Ostatnia litera alfabetu

Niedawno skończyli 22 lata, są gotowi pracować 22 godz. Na dobę i oczekują zarobków w granicach 22 tys. zł. Nie tylko potrafią korzystać z najnowszych technologii, ale po prostu w nich żyją. Rynek pracy chce teraz podbić pokolenie Zet, zwane też pokoleniem 22.

Paulina ma 24 lata, pracuje od pierwszego roku studiów. Przychodzi do biura na 12-godzinne zmiany, ale nie narzeka. Nawet na korporacyjny klimat. Nie czuje lęku przed przełożonymi, potrafi głośno mówić o tym, co jej się nie podoba. Wcześniej, kiedy warunki jej nie odpowiadały, po prostu zmieniała pracę. – Raz poszłam na dzień próbny do znanej włoskiej sieciówki. Po dwóch godzinach stwierdziłam, że to olbrzymi wyzysk, i najzwyczajniej w świecie trzasnęłam drzwiami. Na szczęście nic nie muszę – opowiada. Wtóruje jej Kamil. Mimo że na wsparcie finansowe ze strony rodziny liczyć nie może. – Znam dwa języki, nie ma dla mnie żadnych ograniczeń. Rok temu wpadłem na pomysł: Norwegia. Zadzwoniłem do kumpla, że przyjeżdżam. I już po tygodniu byłem w Oslo na rozmowie kwalifikacyjnej o pracę – mówi.

Bez kompleksów

Pokolenie Zet to ludzie urodzeni w połowie lat 90. Czyli jak chcą niektórzy – ludzie młodsi od wyszukiwarki Google. Żyją w wirtualnej przestrzeni, doskonale się w niej poruszają, bijąc tym na głowę pokolenie Y. Bo dla Igreków internet jest źródłem komunikacji ze światem, dla pokolenia Zet – świat wirtualny to środowisko życia. Co jednak nie znaczy, zdaniem psychologa Daniela Wichiciela, że Zeci mają umiejętności funkcjonowania zarówno w jednym, jak i w drugim. – Z reguły ci, którzy są silnie pochłonięci światem wirtualnym, mają kłopoty z nawiązywaniem relacji w realu. Bo ten wymaga bardzo konkretnych umiejętności społecznych z zakresu komunikacji interpersonalnej: bycia otwartym, przebojowym, ale też skupienia się na słuchaniu – wymienia. I przekonuje, że z pracownikami wywodzącymi się z tego pokolenia może być pewien problem na rynku pracy. Zeci mogą oczekiwać, że to realne środowisko pracy będzie niczym wirtualne, czyli nieograniczone, szybko zmieniające się, gdzie nie ma grama nudy, a dostęp do informacji jest w zasięgu ręki.

Dlatego socjolodzy mówią, że to pokolenie ludzi niecierpliwych. Gdy przychodzi im poczekać, np. podczas przechodzenia przez wieloetapowe rozmowy w sprawie pracy, łatwo się denerwują. Wolą rekrutacje nowoczesne, jak np. te, które prowadzi m.in. L'Oreal czy sieć hoteli Marriott. Polegają na graniu w grę strategiczną, która ukazuje potencjał twórczy przyszłego pracownika.

Urodzili się od razu połączeni z całym światem. Obce są im kompleksy i poczucie niższości wobec Zachodu. Czyli to, co było zmorą pokolenia ich rodziców.

Pokolenie Zet to z całą pewnością osoby charakteryzujące się kreatywnością i umysłem otwartym na zmiany. To dzieci osób z pokolenia X, dla którego wartościami są sukces i indywidualizm, rozwój. Są ambitni, wykształceni i bardzo pewni siebie. Wiedzą, że mogą dużo oczekiwać, i nie boją się walczyć o swoje. – Mają mniej kompleksów, bo wychowywani byli w kulcie różnorodności i tolerancji. W dobie mody na tzw. bezstresowe wychowanie, które – jeśli odbywało się z głową – uczyło samoakceptacji i motywacji za pomocą nagród, a nie kar – mówi Daniel Wichiciel. Zdaniem psychologa można z łatwością wyczuć pragnienia i roszczenia Zetów. To ludzie, którzy urodzili się od razu połączeni z całym światem. Obce są im więc kompleksy i poczucie niższości względem Zachodu. Czyli to, co było zmorą pokolenia ich rodziców.

