Moda i pan sukces

To ciężki kawałek chleba – mówi o świecie mody Tomasz Olejniczak, projektant i twórca marki TOMAOTOMO. Jemu się udało. Jest na polskim rynku od pięciu lat. Nam opowiada o swojej najnowszej kolekcji, granicach chodzenia na kompromisy, języku mody, który nie przemawia do wszystkich. I o tym, dlaczego ma żal do krytyków mody.

Ile kosztuje moda?

Zależy, o co pytasz: kolekcję, pokaz czy to, ile płacą za nią klientki.

Te ostatnie pewnie dużo i coraz więcej.

Wydają, kupują, ale najważniejsze, że wracają. Dzięki temu mogę tworzyć projekty indywidualne, dla konkretnych osób. I to jest najfajniejsze.

A ile wydają u ciebie? Pamiętasz rekordzistkę?

Teraz pewnie powinienem rzucić konkretami...

Nie krępuj się!

Nie wiem, czy powinienem to zdradzać. Wiesz, w tej branży o sprawach związanych z kosztami dyskutuje się dość powszechnie. Ile pieniędzy poszło na pokaz, ile na materiały. Co zaś się tyczy sprzedaży, pojedynczych zakupów – tu obowiązuje... tajemnica zawodowa.

Tajemnica? Nie przesadzasz?

Nie chciałbym stawiać swoich klientek, szczególnie tych stałych, w niezręcznej sytuacji. OK, załóżmy, że jedna z nich zostawi u mnie więcej, a druga mniej. Dla mnie obie są tak samo cenne.

Prywatność w tej branży jest ważna?

Są tacy, którzy lubią epatować marką, obnoszą się z logo na zakupowej torebce. Ale przybywa osób, które niekoniecznie chcą informować świat, co, gdzie i za ile kupiły. Oczekują intymności w relacjach, osobistego potraktowania, uciekają od hałasu. Szukają ubrań niepowtarzalnych. Takich, których nie zobaczą na balu charytatywnym, spotkaniu towarzyskim, firmowej imprezie.

Wyzwanie polega na tym, by zadowolić jednych i drugich?

Nigdy nie miałem wątpliwości, że moda jest bardzo ciężkim kawałkiem chleba. Wiedziałem, że artystą trzeba się urodzić. I tak – ja jestem artystą. Ale jest też całe biznesowe zaplecze. Pamiętam, że studia ekonomiczne w Poznaniu traktowałem jak zło konieczne. Marudziłem rodzicom, że to oni wybrali dla mnie kierunek, którego ja kompletnie nie czuję. Ale teraz, z perspektywy czasu, nie żałuję ani jednego dnia spędzonego na wykładach. Zarządzanie, marketing i PR bardzo mi się dziś przydają.

Jako artysta–biznesmen chodzisz na kompromisy?

Tworzę kolekcje butikowe, spokojniejsze, przeznaczone do noszenia na co dzień. Są filarem marki, tańszym od wybiegowych perełek. I to jest myślenie sprzedażowe. Czasem jednak miałbym ochotę stworzyć coś kompletnie innego. Ale wiem, że Polki tego nie kupią.

Dlaczego?

Po prostu na pewne rzeczy w kraju jest jeszcze za wcześnie. Klientki potrzebują dwóch–trzech sezonów, by przekonać się, że takie ciuchy nosi się już na Zachodzie. Opatrzą się z nimi i dopiero wtedy zapragną je mieć w swoich szafach.

A ile ciebie kosztuje moda?

Całe życie, mnóstwo emocji. Od pięciu lat. Na początku spałem po cztery godziny na dobę. Zajmowałem się wszystkim. Marketingiem, promocją, projektowałem, nadzorowałem krawcowe. Miałem na głowie całą księgowość, godzinami odpisywałem na e–maile. Teraz już współpracuję z ludźmi, którzy wzięli na siebie gros tych obowiązków. Ale nawyki zostały. Nawet gdy trafi się chwila wolnego, przeglądam „Vogue'a".

Czytanie „Vogue'a" to też praca?

Powiedzmy: połączenie przyjemnego z pożytecznym.

Koszt kolekcji może sięgać niebotycznych sum, bo jedną sukienkę najlepsze domy mody są w stanie sprzedać za 100 tys. euro. Niektóre szyją stroje złotymi nićmi i naszywają diamenty. Do tego dochodzi całe mnóstwo innych kosztów (wynajem sali, oświetlenie i nagłośnienie, modelki, styliści, fryzjerzy)...

