Mindfulness. Życie chwilą

Dlaczego? Bo nie chcą mieć spiętych, rozdrażnionych pracowników. Bo pozwala zrozumieć, że przeszłości, 
która się wydarzyła, już nie ma. A przyszłości, która 
nie zaistniała, jeszcze nie ma. Bo nie ma co rozpamiętywać dawnych porażek czy też martwić się tym, co nastąpi. 
Jest tylko tu i teraz. Naprawdę? Postanowiłam to sprawdzić na własnej skórze... a raczej duchu. A może umyśle.

Chwila 1

Krótkie brzdąknięcie buddyjskiego dzwonka. Sygnał, że przyszła nowa wiadomość wideo. Na ekranie smartfona pojawia się Emily w wyciągniętym swetrze i z lekko potarganymi włosami. – Witaj! Cieszę się, że dostrzegasz u siebie przemianę. Zdaję sobie sprawę, że jest ona niewielka, ale warto trzymać się obranej drogi, żeby zdobyć osobisty Everest, swój najwyższy szczyt... „Medytacja góry", którą Ci podesłałam, może być niezwykle silnym doświadczeniem mentalnym, szczególnie kiedy zdasz sobie sprawę, jak ważne jest mieć w sobie stabilność i niewzruszoność górskiego masywu. Jak bardzo może ci to pomóc w życiu – moja mentorka uśmiecha się zachęcająco. – Kolejne wielkie zmiany już w Tobie pączkują, a to dopiero połowa programu!

Kilka godzin wcześniej siedziałam w pozycji kwiatu lotosu i słuchając kojącego głosu Emily, który miał mnie wprowadzić w stan medytacyjny, wyobrażałam sobie, że jestem górą. Od tygodnia testowałam nową aplikację, której celem jest nauka mindfulnessu, czyli „praktyki uważności". Miałam sprawdzić, jak działa program 14–dniowej „uważnej medytacji". I zweryfikować, czy możliwe jest, by w tak krótkim czasie nauczyć się być „tu i teraz" bez osądzania i oceniania. Codziennie rano czekał na mnie e–mail z motywacyjnym cytatem i rozpisanymi ćwiczeniami do wykonania. Wieczorem w skrzynce lądowało nagranie z kolejną medytacją. Do pomocy dostałam mentorkę, która miała mnie prowadzić przez meandry kontemplacji. „Medytacja góry" miała być kamieniem milowym. Siedziałam ze skrzyżowanymi nogami i ambitnie wyobrażałam sobie, że jestem Kanczendzongą, drugim co do wysokości szczytem w Himalajach. W wyobraźni naszkicowałam obraz tego wyjątkowo trudnego do zdobycia ośmiotysięcznika, złożonego z kilku wierzchołków i poprzecinanego lodowcowymi dolinami. Chwilę później ów mentalny szkic zaczął się rozwiewać, a myśli rozjeżdżać w różnych kierunkach. Zdrętwiała mi noga i musiałam się poruszyć. Poza tym było mi chłodno i zaczęłam się zastanawiać, czy nie narzucić na siebie swetra. Mój ulubiony był w praniu – przypomniałam sobie – może zatem przykryć się kocem? Po trwałości i niezmienności góry nie było już ani śladu. Ze wstydem uświadomiłam sobie, że wróciłam myślami w prozaiczny, codzienny wymiar zaledwie po 
10 minutach medytacji. Tymczasem znajomy buddysta z Centrum Zen w San Francisco od wielu lat medytuje do 10 godzin dziennie, bez specjalnego wysiłku. Robert Thomas sześć lat swojego życia spędził w położonym na pustynnym odludziu Kalifornii Centrum Zen Tassajara Mountain, gdzie niezwykle rygorystycznie podchodzono do praktyk kontemplacyjnych. Jak twierdził, tylko tak intensywne i długotrwałe zanurzenie w „tu i teraz" pozwoliło mu w pełni zrozumieć ideę uważności. – W buddyzmie jesteśmy skoncentrowani na teraźniejszości, bo tylko w taki sposób możemy zrozumieć rzeczywistość – wyjaśnia Robert. – Nie poznamy tego, co nas otacza, ani przez przeszłość, która minęła, ani poprzez przyszłość, która dopiero nastąpi. Możliwe jest istnienie jedynie w czasie teraźniejszym, jedynie w danym momencie. Większość z nas jest jednak pogrążona w rozważaniach nad tym, co się już wydarzyło, albo nad tym, co dopiero może się zdarzyć.

