Misja i wibratory

O  seksie warto mówić otwarcie. Kobiety mają prawo do odkrywania własnej seksualności i poszukiwania przyjemności tak samo jak mężczyźni – przekonuje Marta Niedźwiecka, sex coach i założycielka Pussy Project, uznanego za jeden z 50 najbardziej kreatywnych biznesów w Polsce.

Czy seksbiznes to dobry biznes?

Bardzo dobry. Na zachodzie to gigantyczna gałąź przemysłu. Wystarczy pojechać na targi branży erotycznej do Berlina czy Hanoweru, festiwale burleskowo-erotyczne do Londynu i Paryża, żeby zobaczyć, jak zróżnicowana jest oferta – oszałamiające ilości wytwórców, producentów filmów, gadżetów. To oddzielny świat poświęcony tylko seksualności – w każdej postaci – wysublimowanej i przaśnej, w wersji męskiej i damskiej, hetero i homo. Problem jest tylko taki, że my w Polsce jesteśmy kilkanaście lat do tyłu.

Dlaczego?

Między innymi dlatego, że w latach 90. za biznes związany z seksem wzięli się mężczyźni, którzy chcieli upłynnić nie zawsze legalnie posiadane pieniądze. To już na samym początku zdefiniowało specyfikę tej branży. Przychodzi facet, kupuje kasety z porno, korzysta z sekskabin. To miało zaspokajać fizjologiczną stronę seksualności. I zaspokajało. Rzecz w tym, że nie było alternatywy. Na całym świecie istnieją rynki dóbr erotycznych dla mężczyzn i dla kobiet, które różnią się jak lodowiec od dżungli. Właśnie na kiełkującym w Polsce rynku erotyki dla kobiet działa Pussy Project.

Ale też dotyczy seksu.

Owszem, jednak bardziej chodzi w nim o mentalne aspekty seksualności. Budujemy nowy rynek. To erotyka, nie porno. Dla kobiet, nie dla facetów. Najpierw edukacja, później gadżety. Na świecie inicjatywy podobne do naszej działają od 15 lat.

W Polsce sex shop wciąż budzi nie najlepsze skojarzenia...

Kojarzy się z ciemnym wnętrzem atakującym ginekologicznymi zbliżeniami i naturalistycznymi penisami. Kobiety często czują się w takich miejscach zażenowane. Bardzo dobrze je rozumiem. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja na Zachodzie. Tam można odwiedzić urządzone ze smakiem, przyjazne butiki erotyczne. Pamiętam, jak pierwszy raz przyjaciele zaprowadzili mnie do sklepu Fun Faktory na Oranienburger Strasse w Berlinie. Zobaczyłam piękne kolorowe wibratory, wnętrze urządzone ze smakiem przez sławę designu Karima Rashida. Poczułam się jak dziewczynka w sklepie z cukierkami.

I wtedy narodził się pomysł Pussy Project?

Zaczęło się od żartów z koleżanką – dzisiaj moją wspólniczką – Dorotą Sakowską. Mówiłyśmy: fajnie byłoby, gdyby powstał u nas sex shop dla kobiet. Z czasem zaczęłyśmy myśleć o tym coraz poważniej, zastanawiać się, co jest potrzebne takiej inicjatywie, żeby miała sens i została odpowiednio zrozumiana. Doszłyśmy do wniosku, że niezbędna jest wiedza, bo w Polsce mamy zaległości w edukacji seksualnej. I bez ich nadrobienia nie wystartujemy z takim pomysłem, bo nikt go nie zrozumie. Zadawałyśmy sobie coraz więcej pytań i doszłyśmy do tego, czym jest teraz Pussy Project. Nie bez znaczenia były też moje osobiste doświadczenia. Jako dziecko miałam wypadek, rehabilitacja była trudna – w naturalnym odruchu „uciekłam" i w dużej mierze straciłam kontakt z własnym ciałem, z seksualnością. Momentem zwrotnym było dla mnie urodzenie dziecka i – choć brzmi to dziwnie – nauka nurkowania. Nurkowanie jest dla mnie aktywną medytacją 
– gdy jesteś zawieszona na 50 m, otoczona wodą, przeżywasz moment totalnej integracji z własnym ciałem. To doświadczenie, jakiego szukamy w seksie. Byłam tym oszołomiona. To także doprowadziło mnie do Pussy Project. Najbardziej pierwotną inspiracją była zaś niezgoda na drętwy, nienawistny dyskurs o seksualności, jaki oglądamy w Polsce. Niezgoda na fałszywe przekonania niszczące ludziom ich życie intymne.

Ciekawe zestawienie: misja i wibratory.

Pussy Project ma trzy filary. Jeden to nasza strona internetowa poruszająca tematykę kobiecej seksualności, 
drugi to internetowy sex shop dla kobiet, a trzeci – warsztaty rozwoju osobistego i tzw. pussy parties, czyli imprezy z zabawkami erotycznymi. Organizujemy je w różnych miejscach Polski. Pokazujemy wibratory, które można kupić, zaczynamy swobodną rozmowę o seksie. Wzbudzamy zaciekawienie, intrygujemy, coś zaczyna się dziać w głowach. To ważne, bo tysiące kobiet tkwią wciąż w fatalnych wyobrażeniach na temat seksu, nie potrafią komunikować swoich potrzeb. Mamy piękne buty, kiecki i modne torebki, a w dziedzinie seksualności wciąż jest wiele tabu, które na Zachodzie już dawno nie funkcjonują. My z rumieńcem oglądamy wibratory, a np. w Niemczech ten temat w ogóle nie budzi emocji – wibrator jest traktowany jak elektryczna szczoteczka do zębów. Nic specjalnego.

