Paczkomaty my love

Banalnie prosty pomysł na paczkomaty i dostarczanie przesyłek przekuł w złoty interes. Dziś w tej branży jest monopolistą. Rafał Brzoska, założyciel firmy integer.pl, marzy o podboju świata. I są to realne marzenia.

„Cast Away. Poza światem" Tom Hanks gra pracownika największej firmy zajmującej się dostarczaniem przesyłek. Tragicznym zbiegiem okoliczności ląduje na cywilizacyjnej pustyni. Odnalazłby się pan w takiej sytuacji?

Nawet nie chcę o tym myśleć! Trafić do całkowitej głuszy, bez dostępu do Internetu, telefonu? Za wiele miałbym do stracenia. Za długo pracowałem na to, gdzie jestem i gdzie dziś jest moja firma.

Początki były trudne?

Jak w przypadku większości polskich biznesów tworzonych od zera. Już w 1999 r., na trzecim roku studiów, założyłem 
Integer.pl. Dziś firma jest wyceniana przez rynek na ponad 2 mld zł. Ale wtedy? Byłem prezesem, handlowcem, kierowcą i roznosicielem ulotek w jednej osobie. Później, wraz z rozwojem firmy, liczba osób zaangażowanych w tę najprostszą czynność – roznoszenie ulotek – rosła. W szczytowym momencie, w którym Integer.pl doręczał 
1,2 mld ulotek rocznie, było to 7 tys. osób. Teraz docieramy do blisko 80 proc. polskich miast i miasteczek. To 6 tys. miejscowości, a pod koniec roku ma ich być 8 tys. Docelowo 88 proc. powierzchni kraju. Przed laty inspiracją dla mnie był prosty z pozoru pomysł – roznoszenie ulotek. Wszystkie kolejne biznesy, które wyrastały na bazie Integera, były już pomysłami autorskimi. W 2006 r. powstał InPost – pierwszy prywatny operator pocztowy. Trzy lata później narodziły się Paczkomaty Inpost.

98 proc. paczek dostarczonych w ciągu jednego dnia – tak brzmi pana oferta. To dotyczy wszystkich przesyłek?

Absolutnie wszystkich, które trafiają do naszych paczkomatów. To najlepszy wynik na świecie. Konkurencja próbuje łapać klientów bezpośrednio w domu. Ale to droga donikąd, dlatego inni nigdy się nie zbliżą do naszych wyników.

W skład grupy Integer.pl wchodzi aż siedem spółek. Nie przypomina to panu łapania kilku srok za ogon?

Nie, bo nie ma wśród nich banku, firmy ubezpieczeniowej, dewelopera czy jeszcze kilku innych biznesów. Wszystkie swoje aktywności skupiamy w trzech obszarach. Pierwszy to produkcja skomplikowanych maszyn pocztowych, czyli przede wszystkim paczkomatów. Drugi to operator pocztowy – InPost. Trzecim jest easyPack, czyli sieć globalna paczkomatów.

Paczkomat nie potrzebuje przerwy na kawę i nigdy nie zasypia – piszecie na swojej stronie internetowej. A pan?

Ja staram się wysypiać. Ale gdyby zliczyć czas, jaki spędzam w pracy, to wychodzi około 16 godzin.

Mówi pan: dostawa następnego dnia albo zwrot 
50 proc. kosztów. To zagranie niemal va banque.

Nie mam wyjścia, bo konkurencja w branży jest bardzo ostra. Najlepszym dowodem są ceny takich usług w Polsce – najniższe w Europie. Rzuciliśmy rękawicę innym firmom kurierskim i, jak dotąd, nikt nie podjął wyzwania. Dla mnie płynie z tego jeden wniosek: pozostali, którzy oferują błyskawiczne dostawy, zwyczajnie nie są w stanie spełnić tych gwarancji.

Mocne słowa. A może zwyczajnie uprawia pan czarny PR?