Nie zapominaj o tym, co dzieje się wcześniej. Proces twórczy też ma swoje ukryte koszty. Bo szukając odpowiednich tkanin, czasem trzeba zjeździć Włochy, Francję. Spytasz pewnie, skąd mam na to pieniądze. Przez cały rok bardzo dbam o swoich klientów. Starzy wracają, nowi się pojawiają. Nie jestem wybredny, nie obrażam się na sponsorów. Nie jestem rozrzutny, kalkuluję.

A na początku? Kto dał ci kredyt zaufania?

Na samym początku miałem trochę oszczędności. Bo zacząłem pracować już na studiach, a mieszkałem z rodzicami. I to oni pomogli mi sfinansować pierwszą kolekcję i pierwszy pokaz. Będę im za to wdzięczny do końca życia. Postanowili, że nie chcą mieć syna, którego twórczość zostanie doceniona dopiero po śmierci. Jak to czasem z artystami bywa. Nie było im łatwo. Oboje są ekonomistami, twardo stąpają po ziemi, a ja otwierałem przed nimi zupełnie nowy świat.

Pochodzisz z Opalenicy. To miejscowość kilkadziesiąt kilometrów od Poznania, która słynie z....

Wiesz, że został tam skonstruowany pierwszy w Polsce motor? Całkiem niedawno się o tym dowiedziałem... Nie mieszkam już tam przeszło 15 lat. Ale to miejsce zawsze będzie dla mnie oazą spokoju. Wspomnienia, sentyment robią swoje. Ostatnio zastanawiałem się, czy nie przenieść się do Opalenicy na czas tworzenia kolekcji. Zwolnić, wyluzować, poddać się tej sielance.

Jako ekonomista masz przygotowany plan B?

Tak bym tego nie nazwał, ale myślę, że z moją modą powinienem czym prędzej powędrować za granicę. Bo w Polsce nie jestem już w stanie więcej zrobić. Spełniam się tu jako artysta, biznesmen, ale marzę, by spróbować swoich sił gdzieś indziej.

Nie do końca rozumiem...

To powiem inaczej: czuję barierę. Może chodzi o to, że świadomość modowa, tego, co się nosi i jak, jest u nas ciągle niska. Oczywiście, są wyjątki. Mam świetne klientki, które podróżują po świecie. Są ciekawe, eksperymentują, chcą oglądać kolekcje przed pokazem. Po prostu nie lubię nudy. Żeby było jasne: nie chcę porzucić kraju, myślę nawet o kolejnym butiku. Jednak moim zagranicznym celem jest Mediolan.

No to posłuchaj: „W tej branży istnieje wyjątkowy wyścig szczurów, a domy mody, z którymi staję do rywalizacji, to rekiny z wielomilionowymi budżetami na kolekcję, jej prezentację i działania PR. Trzeba być naprawdę dobrym i pokazać pełen profesjonalizm, by zostać zauważonym". To cytat z pewnego polskiego projektanta, który dobrze zna Mediolan. Nie boisz się?

Nie. Jestem skromnym człowiekiem i ta międzynarodowa kariera nie weszłaby mi tak do głowy, gdyby nie inni ludzie. Po pokazie podchodzą do mnie reporterzy, także ci z zagranicznych mediów. Rozmawiamy o wrażeniach i każdy, dosłownie każdy, zadaje mi to pytanie: kiedy ruszasz na Zachód?

Nie obraź się, ale to dość sztampowe pytanie, zawsze je zadają.

Klientki też mówią, że widziałyby moje butiki w Mediolanie, Berlinie. A na końcu odzywają się zagraniczne showroomy. Sygnalizują, że jest wielkie zapotrzebowanie na moją modę. Wtedy przychodzi myśl, że trochę się tu duszę, a na pewno – że się ograniczam, wpędzam w rutynę. Bo jest pokaz – cudowny, dopieszczony, wyczekany. Potem kolejny i wszystkie te nerwy, emocje, ekscytacja. A ja... A ja mam ochotę na Fashion Week w Mediolanie. Boję się, że przegapię swój moment. Dlatego w przyszłym roku chciałbym już coś zrobić za granicą.

To prawda, że organizatorzy tygodnia mody w Vancouver odkryli cię trochę przypadkowo, przez internet?

