Naprawdę dobry biznes

Ciężko ich powstrzymać, bo doskonale czują ducha czasu i… potrzeby innych ludzi. Jednak młodzi startupowcy nie tylko czują, ale i wiedzą więcej. Tworząc własny biznes, naprawiają świat. Pokazują, że zysk nie wyklucza odpowiedzialności społecznej.

Przy samym wejściu do biura stoi regał, na półkach leżą poukładane pojemniki na jajka, plastikowe opakowania, szklane słoiki, porcelanowe talerze, metalowe puszki i korki od wina. Obok piętrzą się kartonowe pudła. Pozostałe pomieszczenia stoją jeszcze puste, są tam tylko biurka i krzesła. Na warszawskim blokowisku kilka pięter w górę nową siedzibę urządza startup Oddam Odpady.

Wolontariusze przyszłości

Po latach biznesów nastawionych przede wszystkim na zmniejszenie kosztów produkcji i maksymalizowanie zysków na rynku powstał nowy byt – startupy odpowiedzialne społecznie. Okazało się, że coraz więcej osób nie dość, że chce pracować w organizacjach z misją, firmach, z którymi się utożsamiają, nie tylko dzięki mozolnej pracy coachów i rozbudowanego pakietu socjalnego, ale i dlatego, że wierzą w cel swojej pracy. Ważny stał się nie tylko interes własny, ale również społeczny. Odcinając się od wielkich koncernów, obok fundacji i rzeszy wolontariuszy stanęli młodzi biznesmeni, którzy pomaganiem zarabiają.

Katarzyna Barc zawsze wybierała w życiu nietypowe ścieżki. Będąc jeszcze na studiach, prowadziła blog z rękodziełem, później wymarzyła sobie, że zostanie złotnikiem. Niestety, niewiele studentek filozofii stać na zakup złota, a Kasia pechowo trafiła do tej właśnie grupy. Akademicka koniunktura jej nie sprzyjała, ale mimo tego walczyła dalej. Nie miała złota, więc zajrzała do... śmieci, zaczęła przerabiać na biżuterię opakowania po kosmetykach. Niebawem pojawiły się pierwsze propozycje zagospodarowania różnych ciekawych odpadów opakowaniowych i produkcyjnych. Sama nie miała szans przerobić wszystkiego. – Mogłam zostać w strefie komfortu i liczyć, że znajdę pracę po filozofii albo wykorzystać daną mi szansę – wspomina. Zdecydowała się na drugie rozwiązanie, zostając pośrednikiem odpadów. Połączyła posiadaczy z przetwórcami. Jednych i drugich okazało się całkiem sporo, więc Kasia stworzyła dla nich miejsce w sieci i powołała do życia Oddam Odpady.

Ekologicznych fundacji, stowarzyszeń i ekoaktywistów nie sposób zliczyć. Wiece, manifestacje, zbiórki pieniędzy – możliwości wsparcia ideologii „zielonego świata" jest wiele. Mimo tego Barc zamiast stanąć ramię w ramię z tysiącami wolontariuszy założyła własny startup. – Wspierasz organizacje, ale niekoniecznie masz wpływ na to, co one faktycznie robią – tłumaczy. Zakasała więc rękawy i sama zaczęła zbierać śmieci, pokazując, że zarabianie na pomaganiu rąk nie brudzi.

Sztuka pomagania

Łukasz Kaliciński zanim sam rozkręcił społeczny biznes, prowadził zwykły, nastawiony na zysk interes. Zawsze pracował na własny rachunek, nigdy jednak nie zapomniał o potrzebujących. Przez lata, gdy kierował swoją firmą, wiele instytucji zgłaszało się do niego z prośbą o darowiznę. Nigdy nie odmawiał. Po pewnym czasie, gdy zajrzał w księgowość, okazało się, że spora część zarobków idzie w świat. Gdzie i na co – sam dokładnie nie wiedział. Postanowił to zmienić. Razem z żoną wyszukiwali gorzej sytuowane rodziny, wypytywali, czego im brakuje, robili zakupy, pakowali paczki i po pracy dostarczali je do domów potrzebujących osób. Jedną z pierwszych, która trafiła na Łukasza, była pięcioletnia Ola. Nie miała ubrań na zbliżającą się zimę i rzeczy codziennego użytku. Łukasz zebrał listę tych niezbędnych, pojechał do sklepu i wrócił pod dom dziewczynki. Ta, gdy tylko zobaczyła zaparkowany samochód, wybiegła i rzuciła mu się w ramiona. – To wystarczyło, żebym zrozumiał, że zwykła życzliwość i małe gesty to dużo więcej niż strzelające w górę słupki sprzedażowe – wspomina.

