Mistrz w biegu z przeszkodami

Za konsekwentne budowanie polskiej gospodarki wolnorynkowej. I realizowanie wizji UE zgodnej z aspiracjami polskich przedsiębiorców – tak brzmiało uzasadnienie dla nagrody Superwektora. W tym roku odebrał ją Janusz Lewandowski, komisarz UE ds. budżetu i programowania finansowego.

Otrzymał pan Superwektora, nagrodę Pracodawców RP za doprowadzenie do przyjęcia takiego budżetu Unii Europejskiej do 2020 r., który zapewni bezprecedensowy awans cywilizacyjny Polski. I to mimo głębokiego kryzysu we Wspólnocie. Jak to było możliwe?

To był bieg z wieloma przeszkodami. Gdy w lutym 2010 r. zostałem komisarzem, w Brukseli coraz więcej zwolenników zdobywała koncepcja całkowitej przebudowy budżetu Unii. Chodziło o odejście od podziału pieniędzy między krajami, gdy idzie o fundusze strukturalne, na rzecz wyścigu wszystkich państw po wspólne pieniądze, które miały realizować tzw. cele ogólnoeuropejskie. To faworyzowało kraje starej Unii, a więc najsprawniejsze. Tam, gdzie ta zasada dziś obowiązuje, jak przy podziale funduszy na badania naukowe, Polska musi dopłacać.

W jaki sposób storpedował pan to zagrożenie?

Najważniejsze sprawy rozgrywają się na 13. piętrze Berlaymont. Tam, gdzie swoje biura ma szef Komisji Europejskiej. W toku burzliwych spotkań, wbrew niektórym doradcom Barroso, zwyciężył pogląd, że taki budżet nie ma szans na akceptację przywódców krajów Europy Wschodniej. Przypominałem, że kraje południa Europy, w tym Portugalia, przez dwie dekady korzystały z europejskiej solidarności. Choć przystępując do Unii, były relatywnie dwukrotnie bogatsze od państw wydobywających się z sowieckiej dyktatury. Rozumiała to, jako warunek poczucia własności budżetu, Catherine Day, sekretarz generalna Komisji.

Kto wpadł na tak fatalny dla Polski pomysł?

Nikt się do niego już potem nie przyznawał. Tej „wynarodowionej" koncepcji broniły natomiast niektóre instytuty badawcze ulokowane wokół Brukseli, zachęcające do rewolucyjnej „modernizacji" budżetu, oraz ci, którzy widzieli w tym decydujący krok ku budowie federalnej Europy. Tyle że w 2010 r., w środku kryzysu, takie federalne wizje całkiem wyszły z mody.

Kryzysu, który ujawnił także słabość Południa, gdzie Niemcy wpompowały dziesiątki, o ile nie setki miliardów euro z funduszy strukturalnych. Czy to nie skłaniało bogatych państw Unii do ograniczenia pomocy dla Polski i innych krajów Europy Środkowej?

To prawda, słyszałem takie głosy. Był zresztą dla nas jeszcze jeden niekorzystny argument: w głowach holenderskiego, niemieckiego czy austriackiego podatnika pieniądze na fundusze strukturalne i na ratunek państw Południa przed bankructwem także niewiele się różniły. Sprowadzały się do przekonania, że tak jak w przeszłości, co pokazał kryzys, może to być kolejne daremne poświęcenie finansowe. Ale wtedy zaczął nam pomagać wizerunek Polski jako jedynego kraju, który nie wpadł w kryzys w 2009 r. Państwa, w które warto inwestować. Elżbieta Bieńkowska przyszła wtedy ze swoimi wyliczeniami, że 80 proc. tych środków wraca z powrotem do Niemców czy Austriaków w postaci kontraktów budowlanych dla tamtejszych firm. Na naszą korzyść zaczęło z czasem działać także rozczarowanie arabską wiosną. Po prostu doceniono kraje Europy Środkowej, które mimo dramatycznej historii potrafią się przekształcić w normalne demokracje.

