Mistrz w biznesie

Moda na studia MBA powoduje, że przybywa nie tylko chętnych do nauki, ale też uczelni oferujących ten program. Jak w gąszczu propozycji wybrać tę najlepszą, tak by kosztowne i wymagające ciężkiej pracy studia nie okazały się chybioną inwestycją?

Nazywane są szkołą sukcesu. Potwierdzają to też brytyjskie badania. Wynika z nich, że trzy lata po zakończeniu nauki co piąty absolwent Executive MBA zajmuje stanowisko prezesa, a średnie zarobki całej grupy rosną o połowę. Te statystyki tłumaczą, przynajmniej częściowo, horrendalnie wysokie czesne. Dwuletni program na Harvardzie kosztuje 200 tys. dol., czyli ponad 600 tys. zł. Banki w Stanach Zjednoczonych chętnie kredytują naukę, bankowcy już dawno zauważyli, że to pewna inwestycja. – Podczas rocznego czy dwuletniego programu MBA inżynier może zdobyć wszystkie niezbędne narzędzia i wiedzę, a także przejść odpowiedni trening osobowości, żeby stać się sprawnym menedżerem – zapewnia prof. Witold Orłowski, dyrektor Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej.

Nie dla wszystkich

Moda na MBA dotarła też do Polski. Takim dyplomem mogą się pochwalić prezesi i dyrektorzy największych firm, ale też byli politycy, np. Leszek Balcerowicz, czy podróżniczka i redaktor naczelna „National Geographic" Martyna Wojciechowska. – MBA to mocny punkt w CV – przyznaje Patrycja Śleboda, doradca zawodowy w firmie Randstad. – Wiele osób pyta, czy warto pójść na takie studia i którą uczelnię wybrać. Wśród kadry zarządzającej i tych, którzy aspirują, by do niej dołączyć, panuje przekonanie, że to dobry pomysł.

Na zajęciach można spotkać specjalistów z branży, przyszłych partnerów biznesowych, ale też konkurentów. Taka sieć kontaktów procentuje w przyszłości.

Okazuje się, że może to być też strata czasu, pieniędzy i nadziei na awans. – Wiedza zdobyta podczas studiów daje możliwość spojrzenia na zarządzanie z nowej perspektywy, ale program studiów nie zakłada nauki od podstaw. To kurs dla zaawansowanych. Zdarza się, że młode osoby stawiające pierwsze kroki na rynku pracy inwestują w MBA w nadziei, że pomoże im to znaleźć dobrze płatną posadę menedżera. To tak nie działa – podkreśla Patrycja Śleboda.

Żeby unikać podobnych sytuacji, dobre uczelnie stawiają swoim kandydatom wyśrubowane warunki. I tak, żeby móc rozpocząć naukę na Executive MBA, trzeba udokumentować co najmniej siedem lat pracy na stanowisku kierowniczym, na zwykłych MBA – minimum trzy lata. Dlaczego? – O wiele mniej skorzystamy na zajęciach, jeśli nie będziemy znać rzeczywistości. Z doświadczenia wiem, że jeśli w grupie znajduje się osoba, która nie spełnia tych warunków, jest to obciążeniem zarówno dla niej, jak i wszystkich pozostałych. Ta osoba sobie nie radzi, a pozostali studenci mają pretensje, ponieważ spowalnia ona ich pracę – tłumaczy prof. Orłowski. – Niemal każda firma ma własny styl zarządzania. Studenci reprezentujący różne branże mają okazję przedstawić swój punkt widzenia. Takiej wymiany doświadczeń nie zastąpią nawet najlepsze teorie.

Dlatego proces rekrutacji często jest wieloetapowy i wymaga od przyszłym studentów sporo zaangażowania. Aplikacja składa się z listu motywacyjnego i listów referencyjnych, np. od przełożonego, który rekomenduje pracownika. – W Polsce wiele osób uważa, że list motywacyjny to tylko formalność, bo przecież jak ktoś składa papiery, to znaczy, że chce na danym kierunku studiować i nic więcej nie potrzeba. My naprawdę patrzymy na to, co kto napisał. Czy dana osoba rzeczywiście wie, dlaczego chce się u nas uczyć – wyjaśnia prof. Orłowski. – Dobrze przygotowana aplikacja powinna odzwierciedlać nasze osiągnięcia, cele i motywacje. Ważne jest, aby była napisana w sposób czytelny, nie zawierała elementarnych błędów.

