Niewinny czarodziej

Wyjechał z Polski na studia, w Mediolanie został asystentem Umberta Eco. 
Odkrył zaginiony akt włoskiej opery. Jest najmłodszym reżyserem debiutantem 
La Scali. Ma hiszpańskiego męża, kilka mieszkań i... wysepkę w Argentynie. 
Brzmi filmowo? A to zaledwie kilka faktów z życia Michała Znanieckiego, wybitnego reżysera operowego, który jest bardziej znany na świecie niż u nas.

„Prószymy!" – woła Michał Znaniecki. Trwają ostatnie przygotowania do premiery „Króla Rogera" w jego reżyserii, w Operze Krakowskiej. W roli głównej znakomity śpiewak operowy Mariusz Kwiecień, który ostatnio występował z sukcesami m.in. w Nowym Jorku. – Muszę tylko przypilnować, żeby dobrze oprószyli srebrem Mariusza w jednej ze scen, i za chwilę możemy spokojnie porozmawiać – obiecuje Znaniecki. Gdziekolwiek się pojawi, wzbudza emocje, uśmiech, ciekawość. Monika Zamachowska, kuzynka Znanieckiego, napisała kiedyś, że Michał uwodzi wszystkich wokół, a ludzie nie potrafią mu odmówić. Coś w tym jest.

I pewnie dlatego nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Jak choćby w czerwcu 2015 r., podczas Opera Masada Festival nad Morzem Martwym w Izraelu. Reżyserował tam „Carminę Buranę" dla 7–tysięcznej publiczności, graną pod rozgwieżdżonym pustynnym niebem. W tym celu ściągnął artystów i widownię z całego świata. Dyrekcja Opery Narodowej w Izraelu, z którą stale współpracuje, tak mu zaufała, że Znaniecki otrzymał 15 mln dol. na produkcję. Łącznie zrealizował ponad 200 przedstawień operowych na całym świecie, od Włoch przez Polskę aż po Argentynę, gdzie na wyspie Kaiola Blue organizuje autorski festiwal Opera Tigre. Trudno zliczyć jego nagrody: najlepszy reżyser, najlepsza produkcja... Aby go poznać lepiej, trzeba sięgnąć do dzieciństwa. To jedyny sposób, by spróbować zrozumieć jego niecodzienny pomysł na życie: ciągła podróż plus brak stałego adresu. A w pracy ryzyko i wyzwania.

Od wódki do Umberta Eco

– Mama, aktorka, zabroniła mi być aktorem, a tata nie chciał, abym pracował w telewizji jak on, choć tego akurat nie pragnąłem. Widziałem, jak telewizja wciąga ojca – mówi. Jego mama to nieżyjąca już aktorka Wanda Koczeska, znana m.in. z filmu Andrzeja Wajdy, „Niewinni czarodzieje". Ojciec to Maciej Znaniecki, dziennikarz TVP. – Wersje były dwie. Albo będę klaunem, bo na każdej imprezie rodzinnej się wygłupiałem, albo reżyserem – śmieje się.– Kiedy miałem 10 lat, okazało się, że szkoła cyrkowa w Julinku nie przyjmie chłopca ze skoliozą. Zostałem więc reżyserem.

Jego mama pracowała w warszawskim Teatrze Kwadrat. Chłopiec jeździł z nią na spektakle, które oglądał zwykle z drabiny dla strażaków. – Jeśli były nieprzyzwoite, mama podrzucała mnie do Teatru Wielkiego–Opery Narodowej, za rogiem. Trafiałem więc do opery, ale na jeden, dwa akty, a potem mama znowu mnie zabierała. Opera była częścią teatru, który mnie zawsze fascynował. Ale nigdy moją odrębną fascynacją – przyznaje reżyser. – Nie jestem melomanem. Do dzisiaj nie słucham muzyki operowej, tylko bardzo współczesnej.

Idolem Znanieckiego jest David Bowie, eksperymentator, prowokator. Ale ostatnio słucha nowej płyty... Jasona Derulo („Jestem zachwycony" 
– śmieje się), również Maroon 5 i One Republic. Cztery razy był na koncercie Madonny, kiedy dzień po dniu grała w Buenos Aires.

