Orły, sokoły, herosi

Piszą książki, zapraszają na wykłady i warsztaty. Wszystko pod jednym hasłem: wiemy, co zrobić, żebyś odniósł sukces, zarobił miliony i był spełnionym człowiekiem. Czy jednak warto ślepo podążać za guru, który obiecuje aż tyle?

W zalewie „specjalistów od szczęścia i pieniędzy", troszcząc się o to, by samoocena uczestników szkolenia była jak najwyższa, potrafią zmusić, by ludzie wzajemnie bili się po twarzach (patrz: zeszłoroczna afera z udziałem Studenckiego Koło Naukowego Rozwoju Osobistego SGH), trudno odpowiedzieć na pytanie: kto, czego i na ile skutecznie potrafi mnie nauczyć? Łatwiej uświadomić sobie, na jakie szkolenia i spotkania nie warto tracić czasu.

Na miarę czasów

Badania Marka Leary'ego i Roya Baumeistera opublikowane na łamach „Advances in Experimental Psychology" dowodzą, że sztuczne pompowanie samooceny, np. przez wykłady motywacyjne, jest bezużyteczne. Co więcej, może być niebezpieczne, jeżeli uzależnimy się od euforii, która towarzyszy z reguły takim spotkaniom. 
– Moda na tego typu wydarzenia ma dwa źródła. Pierwsze – to po prostu ludzka potrzeba przeżycia zbiorowego. Podobną widzimy na meczach, koncertach, ceremoniach religijnych. W czasie takich spotkań uruchamia się poczucie jedności z grupą, podziw dla lidera. Wszystko to jest charakterystyczne dla ludzkiego gatunku i co chwila powraca w kulturze. W jednej epoce to jest zbiorowe biczowanie, w innej koncert rockowy, w jeszcze innej może to być zbiorowe wykrzykiwanie deklaracji o swoich nadludzkich możliwościach – przekonuje Paweł Droździak, psycholog i psychoterapeuta. – Drugie źródło popularności tego typu spotkań to szczególna sytuacja rynku pracy w Polsce i na świecie. Stopniowo likwiduje się wszelkie zabezpieczenia dające pewność przyszłości. Zostaje czysta rywalizacja. A ludzie mają przecież mnóstwo zobowiązań stałych, na przykład kredytowych. Wytwarza to olbrzymią presję i potężny lęk o utratę pracy, spadek dochodów. Sięga się więc po różne środki, które obiecują przekształcenie nas w osoby wyjątkowe.

Dr Tomasz Witkowski, psycholog, autor książki „Zakazana psychologia", dostrzega także, że publiczność jest podgrzewana błędnym przekonaniem: „wystarczy tylko chcieć, a wszystko się uda".

Efekt?

Wiele osób uczestniczących w imprezach motywacyjnych podkreśla, jak bardzo niezapomniane i energetyczne było to przeżycie. Nic dziwnego: taki event to skrzyżowanie koncertu rockowego z mszą beatyfikacyjną. Niestety, efekt takiej imprezy jest zdecydowanie krótki. Za krótki. Dlaczego? Bo mówcy motywacyjni zmieniają głównie przekonania swoich słuchaczy o nich samych. Jak podkreśla dr Tomasz Witkowski, wielu z nich z lubością powołuje się na przykłady takie jak historia Cliffa Younga, australijskiego 61–letniego rolnika z Melbourne. W 1983 r. w kaloszach i ubraniu roboczym pojawił się na starcie najbardziej chyba wymagającego na świecie ultramaratonu liczącego prawie 900 km z Sydney do Melbourne. Do tego maratonu najwybitniejsi biegacze przygotowują się latami, a jego ukończenie jest dla nich szczytowym osiągnięciem. Cliff, jak głosi historia, był rolnikiem, który całymi dniami biegał, zaganiając owce. Kiedy wystartował w biegu, nie wiedział, że trzeba spać, aby bieg ukończyć. Po prostu biegł. Po kilku dniach minął wszystkich zawodników, którzy przerywali morderczy bieg, aby zregenerować swoje siły. Ukończył go jako pierwszy, ustanawiając rekord prędkości. Jednocześnie został najstarszym biegaczem, który wygrał ten ultramaraton. – Mówcy motywacyjni tłumaczą naiwnym odbiorcom, że to, co przyczyniło się do zwycięstwa Cliffa, to brak pewnych przekonań: Cliff nie wiedział, że trzeba spać, więc biegł bez przerwy. Nie zwracał uwagi na negatywne komentarze ludzi, którzy twierdzili, że nie ma szans. Nie wzorował się na nikim, tylko biegł po swojemu. Ich zdaniem, jeśli człowiek podejdzie do życia tak jak Cliff Young do swojego ultramaratonu, wszystko jest możliwe – mówi dr Tomasz Witkowski. – Problem w tym, że nie słyszałem, aby którykolwiek z mówców motywacyjnych przebiegł jakikolwiek ultramaraton, korzystając z tych rad. Chętnie natomiast za odpowiednie honoraria doradzają, jak osiągnąć podobne wyniki. Pracując na przekonaniach, szybko możemy dojść do wiary we własną omnipotencję, ale poza nią są jeszcze obiektywne uwarunkowania i ograniczenia. Dlatego rzeczywistość tak szybko je weryfikuje i efekt udziału w spotkaniu motywacyjnym znika.

