Na ostro z bólem i zakwasami

To ruch, który czyni ludzi lepszymi. Taki jest cel crossfitu. A droga: ćwiczyć mocno, raczej krótko, ale prawie do utraty tchu. Często w plenerze, na wiele sposobów i z innymi zapaleńcami. Zupełnie inaczej niż w siłowni.

Wyznawcy nie mają wątpliwości, że CrossFit to nowy, niezwykły sposób poprawy sprawności fizycznej, który umożliwia wyciśnięcie z ciała tego, o czym wcześniej nawet się nie marzyło. Czym jest? Z definicji intensywnym, wszechstronnym programem budowania siły, szybkości, gibkości i wytrzymałości. Dla każdego. „Naszą specjalizacją jest brak specjalizacji" – piszą jego twórcy. I dodają, że nadaje się do akademii policyjnych, jednostek ratowniczych i straży pożarnej, oddziałów militarnych...

Do tańca i do różańca, powiedzielibyśmy po polsku. – Do CrossFitu przyciąga nas fakt, że mniej w nim starania o wygląd, bardziej liczą się umiejętności i sprawność – przekonuje Piotr Szmyt, sędzia oraz instruktor fitness, m.in. w klubie First Class Fitness w Warszawie. I wylicza: – W Warszawie jest już około 2,5 tys. ludzi zainteresowanych takim treningiem. W innych polskich miastach – kolejny tysiąc. Działają kluby z oficjalną afiliacją i logo CrossFit. Pierwszy powstał we Wrocławiu. Później były stołeczne R99 i CrossFit Warszawa. Kolejne zostaną otwarte w Poznaniu.

Wymyślony jako narzędzie uniwersalne. Dla łowców terrorystów, narciarzy, rowerzystów górskich i gospodyń domowych. Ćwiczenia wyglądają niemal jednakowo niezależnie od doświadczenia, płci, wieku i stanu układu krążenia. Programy nie zmieniają się, zmienia się za to intensywność wysiłku. Fachowo: programy są skalowalne.

Ucieczka z siłowni

Jeszcze jedna ważna cecha CrossFitu – darmowy dostęp do zestawów ćwiczeń, które wysyłane są każdego dnia w świat za pośrednictwem strony internetowej albo Facebooka.

No i można trenować tam, gdzie podpowiada wyobraźnia. W domu, garażu, parku, sali, w lesie, na stadionie i na plaży. Precz ze stalowo-szklaną siłownią, kontrolą wysiłku, białym ręcznikiem na szyi i butelką mineralnej pod ręką. Ma być ostro, dynamicznie, z bólem i zakwasami, ale też z adrenaliną, która musi się pojawić, choć nie od razu.

Instruktorzy mówią, że CrossFit to trening funkcjonalny. Po prostu taki, jaki (w mniejszej skali i różnych proporcjach) funduje nam normalne życie. A więc naprzemiennie podnoszenie ciężarów, gimnastyka i ćwiczenia kondycyjne.

Warto to zobaczyć. Oni naprawdę w 20 minut robią dziesiątki ćwiczeń ze sztangą, podciągają się na gimnastycznych kółkach, walą młotami w opony, biegają przedłużone sprinty, wykonują pompki, brzuszki, przysiady, piłką lekarską biją o ścianę, wiosłują na ergometrze, podnoszą ciężarki za głowę i jeszcze wiele podobnych rzeczy, od których łatwo się spocić. CrossFit to nie jest łatwa zabawa. Można paść po ostatnim ćwiczeniu. I mimo piekących mięśni, szukać sił na jeszcze.

Mówić o konkretach i coś zrozumieć nie da się bez odrobiny specyficznej angielszczyzny. CrossFit ma swoje ważne kody, które wypada znać.

