Nie taka malowana lala

Ania Kruk, dyrektor kreatywna marki Ania Kruk

Reagowała alergicznie za każdym razem, kiedy jej ojciec Wojciech Kruk przedstawiał ją jako artystkę. Miła, ładna, utalentowana, mogła korzystać z życia tak, jak chciała. Nikt nie robił jej przeszkód, kiedy zdecydowała się studiować na Akademii Sztuk Pięknych. Potem przeniosła się do Hiszpanii, gdzie na zlecenie Google'a opracowywała wzory nowych fontów. To jej brat Wojtek miał przejąć stery w firmie. Tej, dodajmy, która przez ponad półtora wieku zarządzana była twardą męską ręką. Szykowany od najmłodszych lat do tej roli po kolei przechodził przez wszystkie szczeble rodzinnej firmy. – Ja natomiast byłam takim satelitą na orbicie. Owszem, w liceum zgodnie z tradycją na święta stanęłam ze dwa razy za ladą w naszych salonach. Natomiast Wojtek angażował się co roku – wspomina Ania Kruk. Nawet na studiach, kiedy w wakacje szła na praktyki do różnych firm, tylko raz wybrała biznes taty. – Nie miałam jasno wytyczonej drogi, ale – prawdę mówiąc – nie miałam też takiej potrzeby. Wolałam sama decydować o swoim losie.

Jednak kilka lat temu to firma sama przyszła do projektantki. Po pomoc. – Miałam ułożone już życie za granicą, kiedy doszło do wrogiego przejęcia firmy. Marka stała się elementem w portfelu korporacji, straciliśmy wpływ na decyzje operacyjne w W.Kruk. Tradycja, w której wyrastałam, wobec której mogłam się buntować, miała się skończyć? O nie! Obudziła się we mnie wola walki – wspomina. Rodzina zaczęła myśleć o założeniu nowej firmy, która pozwoliłaby im się realizować i zachować tradycję.

– Nie mogła być ani powieleniem W.Kruka, ani jego konkurencją, bo nadal mieliśmy pewien pakiet akcji – tłumaczy Ania Kruk. Analizując sytuację, Krukowie wrócili do pomysłu, który pojawił się dziesięć lat wcześniej: stworzenia „młodszego", bardziej przystępnego cenowo brandu, na którego czele miałby stać Wojtek Kruk junior z siostrą. Szkopuł w tym, że młoda kobieta miała firmować projekt własną twarzą. 
– Nie chciałam rezygnować ze swojej prywatności. Doskonale pamiętałam, jak nie lubiłam sesji zdjęciowych i wywiadów w czasach, gdy tata był senatorem. Ale to było rozwiązanie. Wszystkie elementy zbyt dobrze do siebie pasowały, żeby z niego nie skorzystać – opowiada.

Ania postawiła warunek. Nie zostanie malowaną lalą, na którą będzie pracował sztab specjalistów. Żeby poznać lepiej branżę, zapisała się do szkoły jubilerskiej w Hiszpanii. Jak może, unika też zaszufladkowania jej jako artystki. – Moją najważniejszą rolą jest prowadzenie firmy, w sensie biznesowym. Tym bardziej że nie jestem artystką, ale projektantką. Myślenie projektowe jest bardzo bliskie myśleniu biznesowemu. Dziś zajmuję się całością: od produktu aż po e–commerce, komunikację i marketing. Dbam o to, by te wszystkie rzeczy były spójne. To mnie kręci, w tym się realizuję – podkreśla. Efekt dotychczasowych działań młodych Kruków to sieć butików w Polsce i... placówka w Katarze.