Miłość aż po tie break

Kiedy wracali z Japonii ze srebrnymi medalami mistrzostw świata, witały ich tłumy. Po siedmiu latach niewiele się zmieniło. Moda na siatkówkę w Polsce trwa. W ślad za nią idą coraz większe pieniądze.

Choć nie ma już argentyńskiego trenera Raula Lozano, który zmienił ich mentalność i pokazał, że mogą być najlepsi na świecie, polscy siatkarze dalej radzą sobie znakomicie. Z jego rodakiem Danielem Castellanim wygrali w 2009 r. mistrzostwa Europy, pierwszy raz w historii. Przed rokiem, już pod wodzą Włocha Andrei Anastasiego – komercyjną Ligę Światową, co też wcześniej im się nie zdarzyło. Słabsza gra i brak medalu na igrzyskach olimpijskich w Londynie (2012 r.) nie wpłynęła na stosunek do siatkarzy. Dalej są rozpieszczani przez kibiców, sponsorów i telewizję. „Polacy, nic się nie stało!" – ten okrzyk przeszedł już do historii. Słyszymy go nawet po dotkliwych porażkach.

– W Brazylii czy we Włoszech też kochają siatkarzy, ale tam sukces czy porażka przekłada się na intensywność tych uczuć. Jeśli przegrywają, miłość słabnie, a nawet zamienia się w niechęć. U nas kibic kocha bezwarunkowo – mówi Ryszard Bosek z legendarnej drużyny Huberta Wagnera, z którą wywalczył tytuł mistrza świata i złoty medal olimpijski. Bosek po latach został trenerem reprezentacji Polski, odnosząc z nią pierwsze spektakularne sukcesy w Lidze Światowej. Dziś jest ekspertem telewizyjnym i menedżerem.

Pytany, czy w latach 70. siatkarze też mieli tak dobrze jak dziś, odpowiada, że nie mogli narzekać. – Finansowo na pewno byliśmy na piedestale. Nie było wprawdzie nas tyle w mediach, świat za oknem też wyglądał inaczej. Byliśmy jednak rozpoznawalni i sławni. Mistrzów olimpijskich szanowano i doceniano. Okazywano nam to na każdym kroku – opowiada.

Kochamy seriale

Na mecze reprezentacji czeka się długo. Wcześniej jest sezon ligowy, który też cieszy się ogromnym zainteresowaniem, oraz klubowe puchary. Rozgrywki przypominają popularne seriale – o ich sukcesie decyduje nie tylko wysoki poziom, ale też powtarzalność widowiska. Wiadomo, kiedy i o której godzinie grać będą panowie, a o której panie. Nic dziwnego, że tak jak w czasach sukcesów Adama Małysza właśnie wtedy rosną słupki telewizyjnej oglądalności.

Serial z udziałem reprezentacji jest najbardziej wyczekiwany, a bilety na Ligę Światową sprzedają się jak świeże bułeczki. I tak jest od lat. Tak było m.in. podczas finałów tej imprezy w Katowicach, w 2007 r. Spodek wypełniony do ostatniego miejsca, same zyski z biletów przekroczyły 3 mln zł. A i tak nie dla wszystkich starczyło miejsc. Biało-czerwony, wielotysięczny tłum obok hali oglądający na telebimach rywalizację najlepszych drużyn świata, nastrój wspaniałej zabawy niezmąconej najmniejszym nawet incydentem robił nie mniejsze wrażenie niż to, co działo się w środku.

Wtedy jeszcze Polacy nie wygrali Ligi Światowej, zajęli czwarte miejsce. Dwa lata temu w pięknej, nowoczesnej Ergo Arenie pomiędzy Gdańskiem i Sopotem było nieco lepiej, nasi siatkarze stanęli na najniższym stopniu podium. Przed rokiem za historyczne zwycięstwo w Sofii odebrali milion dolarów. – Komercyjna Liga Światowa zrobiła wiele dobrego dla siatkówki. Nie od razu jednak ją doceniono – wspomina Bosek.

