Miasta na kozetce

Nie tylko ludziom doskwierają kompleksy. Do psychoanalityka musiałaby się wybrać większość polskich miast. Prawie każde ma kompleks krakowskiego rynku – marzy o placu z kamienicami i fontanną, nawet jeśli nie ma średniowiecznych korzeni. Te większe, aspirujące do rangi metropolii, śnią o własnym Manhattanie. Choć królują w nich bloki z PRL-u.

Architektura jest zawsze odbiciem aspiracji ludzi ją budujących, ale również ich lęków, obsesji, kompleksów. Dzisiejsze obwarowane osiedla strzeżone czy rezydencje nasuwają myśl, że nasza bogacąca się klasa średnia czuje się bardzo niepewnie ze swoją świeżo zdobytą pozycją społeczną i materialną. Choć w Polsce wskaźniki przestępczości spadają, to jednak naród grodzi się na potęgę.

Ale gdy jeżdżę po kraju, dostrzegam więcej przykładów, które wymagałyby leczenia u psychoanalityka. Nasze miasta są bardziej zakompleksione niż typowy pryszczaty nastolatek. Odwieczna wojna na linii Kraków–Warszawa jest ewidentnie oparta na grze kompleksów. Kraków – że stracił swoją dominującą pozycję, Warszawa – że nie jest tak stara, szacowna i mieszczańska. W tych kompleksach obu miast dostrzegam w ostatnich latach pewien zwrot. Warszawa i, co za tym idzie, warszawiacy coraz mniej zazdroszczą Krakowowi jego wysokiej kultury. Jakby nie było, stolica zaczyna wyprzedzać inne duże polskie miasta o kilka długości – ekonomicznie, ale też pod względem jakości wielkomiejskiego życia – przez co ma coraz mniej kompleksów. A że nie jest tak poukładana jak Wrocław czy Poznań – trudno. I tak to do niej przyjeżdżają ludzie za chlebem, karierą. Bo w końcu Warszawa to miasto „wielu predyspozycji", jak powiedziała bohaterka jednego z seriali opiewającego światowość stolicy.

Ale kompleksy to domena maluczkich. Najlepiej chowają się one na prowincji. Od morza do Tatr polskie mieściny chorują na kompleks krakowskiego rynku. Każdy burmistrz śni o pięknym placu przed ratuszem – takim z brukiem, stylizowanymi latarniami i – rzecz obowiązkowa – fontanną podświetloną LED-owo (na tęczowo, a jakże!). Można tu wymienić litanie miast i miasteczek, które w ostatnich latach „zrobiły" sobie rynek. Nierzadko na gołym pniu, nie mając korzeni średniowiecznych, jak chociażby Ruda Śląska – miasto do cna przemysłowe. Rynek powstał w miejscu skweru pomiędzy magistratem, kościołem a blokiem z lat 60. Wycięto w pień drzewa, zieleń zastąpiła „patelnia", upragniony reprezentacyjny plac z migającą fontanną. Bo niestety kompleksowi rynku często towarzyszy syndrom wybetonowanej pustyni. Nawet tak duże miasto jak Częstochowa, choć ma i Stary Rynek, zafundowało sobie „lotniskowiec" przy okazji przebudowy placu Biegańskiego, znajdującego się na osi alei Najświętszej Maryi Panny. Powstała wielka i pusta przestrzeń, praktycznie bez ławek, atrakcji, czegokolwiek – nic, tylko podziwiać architekturę wokół.