Mimo wszystko zachodnim przywódcom trudno było chyba uwierzyć, że pan, człowiek z kraju, który jest największym biorcą unijnej pomocy, przygotuje bezstronny projekt wydatków Brukseli.

Mieliśmy inny problem. Barroso dobrze pamiętał negocjacje nad poprzednim siedmioletnim budżetem Unii przypominającym „choinkę życzeń". Wówczas, w 2004 r., projekt Komisji został odłożony na bok przez europejskich przywódców, którzy zaczęli negocjować z własnym projektem. Ja też miałem świadomość takiego zagrożenia. Wiedziałem, że wówczas sytuacja może nam się zupełnie wymknąć spod kontroli, że może wrócić pomysł „wynarodowionego" budżetu. Dlatego zamiast próbować spełniać życzenia wszystkich państw, postawiłem na prostą, ale trudną do odrzucenia zasadę: przemnożenie przez siedem wydatków z 2013 r. i dodanie do tego inflacji. Inaczej mówiąc: utrzymanie budżetu UE na realnie niezmienionym poziomie.

Pamiętam, kiedy położyliśmy ten projekt na stole, w czerwcu 2011 r. Czekałem z niepokojem na reakcję ważnych stolic, przede wszystkim głównego płatnika – Berlina. Stamtąd usłyszałem: nie do końca się z tym zgadzamy, ale to dobra podstawa do negocjacji. Odetchnąłem z ulgą.

Ten projekt zakładał jednak znaczący wzrost pieniędzy dla krajów Europy Środkowej, głównie dla Polski. A przecież to był środek kryzysu, czas zaciskania pasa. Merkel to nie oburzyło?

Gdy osiągnięto ostateczne porozumienie, można było usłyszeć, że zadowolone są tylko dwa kraje. Polska, bo budżet jest tak hojny, i Wielka Brytania, bo jest on tak skąpy.

W czasie jednego ze spotkań europejskich przywódców powiedziałem jasno: im więcej cięć, tym większe wsparcie dla sił eurosceptycznych w krajach postkomunistycznych.

Mimo wszystko na przełomie lat 2010 i 2011 do ofensywy przystąpił „klub skąpców", krajów, które jak Wielka Brytania, Francja czy Holandia dopłacają do unijnego budżetu. Domagali się radykalnych cięć.

Oni nazywali siebie „koalicją lepszego wydawania pieniędzy" – jasna aluzja do sposobu, w jaki z funduszy strukturalnych skorzystały Grecja i państwa iberyjskie. Jakże pomogło wtedy zbudowanie przez polski rząd koalicji w obronie europejskiej solidarności, która składa się nie tylko z krajów postkomunistycznych, ale także Włoch, Irlandii, Hiszpanii, Grecji, Portugalii. To nie było łatwe, bo nasz projekt zakładał m.in., że Grecja straci 1/3 funduszy strukturalnych – inni też tracili.

Może Grecy chcieli się odegrać za ostrą kurację oszczędnościową, jaką narzuciła im Angela Merkel?

Oni mieli z nią osobne porachunki. Myślę, że krajom Południa zależało po prostu na obronie ambitnego budżetu europejskiego.

Jako komisarz ds. budżetu znał pan stanowiska wszystkich krajów w tych negocjacjach. Na ile był to ważny atut dla Polski?

Gdy zacząłem jeździć po europejskich stolicach, we wszystkich parlamentach, poza szwedzkim, paradoksalnie szło o jedno: zachowanie lub wzrost dopłat bezpośrednich dla rolnictwa. Zrozumiałem więc, że rolnictwo obroni się samo, że trzeba skoncentrować się na funduszach strukturalnych.

Gdy 10 lat temu Polska przystępowała do Unii, otrzymała obietnicę, że w następnej perspektywie budżetowej poziom dopłat bezpośrednich w przeliczeniu na hektar będzie zrównany z krajami zachodnimi. To się nie udało.