Wtedy jeszcze wygrana z Brazylią była sensacją. Dziś, kiedy Polacy grają z najbardziej utytułowanym zespołem w historii, nigdy nie wiadomo, jaki będzie wynik. W minionym sezonie Canarinhos przegrali z nami cztery z pięciu spotkań. To najlepiej świadczy o potencjale reprezentacji. Nic dziwnego, że wystarczyła iskra, by rozniecić płomień. Polski Związek Piłki Siatkowej wspólnie z Polkomtelem i telewizją to właśnie zrobili przed laty. – Medale panów i kobiet w prestiżowych imprezach dolały tylko oliwy do ognia. Polacy pokochali siatkówkę jeszcze mocniej i niech tak zostanie jak najdłużej – mówi Janusz Przedpełski, prezes PZPS, od niedawna wiceprezydent FIVB, Światowej Federacji Piłki Siatkowej. I przypomina znamienny fakt: kiedy złote dziewczyny Andrzeja Niemczyka w 2005 r. 
zdobywały w Zagrzebiu drugi tytuł mistrzyń Europy, ich finałowy mecz z Włoszkami oglądało w telewizji ponad 5 mln osób. Choć w tym samym czasie trwał... wieczór wyborczy.

15 lat temu, gdy Polacy zaczynali grę w Lidze Światowej, sukcesem były pojedyncze zwycięstwa, zaś świętem samym w sobie możliwość zmierzenia się z najlepszymi. W tym roku Polska organizuje mistrzostwa Europy (wspólnie z Danią), a w przyszłym – mistrzostwa świata. To impreza, jeśli chodzi o rozmach i inwestycje, porównywana z piłkarskimi mistrzostwami Euro 2012.

Prawo do organizacji mistrzostw świata zdobyliśmy pięć lat temu, jeszcze za rządów legendarnego prezydenta FIVB Rubena Acosty. Człowieka, który wymyślił Ligę Światową. Decydująca była jednak decyzja Polsatu, by za 20 mln dol. kupić prawa telewizyjne, wyprodukować sygnał i zostać współorganizatorem całej imprezy. Do tej pory takie praktyki stosowano tylko za sprawą brazylijskiej telewizji Globo (rynek Ameryki Płd.) i japońskiej Fuji (Azja).

Szczęściarze pod siatką

Mecz otwarcia przyszłorocznych mistrzostw świata Polacy zagrają na Stadionie Narodowym w Warszawie w obecności 70 tys. widzów. To już postanowione. Bruno Rezende, trener reprezentacji Brazylii, kiedyś rozgrywający Canarinhos, wspomina inny mecz z tak dużym udziałem kibiców – grał w Rio de Janeiro na Maracanie i spotkanie to obejrzało 90 tys. 
osób. Padał deszcz i było ślisko, mimo to będzie te chwile pamiętał do końca życia.

Na ogół jednak siatkarze grają w halach mogących pomieścić co najwyżej kilkanaście tysięcy widzów. Spotkanie na Stadionie Narodowym z pewnością będzie więc wydarzeniem na skalę światową, opisywanym i pokazywanym na wszystkich kontynentach. – To niesamowity pomysł. Na tak dużym obiekcie nie ma punktów odniesienia. Bez odpowiednio długiego treningu w takich warunkach nie będzie łatwo trafić w piłkę. Na pewno nie ustrzeżemy się błędów, ale myślę, że warto zapłacić taką cenę – ocenia Michał Winiarski, reprezentant Polski.

Dziś możemy sobie tylko wyobrazić, jak niezwykłe będzie to widowisko. Na pewno popłyną łzy wzruszenia i ciarki przejdą po plecach, gdy z 70 tys. gardeł wydobędzie się polski hymn, albo gdy zabrzmi „Pieśń o Małym Rycerzu". Najczęściej słychać ją, gdy polscy siatkarze mają problemy i trzeba im pomóc. I ta pieśń pomaga. Potwierdzają to sami zawodnicy. Mówią, że w takich chwilach nagle przybywa sił do walki i wszystko znów staje się możliwe. Rywale potwierdzają. Bo choć nie rozumieją słów, wiedzą, że dzieje się coś magicznego. – Polski kibic potrafi się na meczach bawić jak nikt inny. Cudownie, spontanicznie, ładniej niż Włosi czy Brazylijczycy. Dlatego każdy, kto choć raz to przeżyje, chciałby znaleźć się w takim kotle raz jeszcze. Tym bardziej że jest to najbezpieczniejszy kocioł na świecie. Nie znajdziesz w nim pijanych i chuliganów – podkreśla Ryszard Bosek.

Polska siatkówka to socjologiczny fenomen napędzany przez sprawnie funkcjonujące mechanizmy. W głównej mierze dzięki telewizji Polsat, która na pięciu kanałach pokazuje wszystko to, co w tej dyscyplinie najważniejsze. I dzięki sponsorom. Wszystko co dobre zaczęło się od Polkomtela, który wspomaga siatkówkę solidnie od kilkunastu lat (ostatnio po kilkanaście milionów złotych rocznie). Teraz dołączył Orlen, który dofinansowuje ją sumą 10 mln zł, do tego dochodzą całkiem spore dotacje rządowe.

