Nowa ja, nowy ty, jeśli nie teraz to kiedy?

Żyjemy od lat swoim rytmem, wędrując utartymi ścieżkami od sukcesów 
do porażek. Czasem inspiracją jest spotkany przypadkowo człowiek. 
Innym razem wystarczy myśl, która przyjdzie nagle i nie daje spokoju. 
Albo po prostu – banalny Nowy Rok. Są jednak tacy, którzy muszą upaść 
na dno, dostać od życia solidny wycisk, a nawet otrzeć się o śmierć. Zmiana, ta prawdziwa, nie przychodzi łatwo. Rodzi się w bólach. I pewnie dlatego za każdym razem niesie

Opowieść 1

Impreza. Muzyka, alkohol, nad tłumem ludzi unoszą się kłęby gryzącego dymu. Jedynym spokojnym miejscem jest toaleta. Marek w ciszy rozsypuje biały proszek. Wprawnym ruchem dzieli go na cienkie kreski. Nachyla się, wciąga nosem. Ale tylko do prawej dziurki. Lewą nie może, jest uszkodzona. Trochę boli, trochę piecze. Nieważne, bo narkotyk już zaczyna działać.

Dzięki temu czuje się lepiej, jest szczęśliwy, może tworzyć. I tak od 10 lat, 
kokaina weszła mu więc w krew... Ostatnio ćpał już dzień w dzień. Pewnie robiłby tak dalej, gdyby nie wylew. Odmienił jego życie.

– Bez wyraźnego sygnału nie zmieniłbym się. Bałem się, że nie będę mógł pracować. To było uzależnienie od emocji, które wytwarzały się pod wpływem emocji – przyznaje Marek Raczkowski. I szuka w myślach analogii. – Jeśli hazardzista wchodzi do kasyna i wygrywa, to nikt mu nie mówi, że ma przerwać i się leczyć. Musi wszystko przegrać. Ja byłem takim hazardzistą.

Niekwestionowany lider polskiej satyry. Jego rysunki zawsze są trafione, bezbłędnie odczytuje nastroje społeczne i przelewa je na papier. Ludzie go kochają za sarkastyczny dowcip, jego jeden rysunek potrafi wyrazić więcej niż felietony uszczypliwych publicystów.

Przez ostatnie lata prowadził równie barwne życie. Jego pierwszy wywiad rzeka ukazał się pod tytułem „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki". Tytuł przewrotny? Nic bardziej mylnego. Takie było jego życie. W czasie pisania drugiej części zażartował, że zatytułuje ją: „Książka, którą napisałem, żeby mieć na odwyk". Trafił, w połowie wywiadu dostał wylewu, otarł się o śmierć. – Mogłem umrzeć albo zostać kaleką – wspomina. Okazało się, że wyszedł niemal bez szwanku. Dziś nie chce mówić, że dostał drugą szansę od Boga, ale ze strachu przed bólem i śmiercią zmienił swoje życie o 180 stopni. Po wyjściu ze szpitala poszedł na odwyk. Na terapii dostał zadanie: list do swojego nałogu. – Napisałem do kokainy, że chciała mnie zabić – opowiada. – Uzależnienie jest podobne do związku miłosnego, który musisz skończyć. Kochasz, ale wiesz, że nie ma sensu dłużej tego ciągnąć.

Dziesięć lat brania niemal zrujnowało go także finansowo, do dziś spłaca komorników. Prawie zapomniał o trzeźwym życiu. Dlatego od zakończenia terapii nie złamał się ani razu. – To byłaby tragedia! Cała magia polega na odliczaniu kolejnych dni, tygodni i miesięcy. Boję się, że jedna kreska i umrę – mówi gorzko. Powoli wraca do formy. Kupił Fiata 500. – Pokochałem ten samochód! Parę ostatnich lat prawie nie wsiadałem za kierownicę. Nie mogłem prowadzić pod wpływem narkotyków, dziś jeżdżę codziennie – opowiada. Poza nowym autem ma też nowego współlokatora – małego kota, którego znalazł zaraz po wyjściu ze szpitala. Był wielkości paczki papierosów. Raczkowski uratował mu życie, zaniósł do weterynarza. – Bardzo to przeżywałem – dodaje. Teraz całe dnie obserwuje go i filmuje. – Kiedy opowiadałem o nim koleżance, powiedziała, że nie ma w nim nic wyjątkowego. Kot w tym czasie bawił się wodą cieknącą ze zlewu. Kiedy to usłyszał, spojrzał na nią i zakręcił kurek.

