Obcym wstęp wzbroniony

Ma AIDS. Jest gejem. Jest Żydem. Usunęła ciążę. Jest Arabką. To Murzyn. Nie lubi seksu. Był w więzieniu… Czy Polacy są tolerancyjni? Tak, ale… I w tym „ale” jest pies pogrzebany. Nietolerancja w wersji light niszczy życie. Pozbawiona zahamowań – bywa śmiertelna.
Już po raz 15. obchodzić będziemy 16 listopada Międzynarodowy Dzień Tolerancji. To zainicjowane przez ONZ święto szacunku, akceptacji i uznania różnorodności kultur, poglądów, praw oraz wyznań ludzi na całym świecie. W Polsce na pytanie, czy jesteśmy tolerancyjnym narodem, zazwyczaj pada odpowiedź: tak, ale… I w tym „ale” właśnie problem.

Ilustracja Anna Nogalska
Internet, wyjątkowo wolne medium, w którym każdy może napisać wszystko. I raczej rzadko kiedy spodziewa się konsekwencji. Włożyć kij w mrowisko jest tu wyjątkowo łatwo. Pewne bractwo, wzorujące się na amerykańskim, przedwojennym pierwowzorze, chwali się na swojej stronie, że w Polsce udało się mu zebrać już kilkudziesięciu oficjalnych członków. Do tego – spore grono sympatyków. Obowiązuje hierarchizacja, czołobitne oddanie władzom. I proste zasady: nie mieszać się z czarnymi. Czyli nie rozmawiać, nie zbliżać się, nie ubrudzić się. Po długich poszukiwaniach ślę e-mail do jednego z owych sympatyków z naiwnym pytaniem o tolerancję i sens ich ideologii. Po trzech dniach przychodzi odpowiedź. Nie nadaje się do cytowania.
Bardziej wygadany jest 55-letni ultrakonserwatysta (jak sam siebie określa) z warszawskiej Ochoty. Może dlatego, że pół roku temu musiał zweryfikować swoje poglądy. Kiedyś opinie o „homosiach” wygłaszał na portalach i w okolicznych sklepach. Ale kiedy jego córka przyprowadziła do domu partnerkę, przestał być w środowisku wiarygodny. Zmienił front i przekonuje, że córkę „zniszczyła szerząca się w mediach homoseksualna propaganda”.
Różnimy się między sobą poglądami politycznymi, wyznawanymi ideologiami i pomysłami na życie. Ale gdyby szukać łączącej nas cechy, to z pewną dozą przesady można by powiedzieć, że mamy narodową skłonność do oceniania innych. Gapimy się na za grubych, za chudych, czarnych, zbyt bladych, ubranych, rozebranych. Mamy wizje idealnego związku, idealnej rodziny. I trudno przychodzi nam tolerowanie tego, co zaburza nasz porządek świata. Tymczasem nietolerancja w wersji light niszczy życie. Pozbawiona zahamowań – bywa śmiertelna.

