Mon amour, mon ami

Zafascynowane Francją postanowiły przekuć 
swoją pasję w biznes. Różne historie, różne pomysły. 
Podpatrzone w kraju nad Loarą i Sekwaną 
wypaliły nad Wisłą. I to jak!

Plany były inne. Agnieszka Hryniewicka–Kądziołka chciała zostać dziennikarką. Pewien czas pracowała w telewizji, próbowała też sił jako copywriterka. I pewnie by przy tym została, gdyby życie nie zaczęło pisać jej innego scenariusza. Mąż Agnieszki dostał propozycję pracy w Paryżu, więc wyjechali. Potem przeprowadzili się do Hiszpanii i jeszcze raz z powrotem do Francji. W sumie spędzili za granicą osiem lat. Mieszkając w Paryżu, myślała o pracy, ale dzieci były małe (dziś córki Agnieszki mają 12, 10 i 4 lata). Obowiązki matki, przynajmniej na jakiś czas, wzięły górę nad ambicjami zawodowymi.

W Polsce bywała rzadko, jedynie w czasie wakacji, ale za każdym razem miała ten sam problem – nie mogła dostać butów dla dzieci. W każdym razie nie było takich, jakie kupowała we Francji czy Hiszpanii – wykonanych ręcznie, z naturalnych materiałów, ładnych, wygodnych i zdrowych. – Tak zrodził się pomysł sklepu – mówi Agnieszka. Zamiast jeździć po buty za granicę, będzie je tutaj sprowadzać. Jeszcze mieszkając we Francji, zaczęła się rozglądać wśród producentów, nawiązywać kontakty. Dopingowały ją przyjaciółki, znajome, matki małych dzieci. Sklep z takimi bucikami w Warszawie? Byłoby wspaniale, powtarzały. Od pomysłu do realizacji minęły dwa lata. Dokładnie spenetrowała francuski rynek, w marcu 2014 r. zdecydowała się na współpracę z paryską firmą Un Mercredi Apres–Midi (znała ją, od dawna kupowała buty tej marki dla swoich córek), w lipcu założyła działalność gospodarczą, we wrześniu otworzyła sklep. – To było dla mnie zupełnie nowe wyzwanie – wspomina. – Poznawałam świat przedsiębiorczości od zera. Nie miałam pojęcia o przepisach, księgowości... Szukając pomocy, trafiłam do Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet, a stamtąd do programu „Biznes w kobiecych rękach". Potrzebowałam wsparcia merytorycznego, podpowiedzi, jak poradzić sobie z meandrami biznesu, jak wypromować markę, dotrzeć do klientów...

Udało się. Sklep w centrum Warszawy z intrygującym szyldem Kopytko Mamuta odwiedza coraz więcej klientów. – Mimo to własny biznes to nie bajka – mówi Agnieszka. Un Mercredi Apres–Midi ma siedzibę w Wersalu i ofertę nie do przebicia. Klasyczne trzewiki bottillon noszą wszystkie królewskie dzieci w Europie, ale sama firma nie dotrzymuje terminów. A to utrudnia współpracę. Z portugalskimi producentami jest podobnie. Najłatwiej dogadać się z Hiszpanami. – Rodzinna firma Bebrlis, prowadzona przez dwóch braci, robi naprawdę dobre buty i ma atrakcyjne ceny – mówi Agnieszka. Zauważyła stoisko Bebrlis na targach we Włoszech i złożyła zamówienie. Dziewczęce pantofelki babies, w pastelowych kolorach, z zaokrąglonym noskiem i paseczkiem zapinanym na klamerkę, okazały się przebojem. Podobnie jak sztyblety tej firmy, produkowane z myślą o chłopcach.

Zdaniem Agnieszki zrobić dobre buty dla dziecka to sztuka. Muszą być doskonale wyprofilowane, wykonane z podwójnej warstwy skóry, ze skórzaną wkładką, uszyte według tradycyjnych zasad rzemiosła i starannie wykończone (to je odróżnia od obuwia produkowanego na masową skalę).

– Zaczęłam od importu, ale tak naprawdę zależało mi na znalezieniu dobrego polskiego producenta, bo z nim kontakty byłyby prostsze – przyznaje. Po pewnym czasie odkryła firmę Emel z Częstochowy. To też małe rodzinne przedsiębiorstwo, któremu bardzo zależy na jakości. 
– Nasza współpraca układa się świetnie – dodaje. Firma zaczęła nawet produkować buciki zaprojektowane przez Agnieszkę, w zasugerowanych przez nią kolorach, z ozdobami, które wybrała. Można je kupić tylko w jej sklepie.