Sprawdził, że miejsce w mózgu, gdzie miał wylew, jest ok. 10 cm od prawej dziurki, którą zawsze wciągał. Żeby go ratować, otworzyli mu czaszkę. Dziś uważa, że wszystko, co wydarzyło się w jego życiu, było potrzebne. – Doskonale wyszedłem na swoim wylewie. Pogodziłem się z dziećmi – ironizuje. I choć przyznaje, że nie poświęca córkom zbyt wiele czasu, zawsze mogą do niego przyjechać. Ostatnio nawet odwiedza sklepy dziecięce i szuka prezentu dla wnuczki (Marek jest dziadkiem czteroletniej Marceliny – red.). – Wspaniale jest znaleźć się w sytuacji, gdy ludzie myślą, że zaraz umrzesz. Wszelkie niesnaski i spory z przeszłości znikają. Teraz tylko ten „nowy ja" musi być inny, lepszy.

Cnota człowieczeństwa

– Zmienia się liczba ludności, upadają reżimy i powstają nowe społeczności. Na poziomie osobistym zmienia się nasza praca, jej wartość i charakter, nasz stan cywilny i prawo, które nas dotyczy. Na poziomie fizycznym codziennie zmienia się nasze ciało, a globalnie mamy do czynienia ze zmianą klimatu – mówi dr Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Od zawsze świat się zmieniał, bo na poziomie metafizycznym nie ma tych samych chwil. Pytanie tylko, czy to my sami dokonamy zmiany w naszym życiu, czy życie zrobi to za nas. W tym drugim przypadku jest to chyba bardziej bolesne.

Niektórym do tego, żeby się zmienić, potrzeba strachu przed śmiercią, innym – wystarczy (aż lub tylko) poczucie pustki. Kiedy kilka lat temu Niemka Christiane zu Salm, czterdziestokilkuletnia dyrektorka kanału muzycznego MTV Central Europe i kolekcjonerka sztuki, leżała pod metrami śniegu z lawiny, myślała: „Właśnie teraz umieram". Przeżyła i dokonała rewolucji. Zostawiła za sobą dotychczasowy świat i zdecydowała się na pracę w niemieckich hospicjach. Czuła potrzebę towarzyszenia umierającym, rozmawiania z nimi, trzymania ich za rękę, słuchania. Opublikowała książkę „Tym człowiekiem byłam ja". Chce w niej pokazać, jak wielu ludzi zaprzepaszcza szanse: na poznanie kogoś bliskiego, pożegnanie, pogodzenie się.

Opowieść 2

Michał Jakubowski o swojej chorobie, kardiomiopatii, dowiedział się 12 lat temu, na początku kariery zawodowej. – Z jednej strony – szok, dramat. Z drugiej – czułem siłę i motywację, bo przecież miałem całe życie przed sobą – opowiada. – Chciałem być przedsiębiorcą, chciałem stworzyć własny biznes, po to się uczyłem, zdobywałem doświadczenie i rozwijałem swoje pasje – tłumaczy. Miał plany i marzenia. Rozpoczął wieloetapowe leczenie, które trwa do dziś. Na początku trafił do Instytutu Kardiologii w Aninie. Ale mimo terapii jego stan się pogarszał. Aż do dnia, gdy znalazł się na granicy życia i śmierci. Wtedy też podjęto decyzję o wszczepieniu mu pompy wspomagającej serce („sztuczne serce"). A potem? Potem czekała go długa rehabilitacja. To wtedy dopadły go pierwsze wątpliwości. – Rozważałem sprzedanie dotychczasowych biznesów i rezygnację z aktywności zawodowej – opowiada. Kusiła go wizja świata, w którym nic już nie musi. – Miałem nawet oferty, które spełniały moje oczekiwania. Wystarczyłoby kilka podpisów... Ale przedsiębiorcą się jest, a nie bywa, więc walczyłem dalej. Ostatnio w jego sposobie myślenia zaszły jednak nieodwracalne zmiany. – Życie skłoniło mnie nie tylko do podsumowań, ale też do zmiany priorytetów – opowiada Jakubowski. Odtąd nie widział już tylko siebie i swojej choroby. Zaczął myśleć o innych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji. – Zastanawiałem się nad tym, jakie rozwiązania są dostępne dla ludzi borykających się z przewlekłymi schorzeniami. Dotarło do mnie, że wraz z opuszczeniem przez pacjenta murów szpitala w pewnym sensie kończy się opieka i wsparcie. Problem nie polega na tym, że trzeba chodzić na kontrole, powtarzać badania, ale na tym, że pacjent ze swoją chorobą zostaje z dnia na dzień sam – tłumaczy. Te przemyślenia skłoniły go do stworzenia aplikacji zdrowotnej Remedizer, która stała się z jednej strony reakcją na jego własne przejścia, a z drugiej – wyzwaniem i nowym celem do realizacji.

– To moja osobista wygrana. Efekt zmiany, jakiej dokonałem w życiu. Mogłem skoncentrować się na sobie, żyć wyłącznie własną chorobą. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że trudne doświadczenia pozwalają szybko zweryfikować, co jest naprawdę ważne, a z czego należy zrezygnować. Dzięki temu narodził się pożyteczny społecznie projekt i dobrze rokujący biznes – dodaje.

Cnota odwagi

– Ważną cnotą w przeprowadzaniu życiowych rewolucji jest odwaga. Nawet ta, która rodzi się ze strachu, choćby przed śmiercią. Innym motorem zmiany jest ciekawość – nowej materii, ale też siebie w nowych okolicznościach. Ludzi, którzy zmieniają swoje życie, często fascynuje robienie różnych rzeczy po swojemu, czyli odważne zmierzenie się ze standardem, zakwestionowanie go, nawet bez gwarancji sukcesu; zresztą nigdy jej nie ma – mówi Beata Kaczyńska, coach z WINGS Szkoły Coachingu. – Co więcej, w całkowitej zmianie życia ważne jest właśnie poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: jak to, co teraz robię, ma wyglądać? Czy chciałbym się w stu procentach pod tym podpisać? Jaka jest moja definicja? Ile ma być w niej starego i co zdecydowanie nowego? Zmiana często sprowadza się do potrzeby doświadczenia pełniejszego, bardziej osadzonego w wartościach życia. Jest narzędziem poszukiwania sensu. Nawet jeśli ktoś swych działań nie nazywa misją, to ich misyjność może ułatwić trzymanie się zmiany zwłaszcza na tych jej etapach, kiedy sukces jest mało oczywisty.

Opowieść 3

Magdaleny Dziewguć nie zmieniła ani choroba, ani nałóg. Musiała się zmierzyć sama ze sobą. Dziś jest dyrektorem Fundacji Rozwoju Kompetencji Strategicznych i Head of Google for Work CEE. Przez lata była dumna z tego, że przebija szklane sufity. Mówiono do niej „pani prezes". Myślała, że z szacunkiem. Bo w końcu – miała misję, zapał. Chciała zmieniać ludzi wokół siebie. Oczywiście, że na lepsze. Wtedy jeszcze nie przypuszczała, że problem tkwi w niej. Do czasu... Kubeł zimnej wody wylał się na nią w Kalifornii, gdzie wyjechała na szkolenie. Miała za sobą lata pracy dla prawdziwych mocarzy polskiego biznesu, była kimś. Wydawało jej się, że ma doświadczenie i może innym narzucać zmiany. Szybko jednak swoim zachowaniem zraziła pozostałych uczestników szkolenia. W końcu ktoś wziął ją na stronę i powiedział: „Hej, twoje zasady nie są OK! Nie ty wiesz najlepiej!". Była w szoku, nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Gdy ochłonęła, zrozumiała, że musi zrobić czystkę. Ale nie w swojej garderobie, tylko w głowie. I wyrzucić z niej wszystkie uniformy, sztywne kołnierzyki i spodnie prasowane w kant. A drogą do sukcesu nie są dyplomy, stanowiska i tytuły, ale pokora i współdziałanie. – Świat wirtualny, w którym dziś pracuję, cechuje się pełną transparentnością. Każdy użytkownik jest tu tyle samo wart. Nie ma w nim miejsca na naciąganie rzeczywistości. Nie chodzi o to, by za wszelką cenę coś sprzedać, ale żeby to coś było dobre. W świecie digital reakcja jest natychmiastowa – tłumaczy Magdalena Dziewguć. Żartuje, że jej epoka folwarku szczęśliwie upadła. I może warto, by taką zmianę zafundowali sobie również inni menedżerowie.

Cnota śmiałości

„Przychodzą do mnie ludzie w różnych momentach swojego życia. Często jest to zmiana, która spowoduje wstrząs. W takiej sytuacji wiele osób myśli, że nie ma co odkładać na później życia, o którym marzymy, które przeczuwamy, że powinno być inne niż do tej pory. To paradoks choroby: z jednej strony silnie uświadamia ulotność i kres naszego życia, a z drugiej – jego wartość. Każe się zatrzymać i utwierdza nas w przekonaniu: jeśli nie teraz, to kiedy? Ludzie chcą się zmienić wówczas, gdy