Nie chcę być skromna

Życie jest za krótkie, by godzić się na kompromisy – mówi w rozmowie z „Sukcesem” Anna Czartoryska. Pielęgnuje w sobie poczucie własnej wartości i nie uznaje fałszywej skromności. Czy przemyci te cechy do postaci Pauli w kolejnej serii „Rozlewiska”?

Rozmawiasz o swoich rolach?
Tak, chociaż staram się pilnować, żeby nie zanudzać tym osób, których to nie interesuje. Takie rozmowy są potrzebne przede wszystkim mnie. Kiedy mam jakiś problem albo trudną decyzję do podjęcia, rozmawiam o tym z kilkoma osobami. Mam wrażenie, że mówienie pomaga mi poukładać sobie niektóre sprawy. Tak samo jest z rolą. Opowiadając o niej, za każdym razem sama dowiaduję się czegoś więcej. Zdarza się, że nagle wpada mi do głowy jakiś pomysł albo że mój rozmówca każe mi spojrzeć na moją postać z innej strony.


Czy aktor musi lubić postać, którą gra?
Aktor przede wszystkim musi bronić swojej postaci. Musi zrozumieć jej sposób myślenia i jakoś go uszanować. Nawet jeśli się gra kogoś złego, to powinno się przynajmniej próbować zrozumieć motywy jego działań. Dzięki temu można stać się bardziej wiarygodnym, często po to, by widownię zniechęcić do czarnego charakteru. Wydawało mi się, że nie zdarzyło mi się grać postaci, której bym nie lubiła. Ale ktoś ostatnio mnie zapytał, co by się stało, gdybym spotkała w rzeczywistości Paulę z „Rozlewiska”. I wtedy sobie pomyślałam, że to byłby dla mnie koszmar.
Zobacz film z sesji zdjęciowej Anny Czartoryskiej. Zdjęcia i montaż Mikołaj Tocki:

Nie lubisz Pauli?
Nie, nie, nie. Wyobraziłam sobie po prostu, że mogłabym się spotkać twarzą w twarz z kimś, kto jest prawie taki sam jak ja, i przestraszyłam się, że mogłabym jej nie lubić.

Bardzo się różnicie? Dużo jej dałaś z siebie?
Myślę, że sporo. Ale mam poczucie, że jestem od niej starsza. Nie wiem, czy dojrzalsza. Może odrobinkę. Traktuję ją jak młodszą siostrę, jak kogoś, kogo chciałabym otoczyć opieką. Chociaż jest matką, jest w niej jeszcze dużo świeżości, szczerego entuzjazmu. Jest ufna, zależy jej na tym, by inni ją akceptowali. Bardzo ważne są dla niej pochwały i zachęta z ich strony. Jest niesamowicie głodna miłości i lojalna wobec swoich przyjaciół, ma ogromną łatwość dogadywania się z ludźmi.
Wydawało mi się, że nigdy nie grałam postaci, której bym nie lubiła. Jednak ktoś ostatnio mnie zapytał, co by się stało, gdybym spotkała w rzeczywistości Paulę z „Rozlewiska”. I ja sobie wtedy pomyślałam, że byłby to dla mnie koszmar

Bardzo czule o niej mówisz. Jak to jest – dla odmiany – grać postać, której się nie lubi?
Pamiętam, jak jeszcze w szkole teatralnej mieliśmy ćwiczenia z „Heddy Gabler” Ibsena, gdzie główna bohaterka jest bardzo zimną i wyrachowaną osobą. I to była niesamowita frajda zagrać kogoś takiego. Negatywne postacie to zawsze jest wyzwanie. One są często lepiej napisane, bardziej wyraziste, więcej w nich charakteru. Nie lubię grać postaci bez osobowości. Niestety, często w scenariuszach pozytywni bohaterowie, oprócz tego, że są dobrzy, mili, sympatyczni, nie posiadają żadnych cech charakteru, więc nie ma się o co zaczepić, na czym zbudować roli. Takie postacie mają ładnie wyglądać, ale brakuje im celów do osiągnięcia. Aktor musi się sporo namęczyć, żeby coś z takiej nijakiej postaci wydobyć. U Pauli na szczęście wszystko dobrze się rozwija.

Co lubi robić Paula, czego ty nie lubisz?
Myślę, że nie zdarzyło mi się jeszcze nic takiego. Kiedyś jednak oglądałam z przerażeniem fragment serialu, w którym Olga Frycz (w serialu „Miłość nad Rozlewiskiem” gra córkę głównej bohaterki – przyp. red.) na uroczystą kolację przygotowywała rybę. I wtedy pomyślałam, że to jest coś, czego bym nigdy w życiu nie zrobiła. Nienawidzę ryb, nie jestem w stanie ich zjeść, więc byłoby to z mojej strony dużym poświęceniem, żeby zagrać z surową rybą.

Zawód aktora wymaga poświęceń!
Tak, ale są pewne granice...

W jakich nieznanych ci prywatnie sytuacjach znalazła się Paula?
Paula jest świeżo upieczoną mamą, a to jest coś, o czym ja nie mam pojęcia. Staram się obserwować prawdziwą mamę Natalki, mojej serialowej córeczki. Wiadomo, że rodzice mają instynktowne odruchy wobec swoich dzieci. Wiedzą, na co mogą sobie wobec nich pozwolić. Ja jeszcze tego nie znam. Widzę, jak matka bawi się z dzieckiem. Wie, kiedy może je potarmosić, przytulić. A mnie dziecko wydaje się kruche, a jednocześnie niezależne. Nie wiem do końca, jak się do niego zbliżyć. I to wydaje mi się teraz najtrudniejszym wyzwaniem – by znaleźć w sobie te matczyne odruchy.