W czym jesteśmy dobrzy

Tolerancja z łaciny znaczy tyle, co cierpliwa wytrwałość. Definicja wskazuje więc na pewien rodzaj poświęcenia, jaki jeden człowiek jest gotów znieść dla drugiego. Dyskusja na temat tolerancji jest stara jak świat. Sięga czasów, gdy zauważyliśmy, że różnimy się między sobą. Przez lata narosło wokół tolerancji sporo kontrowersji. Liberałowie mówią, że z góry wskazuje ona na „tolerowane” zwyczaje i zachowania, które są odstępstwem od normy. I w ten sposób może upoważniać władzę do zwalczania odmienności. W zamian proponują więc pojęcie moralności obywatelskiej i pluralizmu. Z kolei zwolennicy tradycyjnego fundamentalizmu krytykują tolerancję, gdyż widzą w niej formę moralnego relatywizmu. Ci, którzy ją popierają, definiują ją jako poszanowanie odmienności.
W konserwatywnych dyskusjach nieraz padł już argument, że problemu nie ma, gdyż Polska może pochwalić się wielowiekową tradycją tolerancji. Bo gdy Europa krwawiła w wyniku licznych wojen, nasz kraj nosił przydomek „schronienie dla heretyków”. Pozycja Polski jako kraju otwartego na inność została dodatkowo usankcjonowana w pierwszym europejskim edykcie tolerancji – konfederacji warszawskiej z 1573 r.
– To śmieszne! Historyczne wydarzenia sprzed wieków nie mają nic wspólnego z rzeczywistością – mówią inni i dyskusja nabiera rumieńców.
– Tolerancja, polegająca na zrozumieniu faktu, że ludzie się między sobą różnią i różnice te nie mogą być podstawą uznania, że ktoś jest gorszy, była kiedyś podstawowym elementem dobrego wychowania. I albo ktoś potrafił się zachować, albo nie – przekonuje prof. Małgorzata Fuszara, specjalizująca się w socjologii mniejszości etnicznych, kulturowych i społecznych. I ostrzega: – Tolerancja to czasami zbyt mało, bo nie zakłada równoprawności różniących się grup etnicznych, narodów, stylów życia czy indywidualnych wyborów. Niepokojące jest również to, że rośnie moda na nietolerancję. Politycy, publicyści narzekają na political correctness i są dumni ze swojej niepoprawności. Poprawność krępuje wolność słowa – mówią.
Mało jest ludzi naprawdę złych, którzy krzywdzą świadomie. ich zachowanie częściej wynika z nieumiejętności spojrzenia na świat oczami innych...
Tymczasem, zdaniem prof. Fuszary, stajemy się ofiarami własnej nietolerancji. Po pierwsze, mężczyźni, którzy przejmują stereotypowo kobiece role i zajmują się wychowaniem dzieci, spotykają się z ogromnym niezrozumieniem, kwestionowana jest ich męskość. Po drugie, w najbliższych latach rynek pracy dla mężczyzn będzie się gwałtownie kurczyć. Bo w męskich zawodach związanych z produkcją ludzie wypierani są przez komputery i maszyny. Za to rozwija się rynek usług i opieki, tradycyjnie mocno sfeminizowany. – W ten sposób, stosując społeczne kalki, ograniczamy kobietom i mężczyznom już nie tylko możliwości dokonywania indywidualnych wyborów, ale nawet zdobycia dobrej pracy – mówi Małgorzata Fuszara.
Małe to pocieszenie, ale tolerancja lub raczej jej brak to nie tylko polski problem. Sposoby radzenia sobie z nim bywają kontrowersyjne. Dyplomatycznie rzecz ujmując. Holenderskie reality show „Precz z Holandii”, jeszcze zanim zostało wyemitowane w jednej z tamtejszych stacji, narobiło sporo zamieszania. Zasady były proste. Uczestnikami są imigranci, którym holenderskie władze odmówiły azylu. Pięć osób odpowiada na pytania z historii i kultury Holandii. Zwyciężczynią pierwszego odcinka została imigrantka z Armenii. W nagrodę otrzymała 4 tys. euro, których jednak nie może już wydać w Holandii. Musi wracać do domu.
Producenci tłumaczą: chcieliśmy pokazać, że imigranci mają o wiele bogatszą wiedzę na temat kraju tulipanów niż rodowici Holendrzy. Wielu zdolnych ludzi przyjeżdża do Holandii, tu kończy trudne kierunki studiów, aż przychodzi moment, gdy nakazuje im się wracać do siebie. Trudno odmówić im racji, choć równie trudno pozbyć się niesmaku.
Nie mniej zamieszania wywołał kilka lat temu amerykański program, w którym grupa kobiet zastanawiała się: usunąć ciążę czy nie. W podjęciu decyzji miały pomóc im SMS-y telewidzów. I znów głos zabrali producenci. Tłumaczyli, że chodziło im o nagłośnienie problemu, a bohaterkami były tak naprawdę ucharakteryzowane aktorki. Kontrowersje jednak pozostały.
„Mam AIDS”, „Jestem gejem”, „Jestem lesbijką”, „Jestem Żydem”, „Usunęłam ciążę”, „Jestem Arabką”, „Jestem bezrobotny”, „Nie chcę mieć dzieci”, „Jestem Murzynem”, „Nie słucham papieża”, „Nie lubię seksu”, „Jestem ze wsi”, „Miałem pochwę”, „Byłem w więzieniu”. T-shirtami z takimi napisami przeszło pięć lat temu Fundacja dla Wolności chciała wstrząsnąć Polakami. To miała być wielka narodowa próba tolerancji.
– Coś wtedy w nas wezbrało – wspomina Krzysztof Jarymowicz, szef fundacji. Nie miał jednak złudzeń. Od początku wiedział, że do pewnej grupy ludzi nie uda mu się dotrzeć.
Dlaczego? – Mało jest osób naprawdę złych, którzy krzywdzą świadomie. Ich zachowanie częściej wynika z nieumiejętności spojrzenia na świat oczami innych.