Te, które macie w swojej ofercie, są ładniejsze od szczoteczek. To kolorowe, fikuśne zabawki.

Mniej więcej 15 lat temu producenci gadżetów erotycznych zauważyli, że kobiety nie kupują tego, co oni im oferują. Zaczęli się więc zastanawiać, czego potrzebują kobiety. Pierwsi byli Niemcy, którzy założyli Fun Factory – dzisiaj jedną z dwóch, obok Lelo, najważniejszych marek w tej dziedzinie. W połowie lat 90. doszli do wniosku, że zabawki erotyczne mogą wyglądać zupełnie inaczej. Zaczęto robić ładne, estetyczne, bardzo kolorowe i – co najważniejsze – zupełnie nienaturalistyczne gadżety. Dla przykładu największy hit Fun Factory – wibrator Patchy Paul – przypomina... zieloną gąsienicę.

Jak sprzedawać sekszabawki, by zainteresować nimi kobiety?

Przede wszystkim trzeba oswajać je z zagadnieniem powoli. Temu służą nasze pussy parties. Podczas spotkania pokazujemy wibratory, opowiadamy o ich zaletach, zachęcamy do zadawania pytań, staramy się rozwiewać wszystkie wątpliwości. Rozbijamy szkodliwe mity, np. takie, że wibratory to coś przeciwko facetom. Wiele z naszych zabawek to gadżety, które świetnie sprawdzają się w parze. Potem zapraszamy panie na tematyczne warsztaty coachingowe. Tam pracować można już nad konkretnymi zagadnieniami, jak odkrywanie swojej seksualności, poprawa relacji z partnerem lub partnerką czy powrót do aktywności seksualnej po urodzeniu dziecka.

Co się najlepiej sprzedaje?

Bestsellerami są wibratory, które przypominają kamyki, kwiaty, rośliny. Kobiety bardzo nie lubią zabawek, które udają naturę. 30-centymetrowy plastikowy penis odwzorowujący oryginał to jest męski wymysł. 90 proc. moich klientek woli zabawki małe, delikatne, designerskie, wysmakowane. Polki, w przeciwieństwie do Europejek, które kupują dużo przypadkowych rzeczy, starannie planują zakup. Wibrator za 300–500 zł to niemały wydatek.

Pussy Project znalazł się niedawno 
w zestawieniu 50 najbardziej kreatywnych 
biznesów w Polsce.

Doceniono przede wszystkim to, że wymyśliłyśmy sobie rynek. Wprowadzamy nowy produkt, nowy sposób komunikowania, kształtujemy nową grupę klientek. Jako jedne z naprawdę niewielu w naszym kraju potrafimy zrobić biznes, otwarcie mówiąc o seksie. Nasza firma jest również odpowiedzią na brak modelów biznesowych dla kobiet. Bardzo wiele dziewczyn po urodzeniu dziecka wpada w pustkę. Ja też to przeżyłam i zrozumiałam, że jeśli sama nie stworzę sobie miejsca pracy, to szansa, że ktoś pozwoli mi realizować się biznesowo i intelektualnie, jest bardzo mała.

Swoje życie zawodowe związałaś z seksem. Jesteś także sex coachem.

Szukałam pozytywnego języka, którym będę mogła mówić o problemach, z którymi zaczęłam się spotykać. Poszłam na studia life coachingowe. Potem pomyślałam, że warto sprofilować swoje zainteresowania, i zaczęłam studia w kierunku sex coachingu. Znalazłam odpowiednie zajęcia na uniwersytecie w San Francisco i skończyłam kurs podstawowy. Teraz kończę już poziom zaawansowany.

Czym sex coach różni się od seksuologa?

Seksuolog zajmuje się przede wszystkim klinicznym diagnozowaniem sytuacji, zaleca medykamenty albo ćwiczenia. Coach to zaś taki bezlitosny przyjaciel. Przychodzisz do niego i mówisz, jaki masz problem. On celnymi pytaniami prowadzi cię do rozpoznania tego, o co ci chodzi, żeby samemu znaleźć remedium, zrobić plan naprawczy. Ma konkretną wiedzę dotyczącą fachowych technik pomagających np. osiągnąć satysfakcję seksualną. Pomaga rozmawiać o seksie, dotrzeć do pewnego poziomu bliskości, który często jest pomijany. To taki obóz kondycyjny dla psychiki. Ma doprowadzić do tego, by człowiek zrozumiał samego siebie, myślał o sobie jako o kimś godnym uczuć, akceptacji, który może kreować swoje życie seksualne tak, jak lubi. Bez względu na to, co powiedzą inni 
– matka, ojciec, ksiądz...

Czy sex coach musi być wytrawnym kochankiem?

Nie musi przerobić całej Kamasutry! Technika to tylko jedna strona zagadnienia. Coachowi pomaga w pracy doświadczenie. Dlatego ja sama wciąż się uczę, jeżdżę na warsztaty, poszerzam wiedzę, czytam. Sex coach zajmuje się głównie komunikacją, emocjami, świadomością. Ważniejsze od 100 przećwiczonych pozycji jest pokochanie seksu i siebie.<