Pasjonaci po godzinach

Prowadzą firmy, zajmują kierownicze stanowiska w międzynarodowych korporacjach. Kreatywni w pracy, w życiu prywatnym też szukają niebanalnych rozwiązań. Znaleźli więc hobby, któremu oddają się bez reszty.

Grzegorz Staniszewski pochodzi z Wrocławia, ale od kilku lat mieszka w Sankt Petersburgu. Jest regionalnym kierownikiem w amerykańskiej firmie posiadającej sieć restauracji. Prywatnie – kibic pasjonat. I właściciel zbioru biletów z najważniejszych meczów w historii piłki nożnej. Łącznie – blisko 3 tys. egzemplarzy. Takiej kolekcji nie powstydziłoby się żadne muzeum.

– Mam bilety ze spotkań reprezentacji Polski, rozgrywek mistrzostw Europy, finałów europejskich pucharów, finałów pucharów interkontynentalnych i Pucharu Konfederacji – wylicza jednym tchem. – Z mistrzostw świata to 775 biletów, czyli jakieś 
93 proc. rozegranych w historii meczów, z mistrzostw Europy 
– 223 bilety, czyli 96 proc. A ze spotkań reprezentacji Polski aż 1700 sztuk (64 proc.). Owszem, nasi rozegrali ogółem 785 spotkań, ale kolekcjonuję bilety w różnych wariantach – wejściówki, zaproszenia, bilety na trybuny – tłumaczy z matematyczną dokładnością.

Najcenniejsze są dla niego te, w których Polacy osiągali sukcesy. Przede wszystkim z mistrzostw świata we Francji w 1938 r. Graliśmy wówczas z Brazylią. W dogrywce ulegliśmy rywalowi 5:6, ale to była piękna, wyrównana walka. Ma też bilet z 1970 r., z meczu Górnika Zabrze z Manchesterem City w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. To jedyny dotychczas finałowy mecz europejskich pucharów z udziałem polskiej drużyny. Inne perełki w kolekcji? Komplet biletów ze wszystkich meczów naszej reprezentacji rozegranych na igrzyskach olimpijskich w Berlinie (1936 r.), Rzymie (1960 r.), Monachium (1972 r. 
– zdobyliśmy tam złoto!), Montrealu (1976 r. – srebro), Barcelonie (1990 r. i znów srebro) – mówi Grzegorz Staniszewski. I właściwie mógłby tak wyliczać bez końca...

Świadkowie piłkarskich emocji

Skąd w biznesmenie taka pasja? – W dzieciństwie namiętnie oglądałem program telewizyjny „Historia futbolu". Zostało mi ponad sto kaset VHS z meczami i programami o tej tematyce, jakie tylko wówczas zostały wyemitowane. Z czasem zapragnąłem stworzyć muzeum czegoś, co byłoby świadkiem tych pięknych wydarzeń. Padło na bilety. Pewnie jest w nich też nieco moich niespełnionych marzeń. Cóż, chciałem być piłkarzem... Zdrowie nie pozwoliło mi grać zawodowo, pozostałem amatorem.

Unikalna kolekcja nigdy nie została zaprezentowana publicznie. – Mam w planach zająć się tym na emeryturze – śmieje się. – Jeśli kiedyś PZPN, UEFA lub FIFA zainteresują się moimi zbiorami, to chętnie je udostępnię na wystawę. Przecież ich historia jest w moim domu.

Marzenia? Zdobyć bilety na finał mundialu w Rosji w 2018 r. Ale to nie lada wyczyn. – Brałem udział we wszystkich możliwych turach sprzedaży biletów na mecze w Brazylii (2014 r.), a i tak nie udało mi się kupić tego, co chciałem. Żona wymownie się uśmiechała, gdy nastawiałem budzik na 4 rano naszego czasu. Bo akurat o tej godzinie w Ameryce Południowej rozpoczynała się sprzedaż – wspomina.