Kaliciński niesiony poczuciem satysfakcji z dobrego uczynku utrwalał swój schemat – kolejne zakupy uszczęśliwiały następne rodziny. Szybko okazało się jednak, że pomaganie nie jest takie proste. Nie wystarczy wyjąć z portfela kilkaset złotych i odejść. – Trzeba umieć pomagać – tłumaczy dziś Łukasz. Zanim odkrył tę tajemnicę, metodą prób i błędów starał się naprawiać świat. Zrozumiał, że jeśli podjeżdża pod dom obcego dziecka ładnym samochodem, z którego wysiada dobrze ubrana, uśmiechnięta para i daje dziecku wszystko, czego rodzice nie mogli mu dać, to nie dość, że kłopot rozwiązuje się tylko powierzchownie, to podważa również autorytet tych rodziców. Do tego cały wolny czas po pracy poświęcał na niesienie pomocy. Szukał więc złotego środka. Znalazł, stworzył własny startup. Not Just Shop zajmuje się produkcją oraz sprzedażą odzieży i dodatków.

Nic nowego

Mogłoby się wydawać, że biznes Kalicińskiego to kolejny, zwykły internetowy sklepik z ciuchami. Jednak w Not Just Shop twórcami odzieży są dzieci. Projekt produktu powstaje w hospicjach i szpitalach dziecięcych, w domach dziecka lub ośrodkach wychowawczych. Potem trafia do sklepu internetowego, a część pieniędzy ze sprzedaży przekazywana jest na konto innych potrzebujących dzieciaków. Koło dobrych uczynków żwawo się kręci, przy okazji nakręcając interes. – Biznes jest najlepszym narzędziem do zmieniania świata na lepsze. Mam najwięcej wiedzy, najlepszych ludzi i najpotężniejsze zasoby – przekonuje Kaliciński.

Pomysł Łukasza nie jest nowatorski. Moda na CSR (Corporate Social Responsibility – społeczna odpowiedzialność biznesu) do Polski trafiła zza wielkiej wody. W Stanach Zjednoczonych firmy działające zgodnie z metodą CSR cieszą się sporą popularnością. Amerykańska marka Warby Parker, która niedawno dostała dofinansowanie z funduszu inwestycyjnego w wysokości... 100 mln dol. sprzedaje okulary. Klient kupuje jedną parę, a drugą firma przekazuje ludziom, którzy jej potrzebują, ale ich nie stać.

Zakręcone koło fortuny

W Polsce świadomość istnienia społecznie zaangażowanego kapitału wzrasta powoli, ale dynamicznie. Polacy coraz chętniej nie tylko otwierają własne „odpowiedzialne" biznesy, ale również ochoczo korzystają z takich usług. Na wzrastającej modzie wyrósł startup Rano Zebrano, czyli warszawski, ekologiczny targ wirtualny. I znów mogłoby się wydawać, że internetowy warzywniak to żadna nowość. Faktycznie, nieformalny rynek żywności istnieje od dawna – szczęśliwcy, którzy mają rodzinę na wsi, wracają do miast obładowani słoikami, serami i warzywami, później sprzedają je w pracy, szkole, wśród znajomych i rodziny. Przemek Sendzielski podwaliny swojej firmy stworzył właśnie na niepisanym handlu wśród przyjaciół. Część jego rodziny pochodzi z Warmii, wracając z rodzinnych wyjazdów bagażnik zawsze miał pełen wiejskich wyrobów. Wieści rozchodziły się szybko, więc i chętnych na swojskie rarytasy było coraz więcej. – Kiedyś ekologiczne jedzenie było trudno dostępne – tłumaczy Sendzielski. Zaczął więc poszukiwać zdrowego jedzenia w Warszawie. Na próżno. Z jednej strony widział niszę, w stolicy brakowało ekojedzenia, a z drugiej – niewykorzystany potencjał wiejskich producentów utyskujących na brak rynku zbytu. Połączył więc jedno z drugim, założył sklep internetowy, kupił ciężarówkę i sam dostarczał towar do klientów. W chałupniczych warunkach – samochód pod domem, magazyn w piwnicy, biuro w pokoju – tworzył od podstaw własny biznes.