Jako nastolatek szybko wpadł w sieć zajętości, jak mówi. Wstawał o piątej, dawał lekcje włoskiego, po szkole był tłumaczem, prowadził program telewizyjny dla młodzieży, zdążył nawet pracować dla firmy Fiat. Cały czas był jednak postrzegany jako „syn znanej aktorki i pana z telewizji", co zaczęło go uwierać. Dostał się na ówczesną PWST (obecnie Akademia Teatralna), kierunek: wiedza o teatrze. Ale dusił się tam. Szukał autorytetów, chciał reżyserować, teraz, już. Pojawił się pomysł, aby wyjechać na studia do Leningradu. – Ale rodzice zabronili. Mam najprawdziwszą w świecie alergię na alkohol, więc nie miałbym życia w tamtejszym akademiku – żartuje. – W końcu porozmawiałem poważnie z rektorem uczelni Janem Englertem. Mówiłem, że znam włoski, więc mogę wyjechać na studia do Bolonii, a moim profesorem będzie Umberto Eco. „Nie zastanawiaj się! Dam ci urlop dziekański" – zdecydował Englert.

Banan i zaginiony akt

Bolonia, początek lat 90. Trwają zajęcia z semiotyki, które prowadzi Umberto Eco. Michał w pierwszym rzędzie, poruszony, słucha wykładu pt. „Odnaleźć wolność w bananie" o ludziach z Europy Wschodniej, którzy emigrują do Europy Zachodniej po upadku muru berlińskiego. Pełne sklepy, możliwość wyboru, wolność. Rzucają się w świat konsumpcjonizmu, chcąc w ten sposób odnaleźć własną tożsamość. Banan, masowo kupowany przez wszystkich emigrantów, staje się symbolem wolności. – Na te słowa wyjąłem dwa banany, które oczywiście miałem w torbie, bo stanowiły codziennie mój obiad i kolację – opowiada Znaniecki. Eco zaproponował, żeby młody student zza żelaznej kurtyny stał się królikiem doświadczalnym i opowiedział o swoich odczuciach. Znaniecki się sprawdził i wkrótce został jego asystentem. – Później mieliśmy razem napisać książkę naukową. Uniwersytet w Bolonii przyznał mi pięcioletnie stypendium, ale ja już studiowałem w Mediolanie reżyserię – opowiada.

Znaniecki studiował więc reżyserię i jednocześnie pracował w La Scali jako... bileter. – Pewnego dnia siedziałem jak zwykle w archiwum konserwatorium i przeglądałem materiały opisane jako dwuaktowe. Byłem ambitny, zawsze oglądałem rękopisy. Przekartkowałem „La bella Molinara" Paisiella i nagle zobaczyłem, że wśród pożółkłych stron jest sygnatura trzeciego aktu. Byłem pewien, że to pomyłka. Oznajmiłem pani bibliotekarce, że katalog został źle opisany. Ona zawołała eksperta, profesora muzykologii, który wykrzyknął: „To jest to, czego od dawna szukamy!".

O odkryciu polskiego studenta zrobiło się głośno w świecie muzyki klasycznej. Na debiut 24–letniego Znanieckiego – najmłodszego reżysera w słynnej La Scali – przyjechali więc wszyscy, włącznie z dyrektorem mediolańskiej opery (który był znany z tego, że nie przychodzi nawet na swoje premiery). Muzykolodzy i profesorowie z Włoch, Francji i Niemiec. – Debiut w tak młodym wieku dobrze sprzedaje się medialnie – mówi Znaniecki. – Wkrótce miałem 15 propozycji reżyserowania rocznie, w dobrych, znanych teatrach. Powinienem mieć sześć, aby je porządnie zrobić. Do La Scali wracałem jako reżyser jeszcze trzy razy, w krótkim czasie. Ale przez kilka kolejnych lat byłem we Włoszech ciągle „obiecującym młodym reżyserem", „tym od zagubionej opery". Oni mnie cenili, lubili, nagradzali, jednak chciałem wyjść z szufladki. Zacząłem podróżować, wybierać teatry spoza Włoch.

Siwizna na zawołanie

W 2008 r. przez krótki czas był p.o. dyrektora artystycznego Opery Narodowej w Warszawie, skąd odszedł w atmosferze skandalu. Potem na trzy sezony artystyczne został dyrektorem Teatru Wielkiego im. S. Moniuszki w Poznaniu. Jednocześnie cały czas reżyserował na świecie.

Choć miał wiele szczęścia i szybko został doceniony, początki nie były proste. – Już jako 24–latek zacząłem siwieć – opowiada. 
– Cieszyłem się, bo chciałem wyglądać poważnie. Używałem nawet wybielającego włosy szamponu i wkładałem okulary zerówki. Jak nie masz nawet trzydziestki i stajesz przed 200–osobowym chórem, np. w „Carmen", to nie wszyscy traktują cię poważnie. Masz nie więcej niż dwie minuty, aby przekonać ludzi, że jesteś dojrzałym artystą, który wie, czego chce.