Na początku miała jedną markę, teraz ma trzy i negocjuje z kolejnymi. Czy po roku działalności firma spełniła jej oczekiwania? – Właśnie rusza mój sklep internetowy, czyli wszystko idzie zgodnie z planem – odpowiada Agnieszka. Reklamuje się w mediach społecznościowych, w zaprzyjaźnionych butikach dla dzieci i za pomocą poczty pantoflowej. Ten ostatni sposób jest najskuteczniejszy.

Sukienki ze smakiem

„Czy marzyliście kiedyś o tym, aby robić w życiu to, co kochacie najbardziej? Co za pytanie... Kto z nas nie marzył. Jednak lęk przed niepowodzeniem paraliżuje, a praca na etacie wydaje się bardziej racjonalna... Ze mną było podobnie. Do czasu" 
– napisała na swojej stronie internetowej Patrycja Bronk, która w czerwcu ubiegłego roku ogłosiła powstanie marki Pralines. – Brzmiało dumnie, nikt wtedy nie wiedział, że miałam w portfelu tylko 500 zł – wspomina. Powiedziała sobie: teraz albo nigdy. Jeszcze rok wcześniej pracowała w korporacji, podróżowała po świecie. Znajomi wróżyli jej wielką karierę. – Nieczęsto spotyka się dziewczynę z ambicjami, która włada sześcioma językami – powtarzali z uznaniem. Jednak ona już jako mała dziewczynka chciała zostać projektantką mody. – Moja mama jest doświadczoną krawcową, najlepszą, jaką znam – mówi Patrycja. – Jako nastolatka sama projektowałam swoje sukienki, a mama je szyła.

Jednak nie zdecydowała się na studia artystyczne. Wybrała filologię romańską i po pierwszym roku wzięła roczny urlop dziekański. Postanowiła pojechać do Paryża, żeby podszlifować język, poznać Francję i jej kulturę. Zatrudniła się jako au pair. – Zachwyciły mnie dziewczęce sukienki, uszyte z naturalnych tkanin, w pastelowych kolorach. Były bardzo proste, nie miały udziwnionych bufek ani falban – wspomina. Dość szybko odkryła, że prostota w dziewczęcej modzie nie wzięła się znikąd. Na klasykę i skromność stawiają także dorosłe Francuzki.

Po powrocie z Paryża wróciła na studia. Kilka lat później, siedząc przy korporacyjnym biurku z komputerem, zaczęła się zastanawiać: czy mnie to uszczęśliwia? A moja pasja? Może jednak warto przekuć ją w biznes? Pewnego dnia obudziła się, usiadła na łóżku i zaprojektowała dwanaście sukienek, pojedyncze sztuki. W Sopocie odbywały się coroczne targi producentów dziecięcych zabawek i odzieży. Zainwestowała w stoisko, wieszaki, wizytówki i torby z logo. – Chciałam, żeby to wyglądało profesjonalnie 
– tłumaczy. Postanowiła, że jeśli sprzeda sukienki, to zainwestuje w całą kolekcję. Kierowała się zasadą metodyki Lean Startup – najpierw sprawdź, czy ludziom podoba się twój pomysł, dopiero potem go realizuj. Sprzedała. Informacja się rozniosła, zaczęła otrzymywać różne propozycje, np. udziału w Sopot Art & Fashion Week. Małe dziewczynki jako modelki, maszerujące po wybiegu w sukienkach niczym z francuskiego żurnala, zrobiły furorę.

Półtora roku temu kupowała tkaniny na metry, dziś jeździ pod Łódź i inwestuje w całe bele. Pracuje non stop. – Obserwuję rynek, rozmawiam z ludźmi, pytam, co im się podoba, czego jest za mało, czego za dużo. To ważne, bo nie projektuję dla siebie – opowiada. Zapamiętała zasłyszane kiedyś słowa pewnej bizneswoman: „Gdybym sprzedawała tylko to, co mi przypadło do gustu, dawno bym zbankrutowała!".

Patrycja projektuje dwie kolekcje w roku: wiosenno–letnią i jesienno–zimową, czerpie z mody francuskiej, ale także z hiszpańskiej i włoskiej. Podgląda pomysły wielkich projektantów, np. Baby Dior i Dolce & Gabbana dla dzieci. Szyje z najlepszych tkanin: bawełnianych, wełnianych, żakardowych. Trapezowe sukienki marki Pralines pojawiają się w dziecięcych butikach m.in. w Warszawie i Trójmieście. Plany na przyszłość? Własny butik, bo na razie firma mieści się w domu. Patrycja przyznaje, że inwestuje w nią wszystkie zarobione pieniądze. – Idę do przodu – mówi. – I póki nie muszę się cofać, jest dobrze.