W ten sposób, budując rynki, budowniczowie często wycinają życie, które wcześniej było w ich miejscu. Rynki leczą nasze poczucie niższości, więc muszą być urządzone na bogato jak salony w willach nuworyszy. W moich rodzinnych Mysłowicach, choć rynek sięga swoją historią średniowiecza, to jednak miał spory mankament – dziurę w północnej pierzei po wyburzonych w PRL-u kamienicach. W trakcie ostatniej modernizacji pomysłowo domknięto plac... atrapami kamienic ze stalowych rur. Powstały duchy budynków z wiszącymi w powietrzu oknami, zarysem dachów, a nawet wieżyczek. Surrealistyczny żart? Za pieniądze podatników władze miasta postanowiły kuriozalnie uleczyć swoje małomiasteczkowe kompleksy. Dla mnie ten stelaż to trochę taki tupecik przykrywający łysinę. Mysłowice są w coraz większym kryzysie i niestety dla miasta lepiej będzie, jak ogłosi upadłość i zostanie pochłonięte przez jego większego sąsiada – Katowice.

W Głogowie pomysłowi architekci zadbali o większy realizm. Miasto, z którym historia obeszła się okrutnie – w 1945 r. zostało zniszczone w 95 proc. przez wojska radzieckie – do dziś boryka się z kompleksem braku prawdziwie historycznej starówki. Wyrastają w niej nie tylko domy udające szacowne kamienice, ale nawet... historyzujące dyskonty. Jeden z nich ubrano w realistyczną atrapę pierzei ze szczytami kamieniczek. Oszustwo wychodzi na jaw, gdy budynek widzi się od parkingu. Można się poczuć jak w miasteczku na Dzikim Zachodzie, gdzie za wystawnymi frontami kryły się zwykłe budy. Z tą różnicą, że w Głogowie mamy stodołę marketu.

Utyskuję na kompleksy, ale to one pchają włodarzy do inwestycji w budowę przestrzeni publicznych, co w czasach, kiedy życie przenosi się pod dachy prywatnych centrów handlowych, jest i tak lepsze niż nic. Niestety, przez te kompleksy nowe „salony" miast są nieszczere, udają starsze, niż są naprawdę, królują pseudostarówki ze stylizowanymi latarniami, gdzie reprezentacyjność jest ważniejsza od wygody i skali dla zwykłych ludzi. Tak było przy przebudowie pl. Nowy Targ we Wrocławiu, gdzie kamienne ławki ustawiono w kompozycji ładnie prezentującej się chyba z kosmosu, ale z poziomu pieszego odległości między nimi są tak duże, że aby pogadać z kimś obok, trzeba używać telefonu komórkowego.

Największym jednak kompleksem jest oczywiście ten dotyczący rozmiaru. Każde miasto śni o największym wieżowcu. Dyskusje o Manhattanie albo city wypełnionym wieżowcami co rusz powracają w Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu. W zasadzie każde duże miasto mierzy wysoko. Ten wyścig przypomina trochę przechwałki facetów w szatni – nie prowadzi do niczego mądrego. Polskie miasta, nawet te duże, nie są tak wielkie (z wyjątkiem Warszawy), by czynnik ekonomiczny czy gęstość zabudowy wymuszała budowę drapaczy chmur, jak jest to w Nowym Jorku czy Szanghaju. Taki Sky Tower we Wrocławiu, wystający ni stąd, ni zowąd w przypadkowym miejscu, to obraz nie dynamicznego rozwoju miasta, ale raczej leczenia kompleksów przez włodarzy czy nawet bardziej dewelopera (wieżowiec zbudowała firma LC Corp SA).

Czy jest szansa na narodową terapię polskich miast? Jako kraj na dorobku, z rozchwianą tożsamością i niskim poczuciem własnej wartości – jesteśmy wręcz skazani na kompleksy. Zamiast leczenia wciąż fundujemy sobie, dzięki strumieniowi pieniędzy z Unii, kolejne pseudorynki z granitu. Już wkrótce każda wieś będzie miała swój odpicowany salon. W końcu Polska to kraj wyłącznie szlachetnie urodzonych mieszczan. Chłopi przybyli do nas ze Wschodu.

Marcin Szczelina jest krytykiem architektury i kuratorem licznych wystaw architektonicznych.