Melancholia utaneczniona

Formacja Editors to bez wątpienia jeden z najbardziej popularnych współczesnych zespołów z Wysp Brytyjskich, będący czołowym przedstawicielem tak zwanego indie rocka, który, jak się okazuje, może mieć wiele odcieni.

W tym konkretnym przypadku odcień jest bardzo elektroniczny. Istniejący od 10 lat, założony przez Toma Smitha, Edwarda Laya i Russella Leetcha zespół przy okazji swojej najnowszej płyty zatytułowanej „In Dream" przeszedł kolejną odważną metamorfozę brzmieniową, która paradoksalnie może mu przysporzyć jeszcze więcej fanów i ponownie ugruntować jego i tak bardzo wysoką pozycję w muzycznym świecie.

Po znakomitym debiucie z 2005 r., „Back Door", który sprzedał się w prawie milionowym nakładzie, zespół stał się międzynarodową gwiazdą, jeździł w wielomiesięczne trasy, nagrywał kolejne płyty, przechodził typowe dla rockowych zespołów kryzysy i przemeblowania składu, co jednak nie przeszkodziło mu zdobywać coraz większej popularności.

Pierwszy sygnał, że porównywana do współczesnego rockowego Joy Division grupa skręci w elektroniczną stronę, pojawił się przy trzecim albumie „In This Light and on This Evening" z 2009 r. ze słynnym utworem „Papillon". Rewolucja brzmieniowa spowodowała rozstanie z jednym z założycieli formacji, Chrisem Urbanowiczem, i dokooptowanie dwóch nowych członków zespołu, z którymi powstała paradoksalnie bardzo rockowa „The Weight of Your Love". Zespół przestał być porównywany do Joy Division i zaczął przypominać U2 lub nawet R.E.M. W moim odczuciu brzmiało to dość epigońsko, ale dla rosnącej rzeszy fanów nie miało to żadnego znaczenia, o czym zresztą świadczyła sprzedaż płyty i kolejne koncerty.

Na szczęście najnowszy album przynosi kolejną bardzo udaną woltę brzmieniową, a gitary definitywnie zostają zawieszone na kołkach. Tom Smith wraz z kolegami i – o dziwo – bez producenta zamyka się na kilka dobrych tygodni w studiu na odludnym, wietrznym i mroźnym zachodnim wybrzeżu Szkocji. Efektem tej izolacji jest chyba najlepszy album Editors o adekwatnym dla zawartości tytule „In Dream", ukazujący odważnie nowe synthpopowe i wręcz taneczne, choć nadal bardzo melancholijne i lekko depresyjne oblicze zespołu.

Odniesienia do epoki electro lat 80. są tu ewidentne, pojawiają się różne tropy, które proponuję odkrywać samemu, a wokalista czaruje nas swoim raz to głębokim barytonem, a raz charakterystycznym, atrakcyjnym falsetem. Jest surowo i mrocznie („No Harm", „The Law"), marzycielsko i romantycznie („Ocean of Night"), 
tanecznie i przebojowo („Life Is a Fear" i „Our Love"), patetyczno–pre-
tensjonalnie w „Salvation" i monumentalnie w finalizującym płytę „Marching Orders".

Brak producenta i zdanie się tylko na własne siły wyszło Editorsom na dobre. To imponująca brzmieniowo i dojrzała artystycznie płyta, która dowodzi, że często wyśmiewane lata 80. były jednak w historii muzyki rozrywkowej bardzo twórcze, progresywne i po prawie czterech dekadach są nadal niezwykle inspirujące dla współczesnych artystów.

Przy okazji najnowszej propozycji Editors warto również wspomnieć o świetnej grafice oraz czarno–białych teledyskach autorstwa Irańczyka Rahi Rezvaniego, który kompleksowo stworzył nowy, oryginalny, bardzo konsekwentny i atrakcyjny wizerunek zespołu. Słucha się i ogląda nowych Editorsów z wielką przyjemnością pomieszaną z nostalgią, a to, że czasami brzmią na tej płycie jak Pet Shop Boys na silnej kuracji antydepresyjnej, dodaje jej tylko perwersyjnego uroku.

„In Dream", The Editors