W międzyczasie był kryzys, który obudził egoizmy narodowe. I mimo że cały pakiet UE na rolnictwo zmalał o 40 mld euro, to Polska otrzymała na dopłaty więcej, niż miała do tej pory. Sztuka negocjacji polegała na tym, aby sprawdzić w boju, jak dużo politycy holenderscy, duńscy czy niemieccy są w stanie oddać z dopłat dla swoich rolników, by zwiększyć budżet dla Polaków. Ich próg wytrzymałości to 10–20 proc. (20 proc. dopłat stracili Niemcy), o czym informuję tych, którzy opowiadają bajki w Polsce. No i pojawił się znacznie poważniejszy problem: z Cameronem.

On zawsze twierdził, że chce ograniczyć unijny budżet. O zaskoczeniu trudno więc mówić.

Gdy jednak przyjechał do Brukseli z rezolucją Izby Gmin, która domaga się ograniczenia wydatków Unii poniżej 900 mld euro na siedem lat, drastycznie mniej, niż planowaliśmy w najgorszym scenariuszu, zadziałało to jak zimny prysznic. Przez chwilę zastanawiano się, czy nie zawrzeć porozumienia bez Anglików, na zasadzie umowy międzyrządowej. Nawet Angela Merkel traciła cierpliwość. Ale zwyciężył pogląd, że wszystkich trzeba mieć na pokładzie, bo to jest warunek wieloletniej przewidywalności, która jest bezcenną wartością budżetu Unii. Uruchomiliśmy naszą kreatywność, proponując, aby pieniądze, które są niewykorzystane, a zawsze tak się dzieje, zamiast wracać do stolic narodowych, pozostały w Brukseli. Dzięki temu, gdy osiągnięto ostateczne porozumienie, można było usłyszeć, że są z niego zadowolone tylko dwa kraje: Polska, bo budżet jest tak hojny, i Wielka Brytania, bo jest on tak skąpy.

Sam pan wpadł na takie rozwiązanie?

Miałem wyjątkowe szczęście, gdy idzie o współpracowników. Kreatywny był szef mojego gabinetu, Luksemburczyk Marc Lemaitre, który znał wszelkie niuanse budżetowe Unii. A także jego zastępca Piotr Serafin, który ku zaskoczeniu wielu naszych partnerów po przygotowaniu przez Komisję projektu budżetu został szefem polskich negocjatorów. To był nietypowy, ale bardzo dobrze zaplanowany zabieg. Wspomnę Angelikę Chomicką odpowiedzialną za komunikację i relacje z Parlamentem Europejskim, bo nasz mocny głos w Parlamencie był potrzebny w tej rozgrywce. A w ostatnią noc negocjacji, gdy przewodniczącym Rady Europejskiej był Herman Van Rompuy, cierpliwie i zręcznie starał się zadowolić wszystkie kraje, rozdając im „prezenty", też nie zabrakło polskiej obecności.

Tego dnia najwięcej do powiedzenia miał jednak nie Van Rompuy, ale Angela Merkel.

Mamy szczęście, że dzisiejsi przywódcy Niemiec szanują Polskę jako swego partnera. Angela Merkel, niekoniecznie w zgodzie z własnym otoczeniem, akceptowała to, że Polska – kraj, który jest największym beneficjentem funduszy – pomimo kryzysu może dostać jeszcze więcej. Rozumiała stawkę polityczną tej batalii budżetowej.

Czy dzięki temu budżetowi Polska ostatecznie dogoni w rozwoju kraje zachodnie?

Myślę, że około 2020 r. będziemy blisko europejskich standardów we wszystkich dziedzinach. Patrzę na to w perspektywie historycznej. Po 20 latach niepodległości pokolenie okresu międzywojennego zderzyło się z niemieckimi dywizjami pancernymi i Armią Czerwoną. My zaś mamy perspektywę dalszego skoku cywilizacyjnego. To geopolityczny i historyczny cud, który warto docenić!