Od elektrowni atomowej do hamburgerów

Mógł pracować w elektrowni atomowej. zamiast tego kieruje restauracjami. Dlatego nie przekonuje ludzi do energii jądrowej, tylko zmienia wizerunek największej sieci fast food. Piotr Jucha zaczynał od mopa. Dziś jest wiceprezesem McDonald's na całą Europę.

Miał pan być fizykiem jądrowym. I co się stało?

Nie fizykiem, tylko energetykiem jądrowym. Fizycy jądrowi zajmują się bardziej teorią, energetycy są od strony praktycznej budowy i prowadzenia elektrowni jądrowych. Mógłbym pracować np. w sterowni takiej elektrowni. No, ale wyszło inaczej.

Poszedł pan do pracy w McDonald's, żeby dorobić na studiach, i już został?

W czerwcu 1992 r. obroniłem pracę dyplomową na Politechnice Śląskiej. Miałem propozycję pracy dla jednego z zagranicznych koncernów budujących reaktory jądrowe, ale wiązało się to z wyjazdem za granicę. Czekając na ten kontrakt, zobaczyłem ogłoszenie w gazecie o pracy w pierwszej w Katowicach i trzeciej w Polsce restauracji McDonald's. Pomyślałem, że coś muszę przecież robić, czekając na sfinalizowanie umowy z tym koncernem. Przeszedłem przez proces rekrutacji i zacząłem pracę tutaj jako menedżer praktykant. Przyjechałem do Warszawy na szkolenie, ale cały czas byłem przekonany, że to coś tymczasowego, bo przecież za chwilę wyjadę za granicę budować reaktory jądrowe.

Zaczął pan praktykę od pracy fizycznej w restauracji?

Tak, bo praca w McDonald's zaczyna się zawsze od poznawania wszystkich stanowisk w firmie. Pierwszego dnia w naszej restauracji w Alejach Jerozolimskich w Warszawie myłem podłogi i zbierałem śmieci oraz puste tacki. Odpowiadałem po prostu za czystość na sali. Później szkoliłem się w zarządzaniu różnymi częściami restauracji, m.in. byłem sprzedawcą. No i nadszedł czas otwarcia restauracji w Katowicach. Do końca życia nie zapomnę tego tłumu ludzi. Po prostu ludzka ściana. To było niesamowite, bo ten tłum był od rana do nocy, nieprzerwanie. No i tak zostałem w firmie.

Pierwszego dnia w pracy myłem podłogi i zbierałem śmieci. Później byłem sprzedawcą. Aż przyszedł czas otwarcia restauracji w Katowicach. Nie zapomnę tego tłumu. Po prostu ludzka ściana.

To dobrze, że ten kontrakt jądrowy nie wypalił.

Ależ nie, ten kontrakt pojawił się po ponad roku mojej pracy w McDonald's. Musieliśmy zdecydować z żoną, czy wyjechać za granicę, co w latach 90. w Polsce było wyborem dość oczywistym. Ale my zdecydowaliśmy się zostać.

Później organizowałem pracę i kierowałem naszą pierwszą restauracją w Krakowie, przy ul. Floriańskiej. Następnie przeniosłem się już do Warszawy, do centrali McDonald's Polska. Przez pewien czas kierowałem też pracą naszych restauracji w krajach bałtyckich, a także w innych krajach Europy Środkowej, do której McDonald's zaliczał jeszcze niedawno m.in. Austrię i Włochy.

Włosi jedzą w McDonald's?

O tak, dla nas to rynek większy od polskiego.

Dziś jest pan wiceprezesem McDonald's ds. rozwoju na całą Europę. To trudna działka?

Ten rynek ma dla nas znaczenie pierwszoplanowe. Ponad 7 tys. restauracji w 40 krajach. To 40 proc. przychodu koncernu.

Wcześniej przez wiele lat kierował pan McDonald's w Polsce.

Tak, i udało nam się dokonać tutaj wielkich rzeczy. Wprowadziliśmy na przykład śniadania...

...które muszą smakować, podobnie jak inne wasze produkty, tak samo w każdym miejscu na ziemi.

Tak, takie mamy standardy.

Ale nie w krajach arabskich.

Ziemniaki z Lęborka, sałata z Legnicy i Zakroczymia, bułki z Legionowa. To w sumie 16 tys. pracowników i dodatkowe tysiące etatów kontrahentów w Polsce.