Marzenia do spełnienia

– Mały chłopiec marzy o tym, by zostać piłkarzem. Z wiekiem człowiek dochodzi do wniosku, że lepiej mieć własny klub i swoich kibiców. To dlatego skrzyknęliśmy się z kolegami i zrealizowaliśmy marzenie z dzieciństwa – mówi Rafał Ramatowski. Od pięciu lat prowadzi firmę producencką. Zajmuje się produkcją filmów promocyjnych, korporacyjnych, reklam i sesji zdjęciowych. A po godzinach... Jest prezesem klubu piłkarskiego Powstaniec Dobra i oczywiście jednym z jego zawodników. Rzadko rozstaje się z klubowym szalikiem.

– Początki nie były łatwe. Szybko się okazało, że prowadzenie drużyny to przede wszystkim lista formalności do załatwienia. Żeby zarejestrować klub, założyliśmy stowarzyszenie sportowe. Następnie trzeba było skompletować drużynę i zgłosić ją do sezonu w Polskim Związku Piłki Nożnej. Każdy piłkarz musi mieć kartę zawodnika, a cały klub – spełniać wymogi licencyjne. Boisko, na którym rozgrywamy mecze, też musiało przejść specjalną weryfikację. Do tego jeśli nasz zawodnik w przeszłości grał w innym klubie, to musimy oficjalnie przeprowadzić transfer i za niego zapłacić – tłumaczy Rafał Ramatowski. Gra w klasie B, w ósmej lidze. Sezon trwa od września do czerwca i jest na dwie rundy: jesienną i wiosenną. Mecze sędziują certyfikowani sędziowie, a terminarz rozgrywek ustala PZPN. Krótko mówiąc: żarty się skończyły.

Pokonać siebie

Klub powstał w Dobrej, małej miejscowości nieopodal Strykowa. To tam w lutym 1863 r. rozegrała się jedna z bitew powstania styczniowego. Nazwa klubu jest hołdem dla powstańców. Jednak Dobra nie ma piłkarskich tradycji. A co za tym idzie 
– własnego boiska. Mimo to treningi odbywają się przynajmniej dwa razy w tygodniu. Gdzie? Tam, gdzie akurat uda się wynająć kawałek murawy. Pełnowymiarowych, posiadających sztuczne oświetlenie boisk w województwie łódzkim nie jest zbyt wiele...

– Po co nam to wszystko? Cóż, na początku też często zadawałem sobie to pytanie. Godziny treningów, kolejne stracone na biurokrację. Pierwszy sezon był dla nas bardzo bolesny, bo przegraliśmy wszystkie mecze w sezonie i byliśmy trzecią najgorszą drużyną w Polsce – Rafał Ramatowski uśmiecha się na to wspomnienie. W kolejnym sezonie jego drużyna dzielnie walczyła do ostatniej kolejki. W rundzie wiosennej wygrała osiem spotkań z rzędu! – Ten moment, gdy strzelamy zwycięskiego gola i widzę radość w oczach kibiców, wynagradza wszystko. Uskrzydla! Wiele osiągnąłem zawodowo, ale nie da się tego porównać do satysfakcji, jaką daje wygrany mecz.

Ich fanpage odwiedza tygodniowo ponad tysiąc osób. Na mecz przychodzi około 50 wiernych kibiców. Może nie są to tłumy, ale wszyscy mają klubowe szaliki, a atmosfera na trybunach jest genialna. Nie słychać wyzwisk, wśród publiczności są całe rodziny z dziećmi. – Zawodnicy to nasi znajomi z Dobrej i znajomi naszych znajomych. Kibicują najczęściej też znajomi – podkreśla Ramatowski. – Kiedy zakładaliśmy ten klub, chcieliśmy co roku awansować, by za osiem lat grać w ekstraklasie. Życie zweryfikowało marzenia. Ale i tak wierzę, że któregoś dnia wystąpimy w Lidze Mistrzów.

Na koszulkach zespołu jest logo fundacji Krwinka, która wspiera dzieci z chorobami onkologicznymi. – Barcelona grała kiedyś z logo UNICEF, Ruch Chorzów grał z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Krwinka robi fantastyczne rzeczy dla dzieciaków, dlatego każdy nasz mecz jest dla nich – przekonuje.

