Norweskie szaleństwo

Nowa literatura norweska długo kojarzyła się w Polsce z modą na skandynawskie kryminały. Nordyckie nazwiska Jo Nesbø, Jørn Lier Horst i Karin Fossum wymieniano w jednym rzędzie obok szwedzkich: Henninga Mankella, Stiega Larssona czy Camilli Läckberg.

Jednak kolejne pozycje ukazujące się w polskich księgarniach pokazują, że Norwegowie mają do zaproponowania dużo więcej niż tylko krwawe opowieści z dreszczykiem. A do tego sprzedają zawrotną liczbę książek na całym świecie.

Właśnie taka łamiąca stereotypy i podbijająca serca czytelników powieść ukazuje się w maju w polskich księgarniach. To „Beatlesi" 62–letniego Larsa Saabye Christensena, najpopularniejsza powieść norweska ostatnich lat, bestseller przetłumaczony na 17 języków.

Książka opowiada historię dojrzewania i młodzieńczej przyjaźni. Jej akcja rozpoczyna się w 1965 r. i kończy siedem lat później. Czwórka 14–letnich bohaterów (w ostatnich rozdziałach mają 21) to wielbiciele tytułowego zespołu. Znają na pamięć wszystkie albumy i jednym tchem recytują teksty piosenek. Każdy z nich: Kim, Gunnar, Seb i Ola, identyfikuje się z jednym z muzyków. Mówią do siebie per John, Paul, Ringo i George. Dla bohaterów Christensena czwórka z Liverpoolu uosabia pamięć młodych lat i stanowi metaforę bezpowrotnie utraconej niewinności. Na kilkuset stronach poznajemy ich od podszewki. Obserwujemy, jak przebiega ich wejście w dorosłe życie oraz jakie relacje łączą ich z rodzicami.

To już trzecia książka Christensena, którą krakowskie Wydawnictwo Literackie opublikowało w ostatnim czasie. Wcześniej był monumentalny „Półbrat" oraz nieco skromniejszy „Odpływ". Krakowska oficyna odniosła też sukces z innym norweskim autorem – Karlem Ove Knausgårdem. Kilka miesięcy temu swą polską premierę miał trzeci z sześciu tomów jego autobiograficznej powieści „Moja walka". W samej tylko Norwegii, gdzie mieszka 5 mln ludzi, Knausgård sprzedał prawie 500 tys. egzemplarzy i jest przedstawiany jako jeden z większych literackich fenomenów XXI w. Tym bardziej że jego propozycja jest – jak na międzynarodowy hit – dosyć wyrafinowana i mało spektakularna. Norweg opowiada w niej po prostu historię swojego życia – łącznie z całkowicie prozaicznymi elementami, jak zakupy, sprzątanie czy codzienne posiłki. Knausgard bywa czasem na wyrost nazywany norweskim Proustem, bo choć faktycznie potrafi zamienić prozę życia w znakomitą literaturę, to jednak język, jakim się posługuje, jest dużo bardziej popowy.

W ostatnim czasie można też przeczytać dwa inne, niezwykle oryginalne norweskie przeboje czytelnicze. Pierwsza książka to „Porąb i spal" Larsa Myttinga – skrzyżowanie dziennika, poradnika dla drwali i rozważań filozoficznych. W Polsce ukazała się w styczniu, a z kolei w kwietniu do polskich księgarń trafił drugi nieoczywisty bestseller z Norwegii. To „Historia pszczół" Mai Lunde, która opowiada o wielu historiach rozgrywających się w przeróżnych miejscach świata. Tym, co je łączy, są pszczoły. Prawa do książki wykupili wydawcy z 15 krajów, zanim jeszcze ukazała się w samej Norwegii.

Na czym polega fenomen literatury norweskiej przy całej jej różnorodności? Podstawą jest autentyczność. „Moja walka" Knausgårda to narracja szczera aż do bólu. Podobnie Lars Mytting pisze o swojej nieudawanej fascynacji prostym życiem, w kontakcie z przyrodą i pracą fizyczną. Z kolei Christensen specjalizuje się w opowieściach inicjacyjnych i obsesyjnie powraca do młodości. Czytelników ujął fakt, że dostrzegli w nich kawałek własnego życia. To samo dotyczy najpopularniejszych norweskich kryminałów. Są blisko realiów społecznych, a dwaj najgłośniejsi autorzy Jo Nesbø i Jørn Lier Horst sami niegdyś byli policjantami. A poza tym wszystkim Norwegom pomaga podstawowe prawo rynku: jeden dobry autor napędza sukces kolejnych.

„Beatlesi", Lars Saabye Christensen