Owszem, bo dostosowujemy nasze produkty do lokalnych rynków. Dotyczy to także krajów Europy Zachodniej, gdzie bogaty asortyment zaspokaja potrzeby szerokiego grona konsumentów.

A my w Polsce na przykład jako pierwsi wprowadziliśmy wrapy. Teraz może pan jeść jajecznicę nożem i widelcem albo zawiniętą w placek, jadąc autem.

Zmieniamy restauracje, modernizujemy je, większość z nich otwieramy teraz z możliwością zrobienia zakupów bez wysiadania z samochodu. Dziś mamy 300 restauracji, 169 prowadzonych jest na zasadzie licencji.

Czy w naszym kraju są prywatni potentaci McDonald's?

Są. Pewien człowiek na Śląsku prowadzi już 8 restauracji.

Polacy lubią kupować z samochodu?

O tak! Świat przyspiesza, każdemu z nas brakuje czasu i każdy z nas próbuje sobie ułatwić życie. Tak, Polacy uwielbiają kupować z samochodu. To też wynika z faktu, że rośnie w Polsce liczba autostrad, a co za tym idzie – także liczba naszych restauracji ulokowanych przy tych autostradach.

Czy to oznacza, że przygotowując strategię dla pana firmy, śledziliście plany rozwoju autostrad w Polsce?

Żadna firma nie działa w oderwaniu od rzeczywistości, więc trzeba wiedzieć, co się dzieje w naszym otoczeniu. Śledziliśmy rozwój dróg w Polsce, to była dla nas ważna sprawa.

W Stanach McDonald's jest synonimem taniego jedzenia. Codziennie mają menu po dolarze. W ogóle trudno sobie wyobrazić w Ameryce miejsce, gdzie można coś zjeść taniej. Czy uważa pan, że wasze restauracje w Polsce są tanie?

Nie da się tak łatwo porównywać rynków. Rynek amerykański jest kompletnie inny. Ale uważam, że nasze produkty są bardzo tanie.

Tygodnik „The Economist" publikuje cyklicznie tzw. indeks Big Maca. Porównują w nim ceny Big Maca w różnych krajach. No i okazuje się, że w Norwegii kosztuje on 7,06 dol., w Brazylii 4,94 dol., w Polsce – 2,85, ale np. w RPA to jest 2,36 dol., a w Rosji 2,29 dol.

No i myślę, że to rozsądny poziom.

Czy trudno się prowadzi restaurację McDonald's w czasach, gdy wszyscy wokoło mówią o zdrowej żywności?

Nie trudno, ale inaczej. Rośnie świadomość konsumentów, którzy szukają okazji cenowych i dobrej jakości. Byliśmy pierwszą firmą, która zdecydowała się publikować informacje o wartości energetycznej naszych produktów. Może pan wspomnieć o Big Macu, który ma ok. 500 kcal, ale może pan wspomnieć o sałatce, która może mieć tych kilokalorii zaledwie 100.

Jeden nasz klient przyjdzie do nas, żeby porządnie zjeść, a drugi – żeby zjeść zdrowo. Dajemy obu klientom informację i zostawiamy im decyzję, co chcą wybrać.

Mimo to musicie jednak walczyć z wizerunkiem firmy, która karmi niezdrową, wysokokaloryczną żywnością.

Walczymy nie tyle z takim wizerunkiem, ile z nieprawdami na temat tego wizerunku. Do tej pory pojawiają się np. informacje, że robimy frytki z mączki. To bzdura, walczymy z nią. Frytki są robione z ziemniaków, które rosną pod Lęborkiem. Do wołowiny dodajemy jedynie sól i pieprz. Nic innego. Sałata rośnie pod Legnicą i Zakroczymem, a bułki powstają w Legionowie. To w sumie 16 tys. pracowników i dodatkowe tysiące etatów kontrahentów, np. dostawców.

Jak pan słucha debaty na temat polskiej elektrowni atomowej, to nie myśli pan sobie: „Kurcze, mogłem tam być, brać w tym udział"?

Oczywiście, śledzę ten temat. To byłby dla Polski wielki krok do przodu.

Piotr Jucha w sesji zdjęciowej dla Sukcesu - making off