Budżet samego PZPS szacuje się dziś na 60–70 mln zł, co pozwala wdrażać w życie nowe projekty, takie chociażby jak Akademia Polskiej Siatkówki stawiająca na edukację trenerów oraz Szkolne Ośrodki Siatkarskie zajmujące się rozwojem tej dyscypliny wśród młodzieży.

– Coraz więcej trenerów chce się uczyć – mówi Alojzy Świderek z Akademii Polskiej Siatkówki. – Mamy świetnych szkoleniowców obu reprezentacji, oni też nam pomagają. Zarówno Andrea Anastasi, trener męskiej drużyny narodowej, jak i Piotr Makowski, który mnie zastąpił w pracy z kobietami, są bardzo przychylni tym projektom.

Najlepsi na świecie

Lista zagranicznych asów, którzy grali w polskiej lidze, jest długa. Są na niej gracze wybitni, złoci medaliści olimpijscy i mistrzowie świata. Są też tacy, dla których gra w naszym kraju stała się przepustką do międzynarodowej kariery. Tak było chociażby z Felipe Fontelesem uznanym za najlepszego gracza ligowych rozgrywek. Dzięki znakomitym występom w Kędzierzynie znalazł miejsce w reprezentacji Brazylii i podpisał lukratywny kontrakt w Turcji.

Siatkarski interes wciąż się kręci, bo w tym światku są bogaci i bogatsi. Do krezusów należą Rosjanie i Turcy, a w rozgrywkach kobiet dochodzi jeszcze Azerbejdżan. Nieco mniej płacą w lidze włoskiej, do niedawna jeszcze najlepszej na świecie. Splendor związany z Serie A jednak pozostał, choć z pieniędzmi jest już gorzej. Mimo to Bartosz Kurek, najlepiej opłacany polski siatkarz, zdecydował się rozwiązać opiewający na 700 tys. euro kontrakt z Dynamem Moskwa, zamieniając go na o połowę gorszy z włoską Lube Banca Maceratą. W Polsce mógłby liczyć na podobne, jeśli nie wyższe wynagrodzenie. Szuka jednak nowych wyzwań i stąd ta decyzja.

– Jeśli naszych gdzieś chcą, to znaczy, że jest dobrze. Jeśli wyjeżdżają, to tylko potwierdzenie, że polska siatkówka jest silna – przekonuje Bosek, który jest też menedżerem wielu naszych czołowych zawodników, w tym właśnie Bartosza Kurka. – Najważniejsze, byśmy mieli jak najwięcej ich następców, by jak najwięcej Polaków grało w rodzimej lidze. Budżety czołowych polskich klubów są porównywalne z podobnymi na świecie. No może poza Rosją, bo tamtejsi sponsorzy gwarantują, że „pieniędzy jest zawsze tyle, ile trzeba".

Jeszcze nie tak dawno budżet najbogatszej w polskiej lidze Skry Bełchatów wynosił 4 mln zł. Teraz Resovia ma pięć razy więcej, niewiele mniej – Zaksa Kędzierzyn Koźle. A przecież światowy kryzys jeszcze nie minął. Trzeba więc uważać, żeby nie przesadzić z wydawaniem pieniędzy. Tego błędu nie ustrzegli się Włosi i teraz płacą za to utratą swych najlepszych zawodników.

Zawodnika można kupić. Ale to kibice są bezcenni. Wie o tym Wojciech Jędrzejewski, pomysłodawca filmu „Najlepsi na świecie". I mówi wprost: to oni są kołem zamachowym tego niezwykłego zjawiska, jakim jest sportowa i marketingowa pozycja polskiej siatkówki. – Ubrani w biało-czerwone stroje, które często sami sobie przygotowują, przychodzą na mecze z pieśnią na ustach. Nie ma w nich agresji. Jest za to szacunek dla przeciwnika i miłość dla swojej drużyny – mówi Jędrzejewski, którego opowieść o kibicach siatkówki została nagrodzona na festiwalu filmów sportowych w Mediolanie.

– Najważniejsze, że moda na siatkówkę trwa. Przybywa miejsc, gdzie młodzi ludzie trenują przez cały rok – dodaje Bosek. Pytany o zagrożenia, odpowiada krótko: – Trzeba być czujnym, nie upajać się sukcesami. Reprezentacja to samograj, ale musimy pamiętać o następcach.