Skomplikowane procedury

Ale to dopiero początek. Jeśli studia odbywać się będą w języku obcym, przyszły student musi udowodnić jego znajomość. Może zdać egzamin wewnętrzny lub przedstawić międzynarodowy certyfikat. Będzie musiał zmierzyć się też z GMAT, czyli Graduate Management Admission Test. To testy psychologiczne, które oceniają zdolności menedżerskie, np. umiejętność logicznego myślenia czy sprawnego podejmowania decyzji. Na koniec czeka jeszcze rozmowa kwalifikacyjna. – Trzeba mieć otwarty umysł i być bystrym, bo pytania zazwyczaj wymagają refleksu – ostrzega prof. Witold Orłowski i przyznaje, że do rozmowy przygotować się nie da. – Kandydatom poradziłbym co najwyżej czytanie ciekawych, rozwijających artykułów i książek.

Dla tych, którym brak pewności siebie, by zmierzyć się z rozbudowaną machiną rekrutacyjną, stworzono studia przygotowawcze preMBA.

Drożej, czyli lepiej?

Czesne studiów może przyprawić o zawrót głowy. Ceny w Polsce wahają się od 7,4 tys. zł do 120 tys. zł. Średni koszt to ponad 30 tys. zł. Jeśli natomiast zdecydujemy się na naukę za granicą koszty mogą przekroczyć nawet pół miliona złotych. – Wyższa cena zazwyczaj oznacza wyższą jakość programu, lepszych profesorów itd. Wybierając tańszy program, trzeba się liczyć z tym, że prawdopodobnie odbyło się to kosztem jakości – przekonuje prof. Orłowski. I dodaje: – Nie ma cienia wątpliwości, że wiele z uczelni zachodnich, takich jak INSEAD czy Harvard Business School, wizerunkowo stoi o wiele klas wyżej niż jakakolwiek polska szkoła biznesu. Ale to nie oznacza, że przeciętny amerykański program jest lepszy od każdego programu w Polsce.

Do podstawowych kosztów studiowania należy doliczyć również wydatki na podróż i zakwaterowanie podczas zjazdów. Z jednej strony w międzynarodowym środowisku wymiana doświadczeń może być ciekawsza, z drugiej – to, co sprawdza się w Stanach Zjednoczonych czy Hiszpanii, niekoniecznie może przyjąć się w Polsce. – Z doświadczenia wiem, że firmy nie patrzą na miejsce ukończenia studiów. To ma większe znaczenie dla osoby, która zapisuje się na studia – mówi Patrycja Śleboda.

Studia studiom nierówne

Moda na MBA sprawia, że kolejne programy wyrastają jak grzyby po deszczu. Ale tylko nieliczni oferują produkt na najwyższym poziomie. Przed podjęciem ostatecznej decyzji warto sprawdzić, czy wybrany MBA może się pochwalić międzynarodową akredytacją. – Specjalna komisja porównuje jakość programów nauczania i sprawdza, czy spełniają wyśrubowane kryteria. W Polsce programy, które je zdobyły, można policzyć na palcach jednej ręki – mówi prof. Orłowski. – Lepiej zachować też ostrożność, szukając opinii na forach internetowych. Żyjemy w świecie manipulacji informacją, a zlecenie ludziom odpłatnego promowania jakiegoś programu w sieci nie jest trudne.

W rankingach polskich MBA w czołówce są warszawskie programy. CEMBA i MBA-SGH Szkoły Głównej Handlowej, Executive MBA Akademii Leona Koźmińskiego i program pod tą samą nazwą oferowany przez Szkołę Biznesu Politechniki Warszawskiej.

Nie będzie łatwo

Nauka z reguły trwa dwa lata i trzeba przyznać, że niejednokrotnie trudno pogodzić ją z pracą. Co prawda zjazdy odbywają się najczęściej w weekendy co dwa tygodnie, ale żeby w pełni skorzystać z przekazywanej podczas nich wiedzy, student musi się do nich solidnie przygotować. A to wymaga czasu i zaangażowania. Na Zachodzie menedżerowie podejmujący decyzję o MBA niejednokrotnie na czas studiów w ogóle rezygnują z pracy. W Polsce rzadko pracownik może sobie na to pozwolić. Coraz więcej firm jest gotowych dofinansować taką naukę. – Absolwent MBA nie tylko ma wiedzę książkową, ale też potrafi ją zastosować w praktyce. Taka umiejętność daje swobodę i pewność siebie. A rynek pracy to docenia – przyznaje Patrycja Śleboda.

Absolwenci zyskują coś więcej niż tylko prestiżowy dyplom. Studia nastawione są na praktyczną wiedzę i umiejętności niezbędne w pracy menedżera. Studenci mają okazję poznać nowoczesne spojrzenie na ekonomię. Większość z nich kończyła przecież studia wiele lat temu, a przemiany, jakie nastąpiły po 1989 r., i gospodarka wolnorynkowa całkowicie zmieniły zasady gry. No i wreszcie bezcenne znajomości. Podczas zajęć można spotkać najlepszych specjalistów z branży, przyszłych partnerów biznesowych, ale też konkurentów. Taka sieć kontaktów procentuje.