Pan super zorganizowany

– Dla mojego taty wszystko jest możliwe, a ja mam 
to po nim – mówi Mikołaj Piskorski, 
pierwszy polski profesor na Harvard Business School i światowy ekspert w dziedzinie strategii społecznościowych.

Jako profesor Harvard University stworzył pan pierwsze szczegółowe studium przypadków portali Facebook, Wikipedia, MySpace. Skąd w ogóle ten pomysł?

Prof. Mikołaj Piskorski: Opisałem każdą istniejącą wtedy platformę społeczną. Najważniejszy był Facebook, z powodu olbrzymiej popularności. Na pewno pomógł fakt, że nawiązałem dobre kontakty z ludźmi, którzy pracują w tych firmach. Zacząłem od pisania do nich e–maili, które szybko przerodziły się w bliskie znajomości. Zaufali mi, dostałem cenne informacje i dane. W 2014 r. na ich podstawie wydałem książkę o tym, dlaczego ludzie przyjaźnią się w sieci (tytuł: „A Social Strategy: How We Profit from Social Media"– red.).

Ale kiedy kilkanaście lat temu zaczynał pan badania, wszystko raczkowało. Wyobrażał pan sobie wtedy, że wirtualne kontakty staną się potęgą?

Chociaż moja pierwsza reakcja była negatywna, to bardzo szybko zmieniłem zdanie, uwierzyłem w sukces internetu. Dlaczego? Bo każdy z nas ma przyjaciół i każdy chce poznawać nowych ludzi, a także partnerów biznesowych czy życiowych. Budowanie i utrzymywanie relacji to nie jest żaden produkt niszowy. Moją teorię na ten temat mogę opisać w prosty sposób. Sieć jest używana przez ludzi, których rzeczywistość jest trudniejsza, bardziej skomplikowana. Już tłumaczę: użytkownicy Facebooka to przede wszystkim ci, którzy mają problemy z utrzymywaniem relacji w tzw. realu. To nie jest tak, że z nimi coś nie gra. Mają albo wyjątkowo mało czasu, albo niewiele możliwości nawiązania kontaktów.

Kto na przykład?

Matki malutkich dzieci, które spędzają z nimi 90 proc. czasu. Nie oznacza to wcale, że nie interesuje ich przyjaźń, dzielenie pasji. Facebook staje się więc dla nich fantastycznym narzędziem. Podobnie jak dla ludzi z wiosek czy niewielkich miasteczek, gdzie trudno kogoś poznać. Świat wirtualny w sposób naturalny wypełnia im te wszystkie luki.

A prywatnie lubi pan te wszystkie portale, sieci społecznościowe? Przesiaduje na nich?

Absolutnie tak. Ciężko byłoby mi badać je latami, gdybym nie był zadowolonym użytkownikiem sieci. Ale spokojnie, zachowuję umiar (uśmiech).

Pana historia jest bardzo medialna. Z Warszawy trafił pan na Harvard, gdzie został pierwszym polskim profesorem, na dodatek jednym z najmłodszych w historii.

Wychowałem się na Żoliborzu, niedaleko Huty Warszawa, w typowym molochu: w naszym bloku mieszkało z tysiąc osób. Na świat przyszedłem w 1973 r., czyli w szarej komunistycznej rzeczywistości, ale miałem dużo szczęścia. Moi rodzice są niezwykle otwarci i pomysłowi. Tata przez całe lata 80. pracował za granicą, a ja z mamą i siostrą mieszkaliśmy przez cały ten czas w Warszawie. W końcu powzięliśmy decyzję, że wyprowadzamy się do Wiednia, do taty. Kiedy pożegnałem się z kolegami i mieliśmy już wynajęte mieszkanie, nagle upadł komunizm... Tata od razu powiedział, że wracamy do Polski, bo wraz z przełomem pojawią się niezwykłe możliwości. Dla niego wszystko, co sobie zaplanuje i wymyśli, jest możliwe. Mam to po nim! Dziś tata ma 67 lat, nadal uwielbia zakładać nowe biznesy, co chwilę wpada na nowy pomysł i go realizuje. Ale wtedy poprosiłem rodziców o to, żebym nie musiał z nimi wracać.

Zgodzili się? Miał pan tylko szesnaście lat!