Pierwsze święte słowo – WOD (Workout of the day), czyli trening dnia. Drugie słowo: AMRAP (As many reps/rounds as possible) – tyle powtórzeń/rund, ile jesteś w stanie zrobić. To podstawa porozumienia, później może być mniej więcej tak: 5 HSPU, 10 KTE, 15 OHS with PCV Pipe, 30 DU. Albo: 50 burpess, 50 thrusters, 100 PU.

Kod dostępu

Dla niecierpliwych: HSPU (Hand stand push up) – pompki w staniu na rękach. OHS (Overhead squat) – przysiad ze sztangą/drążkiem nad głową. PCV Pipe – wiadomo, drążek z PCV. KTE (lub K2E, Knees to elbows) – unoszenie kolan do łokci w zwisie na drążku. DU (Double unders) – podwójne skoki na skakance. Burpess – wyrzut nóg w podporze i wyskok w górę. Thruster – przysiad ze sztangą na klatce piersiowej z wyciśnięciem sztangi nad głowę. I na koniec – PU (Push ups), czyli pompki.

Jest tego więcej. Kilkadziesiąt podobnych zwrotów i skrótów, z których większość objaśnia pierwszy z brzegu słownik, albo rzut oka do Internetu: run – bieg, row – wiosłowanie, set – seria, box jumps – skoki na podwyższenie. PR jest trochę mylące. Tym razem to nie public relations tylko personal record, istotna sprawa dla ambitnych crossfitterów. PR trzeba poprawiać.

Od Grega do Coacha

Ojcem założycielem CrossFitu jest Greg Glassman, rocznik 1956. Były gimnastyk z Kalifornii. Od zawsze chciał trenować innych i zrobił z tej pasji życiowe powołanie. Już jako licealista uczył dziewczyny z YWCA (Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodych Kobiet) w Pasadenie robić pompki i szpagaty. Później w wielu salach gimnastycznych Południowej Kaliforni przez kilkanaście lat poprawiał sylwetki kandydatek i kandydatów na gwiazdy sceny i filmu. Lubił zadawać intensywne ćwiczenia. Takie, po których szybko widać efekty. Dziś mówi, że CrossFit wymyślił ponad dwie dekady temu, ale na początku mało komu podobało się wspinanie po linie i męka na kółkach gimnastycznych.

Kiedyś dostał do szkolenia grupę policjantów. Kazał im podnosić solidne ciężary i wykonywać sprinty, na przemian. Spodobało się. Dostał zlecenie na szkolenie fizyczne całego wydziału kalifornijskiej policji w Santa Cruz.

Pierwszy ważny rok: 1995. Otwarcie pierwszej sali gimnastycznej CrossFit w Santa Cruz. Właściwie nie sali, tylko garażu, w którym były sztangi, piłki lekarskie, ciężarki z uchem, opony, drążek, jakieś pudła. Lokalni dziennikarze zauważyli, że miejscowa policja wyraźnie ma mniej zadyszki w czasie pościgów za przestępcami. Greg Glassman zaczął być nazywany Coachem Glassmanem, w skrócie – Coachem.

Igrzyska i pieniądze

Coach Glassman z żoną Lauren w 2000 r. założyli firmę CrossFit Inc. Rok później powstała strona internetowa CrossFit.com. Coach zaczął także wydawać miesięcznik poświęcony swej teorii treningu oraz prowadzić seminaria... w garażu.

Wtedy podziałało. Może nie była to lawina, ale wzrost znacznie szybszy od liniowego. W 2005 r. CrossFit miał 50 stowarzyszonych ośrodków działających według licencji i pomysłu Coacha Glassmana w 21 stanach i pięciu krajach poza USA. Na stronę internetową zaglądało tygodniowo 25 tys. osób. W 2009 r. liczba ośrodków przekroczyła pierwszy tysiąc. Dziś grubo przewyższa 4 tys. i wciąż rośnie. CrossFit właśnie podbija Europę.

