Mistrz zapomnianego świata

Z pasji do niedzisiejszej sztuki odtworzył zaginiony świat. Grzegorz Barasiński założył jedyną w Polsce Szkołę Kaligrafii i Iluminatorstwa. Prowadzi też sklep internetowy dla kaligrafów i pracownię manuskryptów.

Grzegorz Barasiński zawsze wszystko robił starannie. Był od pierwszej klasy celującym uczniem, z nagrodą Supergimnazjalisty, a w liceum ze stypendium Prezesa Rady Ministrów. – Po prostu miałem w sobie głębokie pragnienie wszechstronnej edukacji klasycznej – ucina poważnie.

Z tego pragnienia sam zapisał się do szkoły muzycznej, grał na klarnecie i fortepianie, śpiewał w chórze. Własnymi siłami uczył się łaciny i francuskiego. Nawet na kurs tańca chciał się zapisać, chociaż z tym ostatnim do dziś mu się nie udało. Pisać też starał się pięknie. Zresztą większość ludzi ma taki okres w swoim życiu, że zaczyna ozdabiać litery i nadawać im indywidualny charakter. Zwykle przypada on na czwartą klasę podstawówki, kiedy przechodzi się na pisanie w zeszycie w dwie linie i kiedy uwidacznia się osobisty charakter pisma. U niego też się wtedy zaczęło. – Dostałem od ojca „Leksykon szkolny". Mam go do dzisiaj. Pod hasłem „pismo" pokazane były przykładowe ozdobne kroje. Dziś określiłbym je mianem kursywy gotyckiej. Zacząłem eksperymentować z literami. Chciałem osiągnąć perfekcyjne francuskie Z, takie „z ogonkiem", bo marzyłem o tym, by mieć zeszyty jak Fryderyk Chopin – opowiada.

Obsadka i atrament

Dziś już wie, że mały Fryderyk pisał copperplatem, nie gotykiem. Wtedy jednak po raz pierwszy pomyślał, że nie ma gdzie się tego nauczyć. Nie wiedział, jakim narzędziem powinien pisać, że potrzebna jest stalówka szeroko ścięta. Od tamtego czasu zaczął zbierać informacje, choć wszystko pozostawało w sferze hobby. Na religioznawstwo poszedł przez przypadek, a nie dlatego, żeby studiować starodruki – był laureatem Konkursu Wiedzy o Uniwersytecie Jagiellońskim. Na drugim roku studiów wziął ślub i z żoną Anną założyli pracownię artystyczną Kaligraf. Chcieli pisać kartki na zamówienie.

Zwykle interes zaczyna się od biznesplanu. I od zabezpieczenia źródeł finansowania. Z Barasińskim było inaczej. Może dlatego, że do zrobienia kartki potrzeba tylko stalówki, obsadki, atramentu i kartki papieru, bo clue sprawy to know-how. A może dlatego, że jest też inna droga 
– umiejętność wychwytywania okazji, dostrzegania możliwości, wyciągania z ludzi potrzeb, których nie byli świadomi. Grzegorz Barasiński, zamiast załamywać się tym, że nie istnieje już środowisko kaligrafów, postanowił je stworzyć. A raczej odtworzyć i przeszkolić nową kadrę.

Okazało się, że jest kompletna nisza. Że oprócz kartek na zamówienie czy ręcznie wypisanych sentencji jest zapotrzebowanie na warsztaty dla dzieci. – Natychmiast je zorganizowaliśmy, a za chwilę robiliśmy już warsztaty dla dorosłych. Wkrótce dorobiliśmy się pracowni w Krakowie. Zaczęło się pojawiać coraz więcej chętnych na warsztaty semestralne, weekendowe, w Krakowie i w Warszawie – wspomina. – Skupiliśmy się więc na działalności edukacyjnej.

Dziś, razem ze współpracownikami, szkolą nie tylko w Krakowie, lecz także w Poznaniu, Lublinie, Warszawie i Wrocławiu. – Zdałem sobie sprawę, że nie ma żadnej szkoły kaligrafów. Odczytywania manuskryptów można na przykład nauczyć się na historii, na przedmiocie paleografia, ale szkoła nauki pisania, takiego, które dąży do normy estetycznej... Nauka tworzenia manuskryptów od pisania poprzez iluminowanie na introligatorstwie skończywszy – takiego miejsca nie było – opowiada.