Wyjaśniłem, że nastawiłem się już na życie za granicą i bardzo chciałem spróbować sił gdzie indziej. Tata mnie zrozumiał, od razu powiedział: nie ma sprawy. Mama trochę się martwiła, w końcu jestem jedynym synem. Ale co mogła zrobić? Zamieszkałem w Londynie, gdzie wcześniej bywałem na wakacyjnych obozach językowych. Zapisałem się do prywatnego college'u, który finansowali rodzice. Muszę przyznać, że do końca życia będę im wdzięczny za to, że utrzymywali mnie przez kilka kolejnych lat. Wszystkie zarobione pieniądze inwestowali w moją edukację, przez co długo jeszcze mieszkali w tym żoliborskim molochu...

Nie miał pan kryzysów? Naprawdę ani razu nie chciał pan wracać?

Nie, bo nie było mi tam źle. Zamieszkać w Londynie sam, jako nastolatek? Proszę mi wierzyć, to świetna sprawa. Ważne jest to, że cała moja rodzina chętnie podróżuje, poznaje świat, ludzi. Zawsze przecież można wrócić do domu, ale warto zobaczyć, jak żyje się gdzie indziej. Takie też miałem założenie. Po college'u poszedłem na ekonomię w Cambridge University. W międzyczasie współpracowałem m.in. z firmą konsultingową w Polsce. Kiedy zostałem magistrem, postanowiłem przedłużyć sobie młodość. Zwłaszcza że ojciec namawiał mnie na spróbowanie czegoś nowego i napisanie doktoratu. Jeden z profesorów podsunął mi książkę o tym, jak relacje przyjacielskie wpływają na związki ekonomiczne. Ta książka otworzyła mi oczy, postanowiłem zbadać temat. Okazało się, że najlepiej zrobić to na Harvard University.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

Napisałem podanie, zdałem testy i dostałem się na studia doktoranckie w systemie międzywydziałowym, czyli Harvard Business School i Wydziału Socjologii. Po zrobieniu doktoratu dostałem posadę wykładowcy na Stanford University. I tam poznałem ludzi, którzy zajmowali się internetem, m.in. współzałożyciela portalu LindkedIn. Jak wspomniałem wcześniej, moja pierwsza reakcja była negatywna. Po co ludzie mają utrzymywać relacje w sieci, skoro w realu doskonale się dogadują – dowodziłem. Ale szybko zmieniłem zdanie. Zacząłem prowadzić badania, dlaczego coraz chętniej wchodzimy w interakcje w świecie wirtualnym, mimo że w rzeczywistym wychodzi nam to tak dobrze od tysięcy lat. Po co nam do tego internet? Z tego powodu wróciłem na Harvard (profesorowie tej uczelni byli żywo zainteresowani nowymi technologiami).

A teraz potrafi pan przewidzieć, co czeka nas w wirtualnym świecie za pięć, dziesięć lat?

Za pięć – tak, ale potem już trudniej. Wiele zależy od tego, w jaki sposób rozwinie się technologia. Jeśli spojrzymy na sprawę globalnie, to wciąż brakuje użytkowników sieci w Indiach i Chinach. W tym ostatnim kraju jest 50 proc. tzw. penetracji, czyli jeszcze pół miliarda Chińczyków powinno dołączyć do internetu! Do tego dołóżmy miliony ludzi w Afryce... Kolejna sprawa: będziemy coraz bardziej różnorodni. Już teraz część ludzi rezygnuje np. z Facebooka na rzecz Instagrama, Pinteresta lub Snapchata. Panuje coraz większe rozproszenie, nie wszyscy siedzą w jednym popularnym miejscu.

Ciągle słyszę, że przez ten okropny internet stracimy prawdziwe relacje.

Z badań moich i wielu kolegów wynika zgoła co innego. Trudno znaleźć statystyczne potwierdzenie tej tezy. To spekulacje, które nie mają potwierdzenia empirycznego. Dzieje się wręcz odwrotnie! Większość użytkowników internetu w rzeczywistości zyskuje więcej przyjaciół, a ich relacje się pogłębiają. W krajach Europy i w USA średnio jedna na cztery osoby używające Facebooka ma nowego, prawdziwego przyjaciela. Zwykle jest to ktoś, kogo znamy z dawnych lat, ale straciliśmy z nim kontakt. Dzięki Facebookowi w spokojny, delikatny sposób wracamy do przyjaźni... Oczywiście, ok. 2–3 proc. ludzi odcina się za pomocą internetu od prawdziwego świata, jednak każda technologia może dać taki niepożądany efekt, nawet telewizja.

