Natalia Sadowska: Zagrywka taktyczna

Pierwsza Polka w historii, która zdobyła tytuł mistrzyni świata w warcabach stupolowych.

Grono najlepszych

Liga holenderska jest najbardziej rozbudowaną na świecie. To samo centrum warcabowego życia. Grają tam najlepsi arcymistrzowie z różnych krajów. Właśnie z tego powodu postanowiłam do nich dołączyć. Po tym jak zdobyłam wicemistrzostwo świata kobiet w maju 2015 r., chciałam spróbować czegoś nowego, co da mi szansę na dalszy rozwój. Swoją gotowość zgłosiłam na znanym forum warcabowym. Wkrótce dostałam pierwsze oferty od zainteresowanych klubów. W ten sposób od września zeszłego roku gram dla MTB Hoogeveen. Holandia powoli staje się moim drugim domem.

Rozgrywki wojenne

Warcaby to strategia. Ja jestem w stanie przewidzieć ok. 10–12 ruchów. Im mniej pionów, tym dalej mogę policzyć. Najlepsi gracze na świecie potrafią widzieć nawet 15–20 posunięć do przodu.

W męskim świecie

Nie da się ukryć: panowie grają lepiej. Są bardziej pewni siebie, zdecydowani, zimnokrwiści. U warcabistek jest wiele zbędnych emocji. Osobiście wolę grać z mężczyznami: bez żadnej presji, udowadniania czegokolwiek.

Skacząc z pola na pole

Lubię podróżować. Od kiedy gram w lidze, latam co dwa tygodnie. Mam znajomych z wielu zakątków świata. Jednak kiedy znajdę tylko chwilę, staram się spędzać czas z rodziną i najbliższymi znajomymi. Ale w warcaby raczej rzadko dziś z nimi gram. Po prostu szkoda na to naszego wspólnego czasu.

Do utraty tchu

Często słyszę zdania w stylu: a niby jak wy się męczycie? Przecież jedynie siedzicie za stołem, pijecie kawę i wykonujecie kolejne posunięcia. Tylko osoba, która grała w sporty umysłowe na wysokim poziomie, jest w stanie zrozumieć, ile naprawdę sił to kosztuje. Bo warcaby to, wbrew pozorom, bardzo wyczerpujący sport. Wysiłek psychiczny podczas rozgrywek jest ogromny. Dziewięć partii, z czego każda trwa po pięć godzin, w czasie których nie możemy pozwolić sobie na chociażby najmniejszą chwilę rozluźnienia, bo ceną może być utrata punktów. To dlatego po turniejach potrzebuję nawet kilku dni, żeby dojść do siebie.

Sport nie tylko kanapowy

Jeśli chodzi o same treningi to podstawą jest opanowanie bogatej literatury na ten temat. Dlatego gdy ćwiczę sama, siadam za warcabnicą właśnie z książką w ręku i studiuję schematy gry, analizuję poszczególne partie, w tym swoje. Tymczasem z trenerem skupiamy się na przygotowaniu repertuaru nowych debiutów, które będę rozgrywać w kolejnych turniejach. Rozpracowujemy warianty, szykuję się pod swoich konkretnych przeciwników. Analizuję partie z poprzednich turniejów i staram się znaleźć słabe punkty w grze. To pochłania bardzo dużo czasu. Treningi potrafią trwać nawet osiem godzin dziennie z przerwą co dwie godziny. Sprawność fizyczna też się liczy, dlatego chodzę na siłownię, regularnie pływam. Bo żeby wysiedzieć bite pięć godzin przy warcabnicy, potrzeba naprawdę dobrej kondycji: umiejętnego rozciągania mięśni, rozluźniana ciała. Wiadomo, człowiek jest przystosowany do chodzenia, a nie do siedzenia. Dlatego nawet jest wskazane poruszanie się podczas partii, spacerki po sali gry. Wszystko po to, aby mózg miał 100 proc. wydajności i nie rozpraszały gracza np. bolące plecy.

Sztuka przegrywania

To umiejętność, którą musi sobie przyswoić każdy zawodnik, jeśli chce odnosić sukcesy. Ale przegranych partii staram się nie rozpamiętywać.

Mistrzowskie hobby

Warcaby były w domu od zawsze. Pamiętam, że jeszcze jako mała dziewczynka wracałam do domu ze szkoły, siadałam nad planszą i raz z tatą, raz z dziadkiem rozgrywałam partyjkę za partyjką w ramach relaksu. Pewnego dnia, gdy miałam osiem lat, do szkoły przyjechał  Leszek Pętlicki, który propagował warcaby. Zorganizował pierwszy turniej, w którym wzięłam udział i... wygrałam. Zajęłam pierwsze miejsce wśród dziewczynek. Od tamtej pory zaczęła się rozwijać moja pasja. Ale to nie było tak, że nagle postawiłam wszystko na grę. Przez wiele lat łączyłam warcaby z nauką. Aż do zeszłego roku, kiedy, zdobywając tytuł wicemistrzyni świata, zagwarantowałam sobie udział w meczu o tytuł mistrzyni świata. Wówczas postawiłam wszystko na jedną kartę. Z perspektywy czasu widać, że była to dobra decyzja.

Czas na następny ruch

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Każdy kolejny medal na arenie międzynarodowej był dla mnie znakiem, że jestem w gronie najlepszych, o krok od triumfu. Dlatego postanowiłam rok po zakończeniu studiów poświęcić na grę i zobaczyć, jak wiele uda mi się osiągnąć. Mistrzostwo świata to obecnie mój największy sukces, a zarazem spełnienie marzeń. Co teraz? Kolejne turnieje, kolejne tytuły. Nie chcę spocząć na laurach, dlatego plany mam niezmiennie te same: ciężka praca, wyznaczanie sobie nowych celów i sięganie po nie.