To były początki mojej działalności. Wtedy wszystko robiłem sam, na wariata.

A jak jest dziś? „Tomasz Olejniczak. Ten wszechstronny polski projektant mody to twórca bezkompromisowy i wierny swojej wizji artystycznej. Z pasją tworzy projekty dla kobiet aktywnych i charyzmatycznych, ponad wszystko ceniących wysoką jakość" – to cytat z twojej strony internetowej. Wybacz, ale każdy może tak o sobie powiedzieć.

Wszyscy chcą być bezkompromisowi i wierni, ale nie wszystkim to się udaje. Mam nadzieję, że każdy, kto choć raz oglądał mój pokaz, wie, że napisałem prawdę. Kompromisy, o których mówiłem wcześniej, kończą się w chwili, gdy projektuję kolekcję wybiegową.

Potrafisz bawić się formą, konwencją? Hołdujesz klasyce czy ulegasz szaleństwu? To pytanie o proces twórczy...

Staram się zawsze pokazać coś nowego. Printy, autorskie tkaniny. Najnowsza kolekcja też jest bardzo różnorodna. Nazwałem ją Barq&Roll. Sporo w niej inspiracji epoką, detalami, przepychem. Ale nie jest to barok podany sauté. U mnie zawsze na pierwszym miejscu jest nowoczesna prosta forma.

Gdzie szukasz pomysłów?

Na pewno nie w szarej codzienności.

Naprawdę? Myślałam, że nie ma nic bardziej inspirującego niż życie i ludzie, których mija się na ulicy.

U mnie najpierw pojawia się pojedyncza myśl, iskra. Potem powoli buduję wokół niej całość. To proces, który wymaga skupienia, zagłębienia się w tę myśl, bez mała studiów. Nie lubię, gdy coś mnie rozprasza. Dlatego najlepiej pracuje mi się albo w totalnej ciszy, odosobnieniu, albo – przewrotnie – tuż po pokazie, gdy skala emocji jest tak wielka, że zagłusza pozostałe bodźce z zewnątrz.

A wtedy: sky is the limit?

Cóż, wiem, że nigdy nie będę Alexandrem McQueenem, nie będę robił kolekcji nawiązujących do jego stylu, bo one w większości nie mają szansy się sprzedać. Czasem nawet artysta musi myśleć racjonalnie.

A kim chciałbyś być?

Sobą. To przede wszystkim. A w przyszłości... Yves Saint Laurentem. Chodzi o jego pozycję i miejsce w świecie mody. Chciałbym ubierać charyzmatyczne kobiety.

Mam wrażenie, że każdy projektant w Polsce chce ubierać charyzmatyczne kobiety. Oby ich starczyło dla wszystkich.

Wiem, że moda, którą robię, wyróżnia mnie na tle innych. Tworzę unikatowe egzemplarze. Czasem słyszę, że każę sobie za nie słono płacić. Ale używam tkanin doskonałej jakości, których nikt inny w kraju nie wykorzystuje.

Czekając na tkaninę do poprzedniej kolekcji, musiałeś nieźle uzbroić się w cierpliwość. Tkano ją długo, we Włoszech.

Teraz czekam jeszcze dłużej, już mam dwa miesiące opóźnienia.

Pytanie tylko, czy warto. W Polsce nikt nie potrafi tak tkać?

U nas, owszem, są nadruki. Ale nikt nie wytka w kaszmirze nitki jedwabnej złotej. Fakt, nie ma lepszej wełny niż ta z krajowego Milanówka (dobrze, że możemy się czymś pochwalić za granicą). Ale na tym koniec. Moje klientki szukają oryginalnych tkanin. Takich, które nawet we Francji czy Włoszech nie są produkowane masowo.

Tomao, a nie Tomek. Tak mówią na ciebie znajomi. Do tego końcówka „tomo". Oto geneza nazwy marki. Dość prozaiczna...

Wolałabyś, żeby kryła się za nią jakaś bardziej sensacyjna historia? No to cię rozczaruję. Dla mnie nazwa nie jest prozaiczna, tylko jak najbardziej naturalna. Kierowałem się jeszcze jednym kryterium: miała być międzynarodowa. Na tyle, by zagraniczni odbiorcy nie mieli problemów z jej wymową.

Ale dlaczego TOMAOTOMO, a nie Tomasz Olejniczak? Chcesz się ukryć?