zł emerytury. Ludzie zazwyczaj tego nie wiedzą. Patrzą na nas przez pryzmat tabloidowego przekazu. To prawda, żyjemy szybko i intensywnie. Jesteśmy ambitni i często próżni. Ale czasem nie ma czego zazdrościć. To są nieustanne emocje, wyzwanie...
Ja się przez aktorstwo zakonserwowałem. Jeśli aktor miał szczęście, że grał przez całą swą karierę, to upływ czasu nazywany starzeniem się nie dotyka go tak boleśnie. Z jednej kategorii wiekowej przechodzi się do kolejnej. Od