Przez wiele lat różni ludzie próbowali go nakłonić do zmiany imienia i nazwiska. Prościej byłoby pracować za granicą jako Zanielli, Sanichi... Znaniecki ma w swoim archiwum kilkadziesiąt plakatów oper, które reżyserował, z błędem w swoim nazwisku. Najczęściej brakowało jakichś liter. – Ciekawostka! Od kiedy do kontraktów zacząłem dołączać klauzulę, że jeśli będzie błąd w moim nazwisku na plakacie, to podwajamy moją stawkę, błędów nie ma! – mówi reżyser.

Jego życie unormowało się, gdy skończył 35 lat. Kupił mieszkanie w Turynie, ałożył szkołę teatralną. Dlaczego akurat tam? „Bo tutaj jest najlepsza we Włoszech czekolada i największa liczba księgarni na metr kwadratowy. A ja bez czekolady i książek nie mógłbym żyć. Znalazłem mieszkanie, którego okna z jednej strony wychodzą na Alpy, a z drugiej na główny plac w Turynie" – opowiadał w jednym z wywiadów.

Dziki ptak w klatce

– Ale do dzisiaj nie mogę powiedzieć, że w konkretnym, jednym miejscu znajduje się mój dom. Dom jest tam, gdzie są najbliżsi mi ludzie, a oni za mną jeżdżą po świecie – dodaje reżyser. Ma na myśli przede wszystkim wujostwo z Polski i Jona Paula Lakę, który został jego mężem.

2013 r., Bilbao, Hiszpania. Michał w granatowo–czarnym garniturze, pod muchą. Obok, w bordowej marynarce, też pod muszką, Jon Paul Laka, wybitny znawca statystyki biznesowej i ekonometrii, muzyk, akordeonista i dyrektor artystyczny Opery w Bilbao. Wśród gości wielu artystów, muzyków oraz rodzina z Polski.

Panowie poznali się właśnie w tym mieście, sześć lat wcześniej. Oczywiście dzięki operze, bo na premierze „Latającego Holendra". Ze strony Jona to była miłość od pierwszego wejrzenia. Michał, obieżyświat, zatracający się w pracy, był ostrożny. Na początku nie wierzył, że uda im się stworzyć trwałą relację. Na przyjęciu po ceremonii ślubnej dostał wzruszający prezent od ośmiu sióstr Jona, które tworzą rodzinny chór. – Zaśpiewały mi piękną baskijską pieśń o dzikim ptaku, którego wszyscy pragną mieć, ale tylko jedna osoba nie umieszcza go w klatce. Bo on w tej klatce przestałby być sobą, czyli dzikim ptakiem – wspomina.

Placido Domingo i klatki

Zanim Michał poznał Jona, miał trudny czas. Owszem, pracował, był rozchwytywany, ale coraz częściej zadawał sobie pytanie: „Po co jestem na tym świecie?". – Zacząłem podróżować. Australia, Nowa Zelandia, Chiny. Jeździłem po pustyniach, uprawiałem sporty ekstremalne, sprawdzałem wytrzymałość fizyczną. Szukałem absolutu – opowiada szczerze. – Nie byłem już pewien, czy potrzebuję tego rodzaju pracy. W końcu Placido Domingo (wybitny tenor – red.) poradził, abym pojechał do Argentyny. „Tam znajdziesz absolut", dodał.

Po raz pierwszy pojawił się w Buenos Aires w 2007 r., jako turysta. Zachwycił się kolorami, dobrą energią, która emanowała z każdej napotkanej osoby, nawet w taksówce. – To pierwsze miejsce na świecie, o którym pomyślałem, że nadaje się do mojego nowego życia – mówi artysta. Odwiedził słynny wodospad nazwany Gardłem Diabła, który go zahipnotyzował. – Miałem ochotę wskoczyć w odmęty, w ten sposób zabić siebie starego. Od razu poczułem się lżej na duszy. Ruszyłem do Patagonii, gdzie odkryłem lodowce. Zachwyciłem się: „A więc jest jakaś Tajemnica, coś, czego nie rozumiem!". Placido miał rację. Ta podróż wyciągnęła mnie z mojego zblazowania i poczucia, że już wszystko widziałem. Znowu miałem chęci do życia, pracy, ryzyka!

Od kilku lat Michał i Jon często przyjeżdżają do Buenos Aires, gdzie na jednej z 2 tys. 
małych wysepek okalających stolicę mają tzw. rezydencję artystyczną. To tam Michał zainaugurował teatralno–operowy Festival Opera Tigre, odbywający się na przełomie roku, na który zaprasza wielu polskich artystów (ostatnio śpiewaczkę Ewę Biegas, Melę Kotelu