Pierwsza miara sukcesu Coacha: Reebok CrossFit Games – organizowane od 2007 r. coroczne igrzyska crossfitterów. W minionym roku zarejestrowało się 55 tys. uczestników i 1615 drużyn z 2875 ośrodków. Rok wcześniej walczyło 26 tys. W pierwszych igrzyskach najlepszy i najlepsza dostali po 500 dolarów. W tym roku nagrody wyniosły po ćwierć miliona dolarów.

Druga miara sukcesu jest trochę mniej oczywista, ale też wiele znaczy: kiedy Greg Glassman i jego żona podjęli decyzję o rozwodzie, lokalny fundusz private equity Anthos Capital z Menlo Park zwietrzył szansę i chciał wykupić 50 procent udziałów w CrossFit od Lauren Jenai Glassman. Dawał 20 mln dolarów. Coach znalazł w sądzie sposób, by nie dopuścić do transakcji. Otrzymał prawo pierwokupu i z niego skorzystał. CrossFit od listopada 2012 r. należy w całości do Glassmana.

Sieć przyjaciół

CrossFit to oczywiście biznes, ale dla Coacha jest jasne, że nie ma w nim miejsca na fundusze, które każą myśleć jedynie o zarabianiu i wzroście zysków. Bo CrossFit to przede wszystkim sposób na życie.

Wrogom i przyjaciołom mówi jednakowo: – My zmieniamy świat. Robimy właściwe rzeczy dla właściwych ludzi z właściwych powodów. I wypełniamy to wszystko zabawą. CrossFit oznacza przewagę nad innymi sposobami zdobywania sprawności. Tę prawdę poznaje się nie poprzez dyskusję, tylko przez rywalizację.

Coach Glassman nieraz odpierał ataki, że intensywne ćwiczenia mogą powodować groźne kontuzje, że trenujący są narażeni na chroniczne przemęczenie, naciągnięcia i kontuzje mięśni. Kilka lat temu odpowiadał z niezachwianą pewnością: – Tak, to może cię zabić. Zawsze byłem uczciwy w tej kwestii.

O bezpieczeństwo jednak dba. Instruktorzy muszą być wyszkoleni, mieć certyfikaty, muszą być profesjonalni i zaangażowani.

Ćwiczący się nie boją. CrossFit ma bowiem jeszcze jedną unikalną cechę – łączy ludzi. To jest niemal zawsze praca w zespole, dla drużyny, z obowiązkowymi pochwałami i zagrzewaniem do wysiłku. CrossFit przyciąga tych, którzy z założenia nie boją się przekraczania granic wysiłku i bólu, do tego lubią pochwalić się postępami w Internecie. Innego spoiwa nie ma, wygląda na to, że go nie trzeba.

Jeśli spełni się marzenie Coacha Glassmana, to kiedyś powstanie sieć. Globalna sieć ośrodków crossfitowych, a tak naprawdę sieć bliskich przyjaciół, którzy pracują nad poprawianiem świata. Pierwszy krok został już zrobiony. CrossFit zaczął budowę szkół w Kenii.

Pierwsze oczka sieci Coacha Glassmana są już w Polsce. Ci, którzy w nie wpadli, twierdzą, że nie chcą się wyplątać. Nowym na treningu przypominają: następnego dnia lepiej mieć wolne.

Radzi Akop Szostak, mistrz europy juniorów w kulturystyce klasycznej:

1. Jedz śniadanie. Po nocnej przerwie w dostarczeniu pokarmu organizm jest narażony na katabolizm,

czyli degradację mięśni..

2. Jedz mięso. Regeneracja mięśni jest możliwa dzięki aminokwasom. Najlepszym ich źródłem jest właśnie chude mięso.

3. Jedz małe, ale częste posiłki.

To jedna z najbezpiecznych metod, dzięki której możemy przyspieszyć przemianę materii.

4. Dodawaj zdrowe tłuszcze do diety, np. oliwę z oliwek. Obniżają poziom złego cholesterolu i zapobiegają chorobom wieńcowym.

5. Nie jedz węglowodanów przed snem. Wystarczy niewielka ich ilość, by spowodować wyrzut insuliny.