Nie, bo nikt dotąd nie stworzył takiego serwisu. Nikt nie ma tylu zadowolonych klientów. Wiem, co mówię, bo prowadzimy historię każdego z nich. 74 proc. klientów w ciągu roku wraca choć raz do naszych usług.

Pomysł z paczkomatami wydaje się banalnie prosty. Nie boi się pan, że w końcu ktoś go ukradnie?

Wiem, że nie będziemy zawsze sami. Już są firmy, m.in. Amazon i Google, które próbują nas naśladować. Na szczęście na całym świecie chroni nas 120 patentów. Znalazłem też świetny sposób na konkurencję.

Jaki?

Trzeba być zawsze krok przed innymi. Działamy już na kilkunastu rynkach międzynarodowych, w tym: w Wielkiej Brytanii, Estonii, Rosji, na Cyprze, w Arabii Saudyjskiej, Chile i Australii, Irlandii, na Litwie, Łotwie, Słowacji, Ukrainie i w Czechach. Następne w kolejce są Hiszpania, Portugalia, Włochy, Francja i Węgry.

Przychody netto za 2012 r. rzędu 282 mln zł to o 35 mln więcej niż rok wcześniej. Jak się robi takie pieniądze?

Moim zdaniem to słaby wynik. Celujemy w znacznie większe zyski. A to jest możliwe tylko pod warunkiem, że będziemy działać globalnie.

I dlatego w ciągu najbliższych czterech lat paczkomaty InPost pojawią się też w obu Amerykach oraz w Azji? A całość inwestycji może sięgnąć nawet 
1 mld euro. Nie porywa się pan z motyką na słońce?

Nie mam wyjścia. Gdybym inwestował ostrożnie i unikał ryzyka, dziś mogłoby mnie już nie być. Stopniowy rozwój, 
jeden–dwa nowe kraje w skali roku, nie wchodzi w grę. Moja firma ma szansę tylko wtedy, gdy zaatakujemy globalnie.

W 2007 r. spółka Integer.pl weszła na giełdę. Jak się pan czuje w rzeczywistości giełdowej?

To od zawsze było moim marzeniem. Inwestuję od lat 90. Wiem, że to źródło kapitału i rozwoju. Żeby jednak tak się stało, potrzebne są dobre relacje z inwestorami, dbanie o wiarygodność. W ciągu sześciu lat wypracowaliśmy 2 tys. proc. wzrostu! Z tego, co wiem, jeszcze tylko dwie firmy mogą się pochwalić takim sukcesem, m.in. Wawel.

I nigdy nie bał się pan porażki? Już raz – pod koniec liceum – zainwestował pan pieniądze swoich rodziców na giełdzie, po czym prawie wszystko stracił...

Na giełdzie należy grać pieniędzmi, które można przegrać. To generalna zasada. Wtedy o niej nie wiedziałem. Byłem niedoświadczoną, młodą osobą, która dostała w zarządzanie niemałe pieniądze, właściwie wszystkie oszczędności rodziców. Przegrałem prawie 90 proc. Sześć lat zajęło mi zwracanie rodzicom tej sumy. Inwestowałem też swoimi pieniędzmi, które zarobiłem czy to na wakacjach, czy za granicą. Dzięki temu zdobyłem 20 tys. zł, które razem ze wspólnikami – kolegą ze studiów i ówczesną dziewczyną, a dzisiaj moją żoną – włożyliśmy w biznes. Tak powstał Integer.pl.

Zawsze miał pan taką wizję podboju świata?

Ten, kto tworzy biznes za 20 tys. zł, nie ma wizji podboju świata. Na początku ma zwykle dużo prostsze marzenia: stworzyć firmę, utrzymać ją, kupić samochód, może jeszcze mieszkanie. I odłożyć jakąś sumę, która pozwoli bezpiecznie funkcjonować. To są podstawowe potrzeby, wspólne dla setek biznesmenów na całym świecie. Sen o potędze i ekspansji pojawia się później. A wraz z nim – plany przejmowania konkurencji, wchodzenia w nowe obszary biznesu, na nowe rynki.