Psycholog Paweł Droździak dodaje, że efektem spotkania motywacyjnego jest wrażenie zaczerpnięcia jakiejś siły od grupy i lidera. Ale nie ma ona nic wspólnego z realnym życiem, w nim nie wznosi się rąk do góry, krzycząc: „Mogę wszystko!", tylko wstaje się rano i robi dziecku kanapki do szkoły. Dyskutuje się z żoną i załatwia ubezpieczenie samochodu. – Mamy codziennie tysiące doświadczeń zupełnie niepodobnych do tego, co jest na takich spotkaniach – mówi. – Może dlatego te spotkania są tak popularne? Bo ludzie chcą się oderwać od codzienności.

Chodzić czy nie chodzić?

Zdaniem dr. Tomasza Witkowskiego koszt udziału w takich wydarzeniach jest najczęściej mocno niewspółmierny do efektu, jaki możemy osiągnąć. – Podobny efekt możemy uzyskać, czytając biografie wybitnych ludzi. Jeśli udział w spotkaniu motywacyjnym ma nas przekonać, że jesteśmy w stanie nauczyć się języka obcego, to może lepiej pieniądze przeznaczone na taki show wydać na dobrego nauczyciela języka? – podpowiada. – Jeśli chcemy uwierzyć, że zapanujemy nad słabościami naszego ciała, to prawdopodobnie wizyty w siłowni czy klubie fitness przyniosą dużo lepsze rezultaty. Dodatkowym argumentem przeciwko uczestnictwu w takich spotkaniach jest fakt, że niektóre przekazywane podczas nich „prawdy" o naszej motywacji i psychice są zwykłymi bzdurami. Wierząc w nie, dość szybko doświadczymy braku efektów, a w konsekwencji poczucia bezradności, i zaliczymy kolejnego doła, z którego będzie nas musiał wydobywać jeszcze bardziej charyzmatyczny mówca motywacyjny.

I koło będzie się dalej kręcić.

Guru, który uzależnia

Paweł Droździak: – Liderzy takich spotkań zachowują się w sposób niespotykany. Określiłbym to jako nieco maniakalne, hiperaktywne – tak jakby człowieka nie krępował żaden wstyd, nie obowiązywały żadne reguły. To czysty narcyzm, nieskażony wewnętrzną krytyką. Załóżmy, że przychodzi na takie spotkanie ktoś, kto w życiu działa dokładnie odwrotnie. Ciągle sam siebie krytykuje, nie eksponuje się społecznie, nie zajmuje miejsca lidera, mało mówi. Co to dla niego będzie za doświadczenie – zobaczyć na scenie osobę, która wyczynia publicznie te wszystkie dziwne rzeczy? Być może tego lidera pokocha. Będzie go podziwiać, trochę mu będzie zazdrościć. Ale czy obserwacja tej osoby i jej braku zahamowań wpłynie na to, że ten wycofany człowiek sam poczuje, że może więcej? Gdyby tak się stało, to byłaby to jakaś korzyść – mówi. Gdyby jednak wszystko skończyło się na kulcie lidera, na przyjęciu postawy wyznawcy, to właściwie jeszcze gorzej, bo wtedy do listy problemów dochodzi etykietka dziwaka, jakiegoś nawiedzeńca, który ma swojego guru. Problem z tymi spotkaniami jest taki, że na nich to lider robi wszystko za ludzi. To oni mają się pozbyć swoich barier. Tymczasem to on pokazuje, że się ich wyzbył. Przypomina to różnicę między uprawianiem sportu a oglądaniem sportu w telewizji.

Po wykładzie motywacyjnym człowiek budzi się, niestety, w dawnej rzeczywistości, z niezbyt sympatycznym kolegą w open space. Wtedy może się pojawić pragnienie, aby tych motywacji było więcej. Stąd blisko już do zjawiska „warsztatowych ćpunów", bo od pompowania samooceny można się uzależnić jak od narkotyków. Robert Krool, mentor i autor książek, ostrzega: – Rzeczywistość budzi znowu demony. To tak jakbyśmy brali prochy uspokajające, zamiast skupić się na zmianie naszej realnej sytuacji. Poprawiamy nastrój, ale nie własne życie. Uwodzenie samego siebie trwa w najlepsze.

Jak rozpoznać 
dobrego fachowca 
(kryteria Roberta Kroola)

1. Czy jego codzienność mówi za siebie i jest spójna z prezentowanym przekazem?

2. Lubi ludzi czy tylko pieniądze?

3. Kto jest jego realnym klientem? Aspirant, marzyciel czy decydent? A może dociera tylko do osób z nadętym ego, chcących być kiedyś 
jak on – na scenie?

4. Czy stawia pedagogiczne wymagania 
i narzuca tempo dydaktyczne?