Wnętrze w stylu shabby chic

Monika Le Felic przyznaje, że miała szczęście. Mama jej przyjaciółki prowadziła pierwszy w Warszawie sklep z francuskimi meblami, nazywał się Plac Vandome i mieścił przy ul. Emilii Plater. Miał wystawę, która zachwycała przechodniów. Niestety, parę lat temu zniknął. Jego właścicielka zdecydowała się przejść na emeryturę, ale zanim zamknęła swój biznes, przekazała Monice część kontaktów, m.in. telefon do artysty stolarza i adres zaufanego tapicera. – Spróbuj – zachęciła ją. – Wyjdzie albo nie wyjdzie, niewiele ryzykujesz.

Monika akurat była na zakręcie. Skończyła dwie filologie: italianistykę i romanistykę. Pracowała jako lektor języka włoskiego i zastanawiała się, co robić dalej. Nauczanie było przyjemne, ale czy to na pewno zajęcie na całe życie? Co roku spędzała wakacje u rodziny w Bretanii. Właśnie tam, w małym nadmorskim miasteczku, odkryła sklep swoich marzeń – z francuskimi, ludwikowskimi meblami, z żyrandolami, bajecznymi tkaninami. Niewielki, przytulny, od razu chciało się wejść do środka. – Jeśli zdecyduję się na podobny biznes, to mój sklep będzie właśnie taki – pomyślała.

A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Nawiązała kontakty z producentami mebli we Francji, Belgii i we Włoszech, wynegocjowała odpowiednie warunki transportu. Zna języki, nie potrzebowała tłumaczy. Zaczęła od strony internetowej i showroomu, który urządziła w... swoim mieszkaniu. W salonie i jadalni postawiła ludwikowskie meble, powiesiła stylowe lampy i lustra. Dzięki temu mogła tam przyjmować klientów. A ci przyjeżdżali do niej z całej Polski.

Monika, zaskoczona powodzeniem Meubles de Charme, postanowiła rozszerzyć ofertę. Oprócz gotowych mebli w stylu prowansalskim i shabby chic zaczęła sprowadzać np. stelaże krzeseł, stoły i kredensy z litego, surowego drewna. Odtąd klienci mogli sami je zaprojektować: wybrać kolor patyny czy deseń tkaniny, która miała zdobić siedziska krzeseł. Kupowali meble wymyślone przez nich samych i niepowtarzalne.

Po pewnym czasie Monika wyprowadziła sklep z własnego domu w inne, wygodniejsze miejsce. A właściwie nie sklep – bo dziś jest to atelier (wzorowane na podobnych miejscach we Włoszech), w którym można się napić kawy, przejrzeć katalogi i podyskutować z właścicielką o swoim pomyśle na wnętrze. – Niczego klientom nie narzucam, jestem tylko głosem doradczym – zastrzega Monika. Jeśli ktoś pyta ją o zdanie, odpowiada. Ale nie wychodzi przed szereg. Pilnuje realizacji na każdym etapie, umawia stolarzy, artystów malarzy, tapicerów, nawet architektów wnętrz. Oferta Meubles de Charme stale się zmienia. Już nie chodzi tylko o meble i żyrandole – do kupienia jest także pościel Sylvie Thiriez, piękna porcelana Provence, szkło z huty La Rochere. Nie mówiąc o wyborze belgijskich dywanów, poduszkach, obrusach, pledach...

Następny krok? – Sklep z witryną w ładnym punkcie Warszawy – odpowiada Monika. Przyznaje, że kiedy startowała, trzy lata temu, bardzo bała się ryzyka. Teraz nadal jest ostrożna. Musi być. Sama sobie jest szefem i sama narzuca sobie dyscyplinę. – Wystawiam faktury na duże sumy, a to kusi. Myślę czasami: może nowy samochód? Ale zaraz przeganiam ten pomysł. Nie wolno. Muszę inwestować w firmę – opowiada. Od rana siedzi przy komputerze i przygotowuje oferty. Trzy razy w tygodniu biega po 6–8 km. Mróz, zawierucha? Nie ma znaczenia. – Przecież nie sposób żyć tylko pracą – uśmiecha się. A poza tym musi jakoś odreagowa