Wykopmy rasizm

W tamtej akcji ważne było pokazanie solidarności. Zakładając koszulkę, mówiłem: rozumiem cię i szanuję. Które z haseł wzbudziły najwięcej sprzeciwu? „Nie płakałem po papieżu” i „Usunęłam ciążę”. Te słowa biły w utarte wyobrażenia o normach społecznych.
Ilustracja Anna Nogalska
Od tamtej pory minęło już jednak kilka lat i dyskusja społeczna zamarła. Przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych politycy do znudzenia powtarzali te same oklepane formułki w stylu: pan jest za aborcją, ja jestem za życiem. Dyskusja o tolerancji i prawach mniejszości ugrzęzła im w gardle.
– Samo stwierdzenie „toleruję” to dla mnie za mało. Bo co to znaczy? Że nie pobiję Afrykańczyka na ulicy? Akceptuję – to z kolei sygnał, że chcę wejść w interakcję, zrozumieć cudze poglądy – mówi Krzysztof Jarymowicz. Dlatego od 2005 r. Fundacja dla Wolności organizuje turnieje piłkarskie, które mają zwrócić uwagę na problem rasizmu i seksizmu w piłce nożnej. – Przed mistrzostwami Euro 2012 ludzie zauważyli w końcu, że coś jest nie tak z naszymi stadionami. Szczególnie gdy przed meczem defilują setki osób z transparentem: „Maszeruje aryjska horda” czy „Precz garbatym nosom”.
Nie ma problemów ze skrzyknięciem zawodników na taki mecz ponad podziałami. Spotykają się ludzie z 20, 30 krajów. Przychodzą z rodzinami, ze znajomymi. Czasem są to osoby z dwóch stron świata, które znają tylko trzy słowa po polsku i ze dwa po angielsku. Obcokrajowcy mówią zwykle wtedy: „Polska jest piękna, jesteście wspaniali”. Ale jeśli porozmawiać z nimi dłużej, głębiej poszperać w ich duszach, to znajdzie się tam sporo żalu. Do tych, którzy wytykali ich palcem na ulicy, wyzywali, bili. Jarymowicz wspomina mecz, podczas którego starły się drużyny: Czeczenów i feministek. Gdy ci pierwsi dowiedzieli się, że będą grali przeciw kobietom, uznali to za kawał. – Kiedy jednak wyprowadziliśmy ich z błędu, bałem się, jak zareagują, bo w ich kulturze kobiety nie grają. Nawet nie kibicują! Denerwowaliśmy się, czy w ogóle dojdzie do meczu – opowiada. Gdy nadszedł ten dzień i kobiety wybiegły na boisko, a przeciwnicy spóźniali się, wszyscy byli pełni obaw. Po chwili jednak Czeczeni pojawili się z naręczem kwiatów. Wręczyli je zawodniczkom. Teraz z kolei oczy wszystkich skierowały się na kobiety, jaka będzie ich reakcja. Po chwili konsternacji i zaskoczenia powiedziały: super, gramy. A na następny mecz przyszły z transparentem popierającym Czeczenów. – Niesamowite było patrzeć, jak ścierają się inne światy, różne poglądy i obyczaje i jak ostatecznie zwycięża tolerancja.

Większa mniejszość

– Ciągle jesteśmy konserwatywni – to jedno. Inny problem polega na tym, że bardzo surowo oceniamy siebie nawzajem – przekonuje Urszula Nowakowska z Centrum Praw Kobiet. Boli ją to, że często przodują w tym kobiety. Kobieta pracująca zawodowo i wychowująca dzieci nie jest tolerancyjna wobec tej, która zajmuje się tylko domem i wychowaniem dzieci. I nawzajem. Taka postawa ujawnia się w najmniej spodziewanych momentach. – Do pracy w fundacji zatrudniałam czasem osoby, które same kiedyś padły ofiarą domowej przemocy. Liczyłam na to, że będą miały w sobie pokłady empatii. Czasem na próżno – wspomina Nowakowska. – Pamiętam też konferencję zorganizowaną przez fundację. Byli tam prokuratorzy, prokuratorki, pol