À propos nowości. Poczta tradycyjna i elektroniczna – te pojęcia są już dobrze znane. Tymczasem pan proponuje pocztę hybrydową. Na czym ona polega?

Nazwa nie jest przypadkowa, bo to połączenie tradycyjnej usługi z funkcjonalnością poczty elektronicznej. Weźmy np. firmę z Krakowa, która pilnie potrzebuje dostarczyć dokumenty do swojego kontrahenta w Szczecinie. Wysyła więc nam niezbędne druki w wersji elektronicznej. Te, przez naszą centralę, kierowane są do jednego z 16 ośrodków i drukowane już na miejscu, czyli w Szczecinie. Tak jest dużo szybciej i taniej.

Pamięta pan paczki, delikatnie mówiąc, nietypowe?

Bywało, że długo nie mogłem wyjść ze zdziwienia, jak bardzo duża może być ludzka pomysłowość. Pewnego razu zaalarmował nas kurier. Dziwiło go, że niektóre paczki podejrzanie brzęczą 
i bzyczą. Dlaczego? Jeden ze sklepów korzystał z paczkomatów i rozsyłał hurtowo pszczelarzom matki. Nie muszę dodawać, 
że drastycznie złamał regulamin mojej firmy.

I czy w takich sytuacjach człowiekowi nie odechciewa się wszystkiego?

Wiem, ale ja jestem klasycznym Skorpionem...

To dobrze czy źle?

Skorpiony są konsekwentne w dążeniu do celu, ambitne, pracowite. I konsekwentne. Bo choć dla przyjaciół są niezwykle ciepłe, to wrogów traktują z całą stanowczością. Poza tym Skorpion nie osiada na laurach, nie zadowala się tym, co ma. Szuka nowych wyzwań. Skorpion pożąda...

...i szuka silnych wrażeń?

Fakt, zawsze chciałem być pilotem wojskowym i latać na F-16. To marzenie mogę teraz realizować na podmoskiewskich lotniskach wojskowych, które oferują komercyjne loty Migiem 29.

A w biznesie? Szuka tu pan dla siebie silnych wrażeń? Widzi pan jeszcze nisze w Polsce, którą mógłby wykorzystać?

Pomysłów na biznes jest mnóstwo, i to nie tylko w Polsce. Chociażby tak prozaiczne usługi jak pielęgnacja ogrodów. Nie ma sieciowej firmy, która oferowałaby je w skali całego kraju. To samo dotyczy profesjonalnych firm sprzątających mieszkania 
i domy. Na razie każdy w Polsce szuka ich na własną rękę.

Średnio co trzy–cztery lata wprowadza pan 
w życie nowy pomysł. Jaki będzie kolejny?

W pierwszej połowie przyszłego roku chcemy wprowadzić produkt, który jest powiązany z paczkomatami, ale jest przeznaczony dla zupełnie innego rynku. Inspiracją dla nas jest szybki wzrost e-commerce'u opartego na żywności. Wszystkie sieci supermarketów na świecie tworzą w tej chwili strony internetowe, na których można zamówić produkty. Problemem jest odbiór tego, co się zamówiło. Dlatego myślimy o urządzeniu, które działa tak samo jak paczkomat, ale daje możliwość przechowywania produktów spożywczych.

W Estonii już co druga przesyłka idzie do paczkomatu. Chciałby pan, by podobnie było w Polsce?

Tak. Ale chciałbym też, żeby paczkomaty zmieniły oblicze tej logistyki na świecie. Nie ważne, czy to będą urządzenia nasze czy naszych naśladowców. Poza tym jest jeszcze wizja zobaczenia na lotnisku czy pod supermarketem gdzieś na świecie maszyny, która pochodzi z mojej fabryki. I to mnie kręci.