Dlaczego zostałaś aktorką?
Bo chciałam śpiewać! A poważnie, to od dziecka coś mnie pchało na scenę. Wydaje mi się, że w moim przypadku nie było innej możliwości. Wystarczyło, że zobaczyłam jakiś podest i od razu na niego wchodziłam. Byłam dzieckiem, które głośno śpiewało na ulicy.

Jesteś odważna?
To raczej odwaga na przekór nieśmiałości. Potrzeba ekspresji była większa od nieśmiałości. Najpierw chciałam wyrazić się poprzez muzykę. Ale zdarzało się, że mimo iż wkładałam całą siebie w występ, ta ekspresja nie była czytelna dla widza. I to spowodowało, że zdecydowałam się zdawać do szkoły teatralnej. Zachęcił mnie też program piosenki aktorskiej, który musiałam przygotować pod koniec szkoły muzycznej. Namęczyłam się wtedy potwornie i było to ogromne wyzwanie.

To muzyka. A teatr?
Kiedy zdawałam do szkoły, teatr właściwie mnie nie interesował. Chciałam grać w filmach i śpiewać. Dopiero w szkole teatralnej zaczęłam nałogowo chodzić do teatru. Oglądałam po dwa, trzy spektakle tygodniowo. Wszystko jak leci. To wtedy otworzyłam się na teatr, pokochałam go. Teraz łączę muzykę z aktorstwem, zaczęłam od spektakli muzycznych w Teatrze Współczesnym i w Romie.
Potrzeba ekspresji jest we mnie większa od nieśmiałości. w filmie nie ma w ogóle miejsca na wstyd. Kamera rusza, musisz od razu zagrać. I to najlepiej, jak potrafisz, bo na taśmie widać wszystko

Zdarza ci się być aktorką w życiu?
Nie gram w życiu. Potrafię oddzielić jedno od drugiego. Trudno mi skłamać. Nawet wtedy, gdy powinnam. Przypomina mi się, jak pracowałam kiedyś jako animatorka w małym rodzinnym hoteliku w Grecji. Pewnego wieczoru przyjechał znajomy właścicieli z dziewczyną, która była o niego bardzo zazdrosna. Właściciel i jego znajomy często robili sobie nawzajem żarty, więc poproszono mnie, żebym zagrała byłą ukochaną znajomego. Widziałam człowieka pierwszy raz w życiu, więc musiałam pokonać swoją nieśmiałość. Rzuciłam mu się na szyję, wyznając, że tęskniłam i cieszę się, że wrócił. Dwoiłam się i troiłam przez cały wieczór, robiłam mu drinki i patrzyłam głęboko w oczy. Pod koniec dnia szef spytał mnie, czy zapomniałam, że mieliśmy zrobić znajomemu kawał. Okazało się, że jak na greckie warunki byłam zaledwie letnia i uprzejma. I takie są moje zdolności wkręcania innych.

Aktorstwo to trudny zawód?
Potrafię sobie wyobrazić trudniejsze zajęcia. Nie pracuję przecież w kopalni albo na pogotowiu. Oczywiście, bywa różnie. Czasem przyjeżdżam na plan zdjęciowy, spotykam przyjaciół, z którymi gram od kilku sezonów – jak w „Rozlewisku” – jest piękna pogoda, okolica, a ja mam tylko dwie sceny do zagrania w ciągu dnia. Wspólnie rozwiązujemy krzyżówki z „Przekroju”. Wtedy nawet to, że trzeba czasem czekać kilka godzin na swoją scenę, nie jest problemem. Trudniej jest w teatrze. Role dramatyczne wymagają kondycji fizycznej i psychicznej. Każą zmierzyć się z tym, co bolesne, odsłonić się. Ciężko jest, gdy przed premierą masz próby do trudnego spektaklu dwa razy dziennie, gdy pracujesz długo i wracasz po nocy do domu i nie masz czasu dla siebie ani dla najbliższych. Albo gdy tygodniami, miesiącami czekasz na propozycję. Ale – to banał – gdy się robi, co się lubi, człowiek nie czuje zmęczenia.

Kiedy u aktora pojawia się poczucie wstydu?
Myślę, że są dwa rodzaje wstydu. Pierwszy, gdy wiemy, że chałturzymy, gdy pakujemy się – z różnych powodów – w przedsięwzięcia, za które musimy się wstydzić. Bo nie spełniają naszych oczekiwań i okazują się artystycznie mierne. Drugi rodzaj wstydu? Gdy pierwszy raz wychodzimy na scenę z nowym scenariuszem i zaczynamy pracę. Trudno jest mi się przełamać, zacząć mówić nowym tekstem. Te pierwsze dni, początek pracy nad rolą, kojarzą mi się z chęcią ucieczki. Wszystko, cały tekst i ja w nim, jest jeszcze takie kulawe. Choć chciałoby się przecież, żeby rola miała ręce i nogi od samego początku. Dodatkowo na widowni siedzi reżyser, koledzy – i oglądają, coś szepcą między sobą... Brzmi to jak jakiś zły sen!

W filmie jest więcej miejsca na wstyd?
W filmie nie ma w ogóle miejsca na wstyd. Kamera rusza, musisz od razu zag