Miasto zaklęte w kadrach

Paweł Augustyniak z zawodu jest grafikiem komputerowym. W 2004 r. założył własną firmę poligraficzną. Fotografia była elementem tej pracy. Niemal do każdej kampanii potrzebne były zdjęcia produktów. Szybko się okazało, że fotografowanie to nie tylko dobry sposób na zarabianie pieniędzy, ale przede wszystkim na... relaks po pracy. Bo w wolnym czasie Paweł Augustyniak odkrywa nieznane oblicze Łodzi. Na jego fotografiach to miasto magiczne, pełne światła i kolorów.

– Łódź jest moim miastem rodzinnym. Jednak jej piękno doceniłem dopiero wtedy, gdy zacząłem podróżować po świecie. Większość zabudowy powstała na przełomie XIX i XX w. Fabrykanci, stawiając swoje rezydencje, nie liczyli się z kosztami. Na każdym kroku można zobaczyć zachwycające detale architektoniczne. Ciekawe, że najczęściej nie dostrzegają ich właśnie tubylcy. Poprzez moje fotografie staram się im pokazać, w jak niezwykłym miejscu żyją – tłumaczy Augustyniak. Na jego zdjęciach pierwszoplanową rolę odgrywa architektura. Są też pejzaże, czasem wnętrza. Ale nie ma tam ludzi. – Takie wyludnione plany to celowy zabieg. Chcę inaczej rozłożyć akcenty: ludzie niepotrzebnie odwracają uwagę od murów.

Zobaczyć niewidoczne

Secesyjne podwórka, kolorowe witraże, zachwycające swoją geometrią klatki schodowe XIX-wiecznych kamienic. Kadry Pawła Augustyniaka nigdy nie są oczywiste. Dostrzega piękno w opustoszałych bramach, na nowo odkrywa fabrykanckie pałace. Wędruje po mieście, szuka. Jeśli jakieś wnętrze go zainteresuje, zgłasza się do instytucji, np. urzędu czy uczelni, która administruje budynkiem, z prośbą o zgodę na zrobienie fotografii. Dzięki temu miejsca niedostępne na co dzień mogą zobaczyć wszyscy.

– Tajemnica dobrego zdjęcia polega na tym, aby znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie, poczekać na odpowiednie światło i stworzyć niebanalną kompozycję. Przeczytałem wiele książek o historii fotografii. Uczyłem się na własnych błędach. Doświadczenie przyszło wraz z godzinami spędzonymi w plenerze – mówi. I zdradza, że zawsze zaczyna od starannej dokumentacji planu zdjęciowego. Dzięki temu może na spokojnie przemyśleć, jaką fotografię chce zrobić i jaki efekt uzyskać. Nastrój zdjęcia zależy często od warunków atmosferycznych. Zdarza się, że na odpowiednią pogodę czeka nawet kilka dni. Ale warto, bo np. chmury fotografowane na długim czasie naświetlania nadają zdjęciom dynamiki. Ważne jest też położenie słońca. Najlepsza pora to wczesny zmierzch. To ten moment, gdy zapalają się już latarnie, ale jeszcze nie zapadł zmrok. – Na zrobienie zdjęcia mam minutę, maksymalnie dwie. Potem światło po prostu ucieka. Dlatego trzeba mieć dokładny plan – podkreśla.

Historie niebanalne

Fotografie publikuje w internecie. Prowadzi własną stronę i fanpage na Facebooku. Jego talent dostrzegły władze miasta. Wspólnie stworzyli album, który promuje Łódź za granicą. Jego prace trafiają też na wystawy. – Zdjęć robionych z pasji nie robię dla pieniędzy. Denerwują mnie negatywne opinie o Łodzi. Że zaniedbana, opuszczona... Chcę pokazać, jak bardzo to miasto się zmienia, chcę przełamywać stereotypy – podkreśla. Gdy pracuje, zapomina o wszystkim. Nie dostrzega tego, co się dzieje za plecami. Całą uwagę koncentruje na tym jednym wyczekanym kadrze. Próbuje zatrzymać w nim czas, a równocześnie opowiedzieć jakąś historię. – Kiedy przeglądam potem swoje fotografie, pamiętam okoliczności powstania każdej z nich. Chcę się tą wiedzą podzielić z innymi. I udowodnić, że najważniejsze jest niewidzialne dla oczu. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.