Matka Eleonora od supermarketów

Imionami swoich synów Piotra i Pawła nazwała sieć sklepów. Pierwsze zakładali wspólnie na początku lat 90. Dzisiaj Eleonora Woś jest właścicielką ponad setki supermarketów, które przynoszą wielomilionowe zyski. Ale jedno się nie zmieniło: wciąż osobiście dogląda interesu.

Gdyby nie jej zmysł obserwacji i żyłka ryzykanta, prawdopodobnie nie powstałaby jedna z najpopularniejszych sieci supermarketów w Polsce. Początki wielkiego biznesu były jednak skromne. Zaczęło się od tego, że Eleonora Woś dowiedziała się o licytacji atrakcyjnego 60-metrowego lokalu przy ruchliwej ul. Głogowskiej w rodzinnym Poznaniu. Podliczyła oszczędności – w sumie tysiąc dolarów. Kolejne 4 tys. pożyczyła z banku i... wygrała przetarg. Pod koniec października 1990 r. otworzyła z synami Piotrem i Pawłem pierwszy sklep spożywczy. Czuła wówczas, że po upadku PRL-u najszybciej będzie rósł popyt właśnie na żywność.

Jednak decyzja o prowadzeniu własnego biznesu wywróciła dotychczasowe życie do góry nogami. Eleonora Woś rzuciła spokojną (i nudną) pracę w spółdzielni mieszkaniowej, Piotr 27-letni wówczas inżynier i kierownik budowy, oraz Paweł, 21-letni kucharz w hotelu Merkury, też na dobre rozstali się ze swoimi zajęciami. – Na początku nigdy nie ma gwarancji, że się uda. Ale już po miesiącu wiedzieliśmy, że klientom spodobała się nasza koncepcja sklepu spożywczego, w którym mogli kupować więcej towarów i w odpowiedniej atmosferze. W tamtych latach była to prawdziwa rewolucja – wspomina.

Jak świeże bułeczki

Całą energię i siły skierowała z synami na uruchomienie sklepu. Razem z nimi spędzała w pracy całe dnie. Zdarzało się, że nocowała na polówce, bo do domu nie opłacało się wracać. Większość czasu pochłaniało znalezienie dostawców, transport, rozliczenia. Po towar Piotr i Paweł jeździli dziesięcioletnią nyską. Kupowali na giełdach owocowo-warzywnych, od prywatnych producentów, a niekiedy w Niemczech. – Przez pierwszy rok sami codziennie o piątej rano odbieraliśmy z piekarni pieczywo, aby tuż po otwarciu sklepu o 6 rano na klienta czekały świeże bułki i chleb. Takie podejście było nowością – opowiada bizneswoman.

Właściciele sieci Piotr i Paweł unikają rozgłosu, stronią od mediów. i bardzo dbają o to, by nic się nie zmieniło. By firma pozostała w rękach rodziny.

Ona sama dodatkowo zajmowała się sprawami personalnymi: tworzyła standardy obsługi klienta i szkoliła personel. A czasem po prostu układała towar na półce. Początki rozkręcania własnego biznesu wspomina jednak z olbrzymim sentymentem. – To była żywiołowa, ale też wspólna praca. Rozumieliśmy się bez słów. Każdy z nas robił to, co najlepiej potrafił, konsultując się, gdy pojawiały się wątpliwości – mówi.

Bez doświadczenia? I dobrze!

Chcąc wyróżnić się na rynku jakością i różnorodnością asortymentu, sprowadzali luksusowe i niedostępne w polskich sklepach produkty, np. batony czy czekolady. – Towar schodził dosłownie na pniu, codziennie sprzedawaliśmy po kilkanaście kartonów – chwali się Piotr Woś, dziś prezes sieci supermarketów. W krótkim czasie ich pierwszy sklep stał się tak popularny, że na zakupy do niego przyjeżdżali mieszkańcy z najdalszych dzielnic Poznania. A rodzina zachęcona tymi sukcesami ruszyła na dalszy podbój rynku.

W 1991 r. do biznesu dołączyła córka pani Eleonory Magdalena. Wtedy też przedsiębiorczy poznaniacy otworzyli drugi, pięciokrotnie większy sklep o powierzchni 300 mkw. Klientów nie brakowało. Ludzie przychodzili z ciekawości i w poszukiwaniu trudno dostępnych wtedy na rynku produktów. Kolejne lata były okresem intensywnego rozwoju, w którym nowe sklepy powstawały jak grzyby po deszczu. Pięć lat po otwarciu pierwszego punktu Wosiowie otworzyli całodobowy supermarket Piotr i Paweł. I był to strzał w dziesiątkę.

W 1998 r. poszli jeszcze dalej i stworzyli centrum handlowe Piotr i Paweł o powierzchni 4 tys. mkw, składające się z supermarketu, sklepu muzycznego, perfumerii oraz dziewięciu boksów handlowych. Świetne wyniki zachęciły rodzinę, by włożyć zarobione pieniądze w kolejne sklepy i rozwój sieci franczyzowej. Partnerzy inwestowali swoje środki, a poznańska firma zapewniała dostawy, know-how i markę. W 2003 r. przyszedł czas na kolejną rewolucję – zakupy przez internet. Dziś sieć Piotr i Paweł ma 106 supermarketów w 60 miastach w całym kraju. Miesięcznie robi w nich zakupy 5 mln klientów.

Założyciele zgadzają się co do jednego: wielki wkład w ich sukces mieli pracownicy. – Nie wiadomo kiedy stali się dla nas drugą rodziną. Bez ich wsparcia trudno byłoby rozwijać firmę. Niektórzy do dziś z nami pracują – przekonuje Eleonora Woś. Choć początkowo dużo ryzykowali: postawili na obsługę bez doświadczenia. – W czasie transformacji nie chcieliśmy pracowników ze złymi nawykami, woleliśmy sami porządnie ich wyszkolić – tłumaczy Paweł Woś, wiceprezes odpowiedzialny do niedawna w firmie za prace departamentu technicznego. Do dziś zresztą rodzinne przedsiębiorstwo stawia szkolenia na pierwszym planie i regularnie je prowadzi. Nad ich organizacją oczywiście czuwa Eleonora Woś.

Drogi stereotyp

„15 tys. produktów. Taniej, niż myślisz" – to hasło reklamowe ma uświadomić klientowi, że ma do czynienia z siecią dla każdego.

Czy to naprawdę konieczne? – W pewnym sensie – odpowiada założycielka. I przyznaje: chce przełamać stereotyp, że Piotr i Paweł to drogi sklep. – Tymczasem ładne wnętrze, wyposażone w dobrej jakości meble, pełne towarów półki i fachowa obsługa doprowadziły do tego, że to miejsce odbierane jest jako droższe od innych. Mimo że ceny mamy porównywalne do rynku sieci spożywczych, a nawet często niższe – przekonuje bizneswoman.

Nic więc dziwnego, że firma walczy o klienta na różne sposoby. Dla osób chcących kupować żywność ekologiczną ma produkty niskocukrowe, niskotłuszczowe, sojowe czy bezglutenowe. Jest obecna na Facebooku, YouTubie i Instagramie. Właściciele stworzyli aplikację mobilną na telefon, która na bieżąco pozwala sprawdzać promocje, korzystać z wirtualnej karty rabatowej, tworzyć listy zakupów czy trafić do każdego ich sklepu dzięki wbudowanemu modułowi nawigacyjnemu. Wydają też bezpłatne pismo „Spiżarnia Smaków", w którym znani kucharze i blogerzy dzielą się przepisami i inspirują do eksperymentowania w kuchni. Oryginalnym pomysłem wprowadzonym przez panią Eleonorę jest huczne obchodzenie co roku w czerwcu imienin Piotra i Pawła. – Lubimy podróżować. Podpatrujemy wtedy, co robią zagraniczne sieci. Uczymy się od nich. Obserwujemy zachowania klienta na innych rynkach, czasem dużo bardziej rozwiniętych – tłumaczy.

Tak jak na początku, również dziś firma jest rodzinnym biznesem. Najważniejsze stanowiska zajmują synowie. Piotr jest prezesem zarządu. Paweł, jego zastępca, czuwa nad pracą departamentu jakości i wyposażenia sklepów. Nawet córka Magda prowadzi z mężem kilka supermarketów w Poznaniu. A nestorka rodu, choć od kilku lat mogłaby odpoczywać na emeryturze, przewodniczy radzie nadzorczej. Oprócz tego systematycznie odwiedza sklepy w całej Polsce. – Czuję potrzebę bycia blisko pracowników, bo to na nich ciąży ogromna odpowiedzialność budowania wizerunku sieci. Staram się wspierać ludzi swoim doświadczeniem – mówi. Jednocześnie przyznaje, że nadal często prowadzi z synami rