Miesiąc miodowy w cieniu kryzysu

General Motors zatrząsł się w posadach. Afera z wadliwymi stacyjkami pochłonie miliardy. Czy mary barra, nowa szefowa koncernu, podoła zadaniom? Na pewno dostała duży kredyt zaufania.

miało być tak pięknie: gładka zmiana szefa General Motors. Najbardziej kontrowersyjne było to, że Dana Akersona zastąpiła Mary Barra. Kobieta. Teraz wszyscy zadają sobie pytanie: ile wiedziała na temat kłopotów czekających General Motors z powodu bezprecedensowej akcji przywoławczej? I że jej pracodawca będzie zmuszony do naprawy bądź przeglądu prawie 7 mln aut? Jednak najpoważniejszym zarzutem wobec motoryzacyjnego giganta nie jest sama konieczność napraw (to zdarza się każdemu producentowi). W wypadkach spowodowanych przez samowyłączającą się stacyjkę życie straciło 13 osób.

Głęboka woda

Po tym, jak pojawiły się pierwsze informacje dotyczące akcji przywoławczej GM, Mary Barra nie zostawiła żadnych wątpliwości. – Zajmę się tym osobiście – powiedziała. Wątpliwe, czy którykolwiek z jej poprzedników zdecydowałby się skoczyć na równie głęboką wodę. – To bardzo ryzykowna strategia – przekonuje Bill George, profesor Harvard Business School. – Nic jej nie da, jeśli będzie zrzucała winę na innych. Nie pomoże również to, gdyby ją wzięła na siebie.

Jego zdaniem jednak otwartość i szczerość zagrają na jej korzyść. Podobnego zdania jest Michael Watkins, profesor zarządzania w IMD z Lozanny. – Kiedy uderza kryzys, zmieniasz zarządzanie na tryb wojenny. To daje szansę liderowi wyrosnąć na prawdziwego generała – mówi. Dzięki temu Barra zyska pole manewru: może w GM zmienić, co chce, jak chce. I to w tempie, które w innych warunkach byłoby nie do osiągnięcia. A jeśli wyjdzie z kryzysu z twarzą, wszystkie argumenty będą po jej stronie.

Na początku stycznia odchodzący prezes General Motors Dan Akerson złamał tradycję i na swojego następcę namaścił nie samochodowego guru czy speca od obniżania kosztów, ale kobietę. To było zaskoczenie, ale głębokiego szoku udało się uniknąć. Jeszcze latem 2013 r. Akerson mówił, że nie zdziwiłby się, gdyby nie mężczyzna, ale kobieta pokierowała jednym z amerykańskich koncernów samochodowych. Wiadomo było, że ma na myśli albo GM, albo Forda (chociaż jego prezes nigdzie się nie wybiera, a Sergio Marchionne, prezes Chryslera i Fiata, dopiero się rozpędza).

Zdaniem analityczki rynku motoryzacyjnego Maryann Keller to właśnie Mary Barra ma wiele zalet, jakich szukali akcjonariusze Forda, wybierając na stanowisko prezesa Alana Mulally'ego. Tak samo jak Barra był spokojny, wiarygodny. Tyle że nie przyszedł do Forda z branży, tylko z Boeinga.

Miało nie być rewolucji

Początkowo nominacja 51-letniej Mary Barry, inżynier związanej z koncernem od lat, nie zapowiadała żadnej rewolucji. Może poza tą jedną: po latach, kiedy liczyły się przede wszystkim cięcia kosztów i finanse, właściciele GM zdecydowali się postawić na produkt. Zresztą właśnie za brak nacisku na produkt koncern był krytykowany przez inwestorów. Teraz to się miało zmienić. – Dajcie jej czas. Barra jest znakomitym wyborem, tylko musi sobie dobrać odpowiednich współpracowników – mówiła Maryann Keller, jedna z najbardziej znanych w USA analityczek rynku motoryzacyjnego. Teraz, po awanturze i upokorzeniach spowodowanych akcją przywoławczą, z pewnością będzie ich dobierać szczególnie starannie.

Miesiąc miodowy, kiedy Barra zmieniała eleganckie kostiumiki i fotografowała się na tle najnowszych modeli aut, trwał zaledwie kilka tygodni. Ładnie się uśmiechała, pokornie odpowiadała na najgłupsze pytania. Bo nie ma w sobie nic z typowych „korporacyjnych suk", które często robią karierę w światowym biznesie. Jest ich dokładnym przeciwieństwem.

Mary Barra, zanim zajęła najwyższe stanowisko w koncernie, odpowiadała za produkt GM na świecie. W samym General Motors spędziła 33 lata. Dla niej i jej ojca, który 39 lat przepracował w lakierniach koncernu GM, jest to więc firma rodzinna. Z wykształcenia jest inżynierem, ma doświadczenie z pracy na taśmie, odpowiadała za kontakty z dostawcami. Analitycy mówią krótko: ma wszystkie cechy przywódcy.

Zdaniem Dana Akersona tylko ona jest w stanie zakończyć w GM rewolucję kulturową, jaką on zaczął. Sam chętnie by to zrobił, m.in. dlatego planował odejście najwcześniej w połowie tego roku. Ustąpił 15 stycznia i wycofał się z biznesu z powodu choroby nowotworowej żony. „Promocja Barry na stanowisko dyrektora generalnego oznacza, że firma zostanie poddana kolejnym zmianom i zachęci inwestorów długoterminowych, którzy dotychczas byli sceptycznie nastawieni do zarządzającej GM elity finansowej" – napisał w swoim komentarzu Brian Johnson, analityk rynku motoryzacyjnego w Barclays.

Samochodowa dziewczyna

W branży samochodowej Barra nazywana jest „car gal", czyli samochodową dziewczyną. W odróżnieniu od „car guy", czyli facetów związanych z branżą motoryzacyjną, którzy dotychczas rządzili w Detroit. Jak ujawnił Akerson, rada nadzorcza głosowała jednogłośnie za jej kandydaturą.

Te wielkie oczekiwania i doskonała ocena nie wystarczyły jednak, żeby Barra dostała pensję identyczną co jej poprzednik. 14,4 mln dol., jakie z GM wpłyną w tym roku na jej konto, mogą się wydawać kwotą astronomiczną, ale stanowią jedynie połowę tego, co zarobił Akerson. Na wypłatę Barry składają się 1,6 mln dol. pensji podstawowej, 2,8 mln nagrody za realizację celów krótkoterminowych i 10 mln za cele długoterminowe. W komunikacie GM wyjaśnił, że wynagrodzenie Barry jest zgodne z zasadami obowiązującymi w firmie odnośnie do wypłat w jej grupie zatrudnienia z uwzględnieniem ryzyka, z jakim jest związane to stanowisko.

Koncern przekonuje, że ostatecznie to, ile zarobi Barra, będzie uzależnione od kondycji firmy. Analitycy dziwią się takim ograniczeniom i przypominają, że kiedy Akerson w 2010 r. obejmował stanowisko prezesa i dyrektora generalnego GM, nie miał żadnego doświadczenia w branży motoryzacyjnej. A kiedy słyszał, że auta jego koncernu nie są zbyt ekonomiczne, odpowiadał, że jego żona nie narzeka na rachunki w stacjach benzynowych. Tyle że stanowisko Akersona zostało podzielone na dwa – funkcja prezesa została oddzielona od dyrektora generalnego.

W Stanach Zjednoczonych pensja Barry była jednak powodem do wznowienia dyskusji na temat różnic w zarobkach kobiet i mężczyzn. Okazuje się, że absolwentka topowej uczelni w pierwszym roku pracy zarobi 82 proc. tego co jej kolega, z którym wspólnie opuściła uczelnię. Dotyczy to zwłaszcza firm inżynieryjnych, IT oraz doradztwa biznesowego. Ta różnica jest jeszcze większa, kiedy obydwoje pracują w pełnym wymiarze godzin. Wówczas ona zarobi tylko 77 centów wobec każdego dolara wypłaconego jemu. W swoim przemówieniu do narodu Barack Obama otwarcie powiedział, że takie dane są zawstydzające. Na sali siedziała wtedy m.in. Mary Barra, która była gościem Michelle Obamy.

Szukanie winnych

Nie wiadomo, kto ostatecznie zostanie uznany za winnego gigantycznej akcji przywoławczej, która będzie kosztowała GM miliardy dolarów. Na razie nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak ten skandal wpłynie na wielkość sprzedaży koncernu. Sama Mary Barra musiała przejść pierwsze upokorzenie w amerykańskim Kongresie, gdzie była ostro wypytywana o szczegóły. Kongresmeni robili wszystko, żeby sprowadzić ją na kolana. Traktowali ją tak samo jak prezesa Toyoty Akio Toyodę który tłumaczył się z ukrywania przez jego firmę problemów z blokującymi się wycieraczkami. Toyota musiała wtedy ogłosić akcję dla ponad 10 mln aut – największą z dotychczasowych na świecie. Nie brakowało wówczas podejrzeń, że Japończycy zostali ukarani także za wzrost sprzedaży na amerykańskim rynku. I to w czasie, gdy koncerny amerykańskie miały kłopot z pozyskaniem klientów. Ostatecznie Toyotę ukarano kwotą 1,2 mld dol. (musiała także zapłacić odszkodowanie), GM oraz Chrysler skorzystały z pomocy państwa i tylko Ford zdołał wyjść z kłopotów o własnych siłach.

– Pani po prostu nic o niczym nie wie – grzmiał jeden z kongresmenów, kiedy Barra cierpliwie tłumaczyła, w jaki sposób GM zamierza się uporać z wadliwymi stacyjkami. Inni grozili dochodzeniem kryminalnym. Wypominali, że GM po prostu ma zwyczaj zamiatania skandali pod dywan. I starali się dociec, dlaczego nikt nie został zwolniony z powodu tego skandalu. Mary Barra długo brała winę na siebie, chroniąc innych pracowników. Potem jednak przyznała, że inżynier Ray DeGiorgio, który w dużej mierze powinien zostać obciążony odpowiedzialnością, skłamał pod przysięgą. Niestety, nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego DeGiorgio zachował stołek w GM.

Konsumenci zwykle szybko wybaczają producentom. Jeśli jednak z powodu wadliwie działającego zapłonu zginęli ludzie, a producent starał się to ukryć, klienci tracą całą swą wyrozumiałość. Jednocześnie warto pamiętać, że posada szefa GM do stabilnych nie należy. Mary Barra jest piątym dyrektorem generalnym w ciągu ostatnich pięciu lat. Na razie, mimo wielkich kłopotów koncernu, inwestorzy nie stracili zaufania ani do GM, ani do szefowej. Kręcą wprawdzie głowami, zastanawiając się, dlaczego GM nie próbował uporać się z problemem, kiedy był on o wiele mniejszy, jeszcze w 2001 r. Tyle że był to zupełnie inny koncern – królestwo wielkiego amerykańskiego macho Ricka Wagonera.

Inwestorzy kupują akcje GM – ich zdaniem nadal są tanie. W podtekście oznacza to wiarę w to, że pani inżynier z Detroit sobie poradzi.