Dodaje, że równie ważne, jak skoncentrowanie uwagi na „tu i teraz", jest skierowanie jej na inne byty i uświadomienie sobie, że jesteśmy jedynie skromną częścią większej całości. To uczy „uważności na innych". Pomaga zrozumieć otaczający świat. Czy zatem do zrozumienia tego, co nas otacza, niezbędne są setki godzin rozmyślania w izolacji? Robert podkreśla, że w buddyzmie ważny jest nie cel, ale dążenie do niego. Zatem właściwą drogą dla zagonionego, współczesnego człowieka może się okazać kilka minut wyciszenia dziennie.

Gosia Kierc z Mazlo, start–upu, który stworzył aplikację uczącą uważności, zaznacza, że wystarczą dwa–trzy tygodnie, by wykształcić w sobie nowy nawyk. Takim nawykiem może być właśnie krótka poranna lub wieczorna medytacja, która pozwoli z dystansu spojrzeć na kłopoty dnia codziennego. – Mindfulness to dla wielu niezwykle atrakcyjna idea – mówi. – Coraz częściej zdajemy sobie sprawę z tego, że bezmyślnie przemykamy przez życie i że warto się zatrzymać, rozejrzeć dookoła. Stąd pomysł na program, który może to ułatwić. Pomóc zwolnić obroty mają różne rodzaje medytacji. Jest wśród nich ćwiczenie oddechu, by stał się miarowy i spokojny. Jest „skanowanie ciała", kiedy – leżąc w wygodnej pozycji – świadomie rejestruje się sygnały płynące z organizmu, zauważa napięcia mięśniowe i stara się rozluźnić. Jest „medytacja jeziora", w czasie której wszystkie spostrzeżenia mają się odbijać w umyśle jak w toni wody, bez oceniania i osądzania. Jest kontemplacja dźwięków, podczas której – z zamkniętymi oczami – wychwytuje się bodźce dźwiękowe płynące z zewnątrz.

W drugiej części dwutygodniowego kursu zaczęłam dostrzegać pierwsze efekty „praktyki uważności". Myśli nie wpadały już w zwariowany galop i nie rwały jak szalone w różnych kierunkach. Toczyły się bardziej leniwie. Łatwiej było się skupić, zauważać szczegóły otoczenia. Po zakończeniu programu, jak wszyscy inni testerzy, wypełniłam formularz sondażowy. Napisałam, że stałam się bardziej uważna.

Chwila 2

Popołudniowe słońce rozleniwiało. Siedzieliśmy na tarasie, który kończył się łagodnym zejściem do wody. Przez niewielki głośniczek miły męski tenor, z arystokratycznym brytyjskim akcentem, namawiał do rozluźnienia się. – Przymknijcie powieki, jeżeli pomoże Wam to w rozluźnieniu się. O ile to możliwe, postarajcie pozbyć się wszystkich napięć, jakie możecie teraz odczuwać – nakłaniał głos. 
– Uśmiechnijcie się lekko i łagodnie i niech ten uśmiech pozostanie na twarzy do końca medytacji. Zanurzcie się w chwili obecnej. Za jakiś czas poczujecie, że wasz mózg chce skierować uwagę na inne tory. Przywoła wizje, fantazje i wyobrażenia. Uśmiechnijcie się wówczas delikatnie i przypomnijcie sobie, że to też stanowi część mindfulnessu. Po pięciu minutach medytowania otworzyłam oczy. Promienie słoneczne nadal padały z ukosa na taras. Na niebie wciąż nie było ani jednej chmurki. Wszystko było tak, jak przed kilkoma chwilami, ale też trochę inaczej. Wydawało mi się, że tę samą rzeczywistość postrzegam nieco wyraźniej, nieco ostrzej. Dostrzegłam, że po drugiej stronie kanału na wąskim skrawku trawy pasło się stadko dzikich gęsi, wysoko nad głowami przelatywały samoloty, a wokół drewnianego stolika krążyła z głośnym bzyczeniem wielka, tłusta mucha. – W skali od jednego do dziesięciu jaki był twój poziom stresu przed tą kilkuminutową obserwacją chwili? I jaki jest teraz? – pyta Michał. Odpowiadam, że najpierw sześć, teraz trzy, ale pewnie ten stan długo się nie utrzyma. Mój gospodarz kręci przecząco głową. Jest zdania, że się mylę. Przywołuje autorytet profesora Jona Kabata–Zinna, założyciela Kliniki Redukcji Stresu, uznanego powszechnie za ojca mindfulnessu w świecie zachodnim. Poprzez wieloletnie badania wykazał on, że wystarczy poświęcać choć kilka minut dziennie na skupienie i kontemplacje, by znacząco i długotrwale obniżyć poziom ciśnienia krwi, pozbyć się chronicznych bólów głowy czy zredukować napięcie. Wyniki badań były tak obiecujące, że w latach 70. Kabat–Zinn stworzył program zmniejszający stres, oparty na medytacji i jodze, który do tej pory stosowany jest w szpitalach na całym świecie.