Miał pan dosyć Harvardu? Rok temu podjął pan pracę w Szwajcarii, na prestiżowej IMD Business School.

Przyjechałem na Harvard w 1995 r. Niedawno pomyślałem, że właśnie mija mój 20. rok tam! Chciałem zacząć coś nowego, aby przewietrzyć umysł. To znowu ta cecha po moim tacie... Nie chciałem robić wciąż tego samego przez tak długi czas. Praca w Szwajcarii bardzo mnie ożywiła, jest szalenie różnorodna. Czasem prowadzę zajęcia, zupełnie jak na Harvardzie, a innym razem robię własne badania naukowe lub pracuję z ważnymi klientami. Prowadzę też wiele programów na temat zmian strategii, związanych z ucyfrowieniem przedsiębiorstw.

Świetnie mówi pan po polsku, choć większość 
życia spędził za granicą. Często wraca pan 
do Warszawy?

Moi rodzice wciąż tam mieszkają. Jednym z najważniejszych powodów przeprowadzki do Europy był ten, że oni są coraz starsi, a ja chciałem być bliżej nich. Teraz dzielą nas tylko dwie godziny lotu samolotem... Do Warszawy wracam też z powodów zawodowych. Mam obecnie dwóch współpracowników, z którymi prowadzę badania nad sieciami społecznościowymi, na Akademii Leona Koźmińskiego. Jeden projekt dotyczy wpływu sieci LindkedIn na szeroko pojęte relacje.

Nie jest pan typowym naukowcem, bo silnie związał się z biznesem.

Jestem zainteresowany kształceniem ludzi, głównie na stanowiskach dyrektorskich, którzy mają największy wpływ na przedsiębiorstwa. W tym właśnie specjalizuje się nasza IMD. Prowadzę program dotyczący zmian kulturowych w międzynarodowym Banku Szwajcarskim. Współpracuję z 1,5 tys. najwyżej postawionych dyrektorów banku, z USA, Singapuru i Szwajcarii, co daje mi wielką satysfakcję. Do tego każdego dnia robię inne rzeczy, więc jestem najszczęśliwszy na świecie.

Miło słyszeć. A gdzie pan widzi siebie za kilka lat?

W mojej rodzinie plan jest taki, że zostaniemy w Szwajcarii na kolejne trzy lata, ale ostatnio padł pomysł, aby jednak wyruszyć do Azji. Zawsze możemy też wrócić do USA. Jednak Azja bardzo mnie nęci. Piszę teraz drugą książkę, na temat internetu w Chinach. Zachodzą tam bardzo ciekawe dla badacza procesy. Chiny były do niedawna krajem wiejskim, a teraz połowa ludzi mieszka w miastach. Jakby tego było mało, w 150 chińskich miastach mieszka co najmniej milion osób! Związki międzyludzkie definiują się tam na nowo. Zgodnie z tym, o czym mówiłem, że sieci wirtualne tworzą się wtedy, kiedy jest najtrudniej, miastowi kontaktują się z rodzinami, które zostały na wsiach. Kolejna różnica: Chińczycy robią zakupy internetowe częściej niż gdziekolwiek na świecie. Dlaczego? Bo tam znane sieciówki są wciąż nieliczne, a reklama jest niezwykle droga. Ludzie poznają marki czy style z sieci, a nie z państwowej telewizji. Dzięki internetowi dowiadują się, co jest modne, a także co się naprawdę wydarzyło w polityce. Telewizji nikt nie ufa.

Branżowy portal Poets & Quants uznał pana za jednego z 40 najlepszych profesorów zarządzania na świecie przed czterdziestką. Jak pan się resetuje, kiedy przestaje być na chwilę naukowcem?

Czyli co robię, jak nie pracuję? Najpierw szczere wyznanie: nie ma co udawać, pracuję za dużo. Choć zauważyłem, że w Europie i tak życie jest nieco wolniejsze niż w USA. Tutaj niedawno miałem swój pierwszy w życiu trzytygodniowy urlop, co tam byłoby nie do pomyślenia! Jednak potrafię się odciąć. Mieszkając w Szwajcarii, najłatwiej zacząć jeździć na nartach. Wróciłem do tej pasji, bo chętnie jeździłem przed laty w Polsce. Kiedy tylko na