I tak powstała jego Szkoła Kaligrafii, Iluminatorstwa i Dziedzin Pokrewnych. Kiedy zaś pojawili się pierwsi adepci kaligrafii, okazało się, że mają taki sam problem jak on, kiedy zafascynował się francuskim „Z": brak narzędzi. Bo pióro do kaligrafii jest inne. Stalówka musi być ścięta, tak żeby dało się pisać i grubo, i cienko. Dla laika wygląda ona jak złamana. Atrament do kaligrafii też jest specjalistyczny. Nieco gęstszy, bo musi odpowiednio spływać po stalówce. Barasińscy założyli więc pierwszy i jedyny do dzisiaj sklep dla kaligrafów. Najtańszą stalówkę można kupić w nim już za 3,5 zł. Oczywiście jest również o wiele droższy, ekskluzywny sprzęt. – W USA widziałem piękne obsadki z rzeźbionego drewna, ceny zaczynały się od 1 tys. dol. za sztukę – mówi Barasiński. I wylicza dalej: – Noodler's Ink, wspaniały atrament amerykański, którego nie udało mi się do Polski na razie sprowadzić, kosztuje od 12 dol. za buteleczkę. Ale prawda jest taka, że najdroższe pióra do kaligrafii, jak chociażby włoskie Rubinato czy francuskie J. Herbin, nie muszą dawać najlepszych efektów. Bo to umiejętności są bezcenne.

Od gotyku po Tolkiena

Firma Kaligraf największe zyski czerpie z warsztatów. Kurs semestralny kosztuje 450–600 zł. Grzegorz Barasiński prowadzi zajęcia trzy razy w tygodniu. W ofercie jest kilka bloków tematycznych: kaligrafia wczesnośredniowieczna, gotyku, odrodzenia, kursywy angielskiej, hebrajska, ruska i rosyjska, iluminatorstwo, pozłotnictwo, a także... tolkienowski tengwar. I to właśnie te lekcje cieszą się dużym zainteresowaniem, szczególnie wśród uczniów. – Przychodzą do nas różni ludzie. Duża grupa to osoby w jakiś sposób potrzebujące kaligrafii zawodowo: uczniowie szkół plastycznych, absolwenci ASP, projektanci fontów i stron internetowych – wylicza. – Nasz zawód jest specyficzny, niemalże wymarł wraz z wynalazkiem druku pół millenium temu. Z zawodu skryby (osoba zawodowo zajmująca się przepisywaniem ksiąg i dokumentów – przyp. red.) wywodzą się notariusze, stenotypiści, dziennikarze, wydawcy i graficy.

Pomysł na biznes Barasińskiego był nie tylko pójściem za głosem serca, ale i odpowiedzią na nowe potrzeby. W Wielkiej Brytanii czy we Francji od lat rośnie moda na kursy z różnego rodzaju rękodzieła – tworzenia biżuterii, ceramiki, decoupage'u czy scrapbookingu. Ludzie zwracają się ku prostemu ślęczeniu nad pracami ręcznymi nie tylko po to, by mieć coś wyłącznie dla siebie, unikatowego. – Podczas pisania kaligraficznego wchodzimy w stan medytacyjny, trochę tak jak mnisi tybetańscy malujący mandale. Na warsztatach uczestnicy sami wybierają sentencje, jaką chcą napisać – opowiada Barasiński. – Żeby zgiąć na kilka godzin kark, zmęczyć palce i umysł, trzeba z rozwagą wybrać tekst. To muszą być dla nas naprawdę ważne słowa.

Uczestnicy najczęściej decydują się na kaligrafowanie „Hymnu o miłości", psalmów, modlitw czy wierszy Norwida i Baczyńskiego. Natomiast na ostatnich kursach kaligrafii w Wigrach najpopularniejszym tekstem był egzorcyzm św. Michała.

Najciekawsze są indywidualne zamówienia, różnorodne i często zaskakujące. Barasiński, a raczej jego pismo występowało na przykład w reklamie jednego z banków. Najmilej jednak wspomina pisanie listu z oświadczynami. – Chyba dobrze wyszło, bo zostały przyjęte – śmieje się. I wspomina, że odkąd zajął się kaligrafią, napisał mnóstwo intymnych listów czy wyznań. Pisał już nie tylko na papierze, pergaminie, lecz także na żywym ciele. Na przykład na twarzy aktora do spektaklu „Plotka" w warszawskiej Romie.

To zmienia charakter

Kiedy Barasińscy już weszli w tryb biznesowy, postanowili skupić się na tym, by przede wszystkim zaistnieć na szerszą skalę, pokazać się. To m.in. dlatego powstało Polskie Towarzystwo Kaligraficzne. W pierwszym zjeździe wzięło udział kilkadziesiąt osób.

Wszystkim swoim przedsięwzięciom Barasińscy nadają motto. Letnia Szkoła w Wigrach ma hasło „Pisanie to nie gadanie", zaczerpnięte z „Konopielki". Polskie Towarzystwo Kaligraficzne kieruje się słowami „Kaligrafia zmieni twój charakter". Choć w firmie dużo się dzieje, jej twórcy konsekwentnie hołdują idei slow life. – Prawdę mówiąc, pierwszego etatowego pracownika zatrudniłem dopiero w ubiegłym roku – przyznaje Barasiński. Jednak szewc bez butów chodzi. Bo chociaż kaligraf ma kilka piór wiecznych do zwykłego pisania, w żadnym nie ma naboi. Kiedy pisze, to po prostu macza pióro w atramencie.