Michał Wroczyński, założyciel i prezes firmy Laboratoria Sztucznej Inteligencji, jest przekonany, że efekty nawet krótkotrwałej medytacji nie znikają zaraz po jej zakończeniu. Cytuje jednego z nauczycieli mindfulnessu, który porównuje praktykę uważności do trenowania mięśni. Zwraca uwagę, że zarówno w przypadku ćwiczeń fizycznych, jak i tych mentalnych trzeba być konsekwentnym.

Fido Labs ma siedziby po obu stronach Atlantyku – w Trójmieście i Dolinie Krzemowej. Od niedawna gości w nich nauczyciel mindfulnessu. Pracownicy nazywają go żartobliwie „firmowym instruktorem szczęścia". Przyznają jednak, że jego pomoc jest nieoceniona, bo ułatwia nabieranie dystansu w sytuacjach, gdy naprawdę robi się nerwowo. – Kiedy coś nie idzie tak, jak iść powinno – mówi Wroczyński – mamy tendencję do samobiczowania się. Zaczynamy się krytykować i obwiniać. Stosujemy wobec siebie „mowę nienawiści". A przecież nie tędy droga. Mindfulness pozwala przywrócić właściwe proporcje wydarzeniom, na które reagujemy rozdrażnieniem czy frustracją. Pozwala wyłączyć cały ten szum myślowy. Dać szansę na bycie obecnym bez osądzania wszystkiego, co robimy. Możliwość oglądania świata takim, jaki jest. Czy taka filozofia zdaje egzamin w świecie biznesu? Mam wątpliwości, czy ludziom związanym z przedsiębiorczością opłacają się takie momenty „zawieszenia w teraźniejszości", kiedy inni gnają do przodu, bojąc się zatrzymać choć na sekundę, by nie prześcignęła ich konkurencja. – Aaa! Właśnie na tym to polega, by nie dać się bezmyślnie wciągnąć w wyścig szczurów – twierdzi prezes Fido Labs. Jego zdaniem życie i tak wymusza wieczny pośpiech. Nie da się też uciec od planowania, projektowania i robienia założeń dotyczących przyszłości. Można natomiast i trzeba – gdzieś po drodze – złapać oddech, naładować baterie. Dać odpocząć mózgowi, który często zmuszany jest do pracy na pełnych obrotach.

Takie nastawienie do „praktyk uważności" ma coraz więcej szefów firm. Nie tylko sami medytują, ale też fundują swoim pracownikom kursy mindfulnessu. Przestają obawiać się etykietki dziwaka, który – zamiast być twardym człowiekiem interesu – sięga po niestandardowe metody zarządzania zasobami ludzkimi, siadając z pracownikami do krótkiej medytacji na początku każdego dnia.

Słońce zaczyna kłaść delikatne cienie na wodzie. Łatwo zapomnieć, że przytulny dom z urokliwym ogrodem położony w malowniczym miejscu to nie prywatna rezydencja, ale siedziba Laboratoriów Sztucznej Inteligencji, firmy zajmującej się technologiami przyszłości, m.in. kompleksowym rozumieniem mowy ludzkiej przez komputer. – Ludzie, z którymi pracuję, muszą czuć się dobrze – uśmiecha się Michał Wroczyński. – Nie chciałbym mieć spiętych, rozdrażnionych pracowników. Zależy mi, żeby mieli komfort pracy. I dopowiada: – Mindfulness jest tu niezwykle przydatny. Pozwala zrozumieć, że przeszłości, która się wydarzyła, już nie ma, a przyszłości, która nie zaistniała, jeszcze nie ma. Nie ma co rozpamiętywać dawnych porażek czy martwić się tym, co nastąpi.

Chwila 3

Sala szybko wypełniała się ludźmi. Zajęte były już wszystkie miejsca siedzące. Za kilka chwil miały się zacząć warsztaty mindfulnessu. Po mojej prawej siedziała Tabitha. Co chwilę zerkała na zegarek i widać było, że zaczyna się niecierpliwić. – Mam nadzieję, że nie będzie opóźnienia – zwróciła się do mnie. Oczywiście ma świadomość, iż w „praktyce uważności" czas nie gra roli. Wie, bo niedawno przeszła na buddyzm. Wydaje jej się jednak, że za wolno osiąga kolejne sto