Z jednej strony internet pozwala na pełen rozkwit potencjału Zetów, z drugiej – może wpływać na trudności z uczeniem się, zapamiętywaniem, kojarzeniem czy innymi funkcjami poznawczymi. Dostępność do wyszukiwarek, telefonu czy tabletu niesie za sobą ryzyko, że tam właśnie Zeci ulokują cały swój potencjał. Innymi słowy, że ich wiedza będzie pochodziła tylko ze smartfonu, który zawsze mają przy sobie. – Pamiętam jeden z ostatnich egzaminów na studiach. Oblałam go, bo straciłam Wi-Fi w telefonie, a tym samym dostęp do sieci – wyznaje niechętnie Paulina. Kamil się broni, że w internecie jest przecież wszystko. Nie ma więc sensu uczyć się czegoś ponad umiejętność szybkiego wyszukiwania informacji. – Czasem śmieję się ze starszej siostry, która dzwoni do mnie i mówi, że wyszukiwarka nie potrafiła czegoś znaleźć. Ja wiem, że tam jest wszystko. Sztuka polega na posługiwaniu się zwięzłymi hasłami, słowami kluczami – tłumaczy.

Konflikt interesów

Rynek pracy dopiero uczy się obsługi pokolenia Zet. Ale już nie ma wątpliwości, że te osoby doskonale poradzą sobie na stanowiskach związanych z obsługą czy kształtowaniem mediów społecznościowych. Internet nie stanowi dla nich żadnej zagadki, chętniej niż ich starsi koledzy z generacji Y poznają nowe aplikacje i używają ich w codziennym życiu. Bo o ile pokolenie Igreków bezpiecznie czuje się w dobrze sobie znanych aplikacjach, o tyle Zeci wykorzystują wszystkie naraz. Stąd określanie ich słowem multitasking – w jednym momencie potrafią rozmawiać na komunikatorze, oglądać film i robić ważne zestawienia firmowe. Z tego samego powodu nie muszą aż tak równoważyć życia zawodowego z prywatnym (co jest istotne dla pokolenia Y), bo płynnie łączą jedno z drugim.

Pewni siebie, przebojowi. Ale też mało cierpliwi i czasem z elementarnymi lukami w wiedzy. Czy pracodawcy są na nich przygotowani? Już z pokoleniem Y, roszczeniowo nastawionym wobec szefów, bywały problemy. – Igreki źle funkcjonują pod presją silnej kontroli pracowniczej. Bardziej cenią swobodę w zarządzaniu czasem, potrzebując chociażby możliwości pracy w domu – mówi Daria Niewiadomska, rekruterka jednej z czołowych warszawskich korporacji. – To dlatego szczytem ich marzeń są zawody kreatywne, wolne.

Pokolenie Y za punkt honoru postawiło sobie wypracowanie tzw. work-life balance, czyli takiego połączenia życia zawodowego z prywatnym, by żadna z tych sfer nie ucierpiała. Igreki z obrzydzeniem patrzyli na starsze pokolenie. Z pogardą wypowiadaIi się o Iksach pracujących do późnej nocy, wykańczających się w wyścigu szczurów. Teraz wszystko wskazuje na to, że i oni wejdą w konflikt z najmłodszymi uczestnikami rynku pracy. Pokolenie Zet to ludzie często jeszcze niedojrzali, dłużej żyjący na garnuszku rodziców, później biorący kredyty mieszkaniowe i zwlekający z decyzją o założeniu rodziny. To osoby, które nie muszą za wszelką cenę walczyć o utrzymanie wygodnej, bezpiecznej posady. Stabilizacja zawodowa nie jest ich priorytetem, bo czują się nieskrępowani. Mogą w końcu pracować wirtualnie z każdego zakątka świata, znają języki, więc emigracja też nie stanowi dla nich problemu. A godzenie pracy z domem? Cóż, ich dom jest tam, gdzie tablet i telefon.

Druga strona medalu

Na pierwszy rzut oka to ludzie wolni od historycznych obciążeń, pokolenie sukcesu. Ale to część prawdy, bo taki opis pasuje idealnie tylko do mieszkańców dużych aglomeracji. Pomiędzy nimi a osobami żyjącymi w uboższych miejscowościach jest często dramatyczna przepaść. Ci ostatni, nie mając szansy na naukę kolejnych języków, stały kontakt z siecią i nowinkami, mogą mieć ogromne problemy na rynku pracy. Pokolenie Zet ma także olbrzymią świadomość kryzysu ekonomicznego. Nieograniczone szanse i pole manewru mają więc ci, którzy na starcie mogą liczyć na wsparcie rodziców. Pokolenie Zet pozbawione takiego zaplecza nie patrzy już na świat w różowych okularach. – To dlatego ludzie z małych miejscowości bywają depresyjni – przekonuje Daniel Wichiciel. I podkreśla to, o czym mówią też socjolodzy. Przez to, że żyjemy w czasach lęku gospodarczego, a doświadczenia światowego kryzysu są w nas świeże, młodzi ludzie ruszają do pracy nie tylko z brawurową pewnością siebie, ale też gigantycznymi obawami. Jedno jest pewne: z tak rozchwianymi emocjonalnie pracownikami polski rynek zatrudnienia dawno nie miał do czynienia. I dopiero najbliższe lata pokażą, czy sobie z nimi poradzi.