Dziś Rano Zebrano jest dziarsko rozwijającym się startupem, zatrudnia kilkanaście osób, ma sieć klientów i producentów, siedzibę i magazyn z prawdziwego zdarzenia. Jednak, jak przyznaje Sendzielski, nie o pieniądze tu chodzi. – Gdybym miał zarabiać kasę to robiłbym coś innego – zapewnia, i dodaje, że w jego działalności ważna jest przede wszystkim misja. – Nie jestem handlarzem marchewką. Przybliżamy jednym świat drugich: mieszczuchy takie jak my nie potrafią rozpoznać dobrej żywności, a producenci często nie rozumieją naszego myślenia – tłumaczy Przemek. Dzięki Rano Zebrano warszawiacy uczą się, jak wygląda zdrowe jedzenie – niekoniecznie jak to z kolorowych gazetek promocyjnych w marketach. Producenci, przyzwyczajeni do tradycyjnego rynku, nie rozumieją natomiast siły reklamy. Ani tego, że klienci są w stanie zapłacić więcej za żywność dobrej jakości. Sendzielski perfekcyjnie połączył brakujące elementy. – Wszyscy zyskują, maksymalizujemy wzajemne korzyści i tworzymy wspólny ekosystem – z dumą opisuje Rano Zebrano.

Druga strona medalu

Startupy społecznie odpowiedzialne cieszą się dobrą sławą. Media chętnie o nich piszą, ludzie dużo mówią, organizatorzy konkursów ochoczo ich nagradzają. Można by sądzić, że CSR w biznesie to złoty strzał – przepis na interes idealny. Niestety, rzeczywistość nie jest tak kolorowa, sukces wizerunkowy jest nieproporcjonalnie większy od sukcesu ekonomicznego. – Sprzedaż daleko odbiega od marzeń – przyznaje Kaliciński. Twórcy stratupów codziennie zmagają się z bezwzględnymi realiami rynku. – Startupy społecznie odpowiedzialne to fasada wizerunkowa, świetnie sprzedaje się w przekazie – tłumaczy Katarzyna Barc, ale nie skarży się. – Jeśli robisz coś dobrze, to zawsze się finansowo zepniesz – przekonuje z optymizmem.

Biznes rządzi się twardymi zasadami, a wartość pieniądza jest niezależna od rodzaju interesu. Boleśnie przekonały się o tym Eliza Kugler i Eliza Rettinger. Założony przez nie startup HospiCare pracuje nad aplikacją mobilną ułatwiającą kontakt pacjenta z lekarzem. Dzięki karcie pacjenta dostępnej online specjalista na bieżąco będzie mógł monitorować stan chorego, a komunikacja między osobami zaangażowanymi w leczenie może być prostsza. Historia HospiCare wywodzi się wprost z domu Elizy. Jej córka przybywa w domowym hospicjum, przez całą dobę wymaga opieki. Dziewczynkę, podobnie jak setki innych chorych dzieci, lekarz odwiedza regularnie. W nagłych przypadkach pojawia się częściej. Domy chorych dzieciaków znajdują się w odległości ok. 150 km od hospicjum. W sytuacji, gdy na dyżurze jest jeden lekarz, a rodzic zgłasza, że jego dziecko czuje się gorzej, do przejechania bywa nawet 300 km. Na miejscu czasem okazuje się, że interwencja nie była konieczna, bo np. objawy po przyjęciu nowego leku są normalne albo rodzic spanikował. Dzięki aplikacji HospiCare wiele nieporozumień można by rozwiązać szybciej.

HospiCare, choć przoduje w konkursach, głośno o nim w mediach i samą ideę ma szczytną, to od blisko dwóch lat nie może zebrać kwoty odpowiedniej do stworzenia aplikacji. Faktycznie, aplikacji nie byle jakiej, bo ma kosztować ok. 250 tys. zł. Kwota nie jest fanaberią, ale przekłada się na wymierną jakość i przede wszystkim – zysk. Dzięki niej domowe hospicja dziecięce będą mogły zaoszczędzić kilkadziesiąt tysięcy w skali roku. – Nie jesteśmy stratupem nastwionym na zarobek. Założenie spółki prawnej było wymogiem, żebyśmy dostały dotację – tłumaczy Eliza, która wraz ze swoją wspólniczką w HospiCare pracuje za darmo. – Ciągle brakuje nam pieniędzy, cały wolny czas poświęcamy na rozwój – przyznaje smutno. Dziewczyny z HospiCare do tej pory nie ugięły się mimo przeciwności losu i zapewniają, że będą walczyć dalej