Mini w wersji max

Stworzone dla młodych, niezależnych, chcących się wyróżniać. Ale już niekoniecznie dla tych, którzy chcieliby jeszcze upchnąć w nim fotelik dla dziecka. Po latach spece koncernu w końcu wpadli na to, że to też ważne. I stworzyli MINIgiganta.

Przez parę lat podziwiałem sąsiadkę, która upychała do swojego MINI kolejne foteliki dziecięce (pomijam już gimnastykę, jaką uprawiała, by zmieścić całe towarzystwo do środka). O wózku już mowy być nie mogło, jako że MINI ma bagażnik wielkości kosmetyczki. W końcu, przy trzecim potomku, poddała się i zmieniła samochód na bardziej rodzinny.

Kilka lat temu specom koncernu zaczęło wreszcie świtać, że klienci MINI mogą mieć już dość tego, iż na tylnej kanapie, owszem, mieści się pasażer, ale nieposiadający nóg, i zaczną szukać lifestyle'owego, lecz wygodniejszego samochodu u konkurencji. By ich zatrzymać, stworzono więc crossover MINI Countryman czy MINI z przedłużonym rozstawem osi i tylnymi drzwiami z jednej strony – Clubman.

O ile Clubman z 2007 r. bardzo mi się podobał, o tyle rozumiem, że trochę więcej miejsca z tyłu i niewiele pojemniejszy niż w hatchbacku bagażnik nie wystarczyły, żeby podbić serca szerokiej rzeszy klientów. Za dużo MINI, za mało praktyczności. W międzyczasie MINI wprowadziło na rynek 5–drzwiowego hatchbacka, który moim zdaniem jest kompletną klapą, bo nie jest ani ciekawy, ani praktyczny.

Za to nowy Clubman jest... olbrzymi. Przez lata MINI balansowało na granicy segmentu A i B, ale Clubman jest szerszy, wyższy, dłuższy, ma też o 17 cm większy rozstaw osi. To już pełnoprawny kompakt, gabarytami zbliżony do Toyoty Auris czy BMW Serii 1. 
Ma pełnowymiarowe tylne drzwi, na kanapie komfortowo zmieszczą się dwie, a od biedy nawet trzy dorosłe osoby (w bagażniku nawet ja). Z przodu więcej przestrzeni, wygodniejsze umiejscowienie przełączników, bo przez środek pojazdu przechodzi konsola. Jest miejsce na napoje, telefon i inne drobiazgi.

Wyróżnikiem, a jednocześnie zmorą Clubmana są pionowo dzielone drzwi bagażnika. Taki stylistyczny smaczek, który niestety ogranicza widoczność do tyłu. Z kolei z przodu, ze względu na konieczność utrzymania klasycznych proporcji, dach jest wysunięty daleko przed kierowcę, więc na skrzyżowaniu trzeba się wychylać, żeby zobaczyć sygnalizację świetlną.

Ale Clubman nadal prowadzi się jak MINI. Układ kierowniczy jest precyzyjny, reakcja na pedał gazu natychmiastowa, zawieszenie jest bardziej komfortowe niż w hatchbacku, choć nadal wystarczająco sztywne, żeby samochodem nie bujało na zakrętach. Warto zainwestować w opcjonalny przełącznik trybów jazdy. W trybie eco można zaoszczędzić parę procent paliwa, a w trybie sportowym wydech strzela przy zmianie biegów. W wersji z manualną skrzynią jest nawet automatyczny międzygaz, czyli dopasowanie obrotów silnika do obrotów kół przy zmianie biegów. Zbędne w codziennym życiu, ale jaka frajda na krętej drodze...

Po paru dniach spędzonych z MINI Clubmanem doszedłem do wniosku, że w pewnym wieku stać nas na odrobinę szaleństwa, jakim jest posiadanie nietuzinkowego samochodu. Ale dobrze byłoby, żeby takie auto nadal miało przynajmniej dwie pary drzwi i pełnowymiarowy bagażnik. To dlatego nieźle sprzedają się 4–drzwiowe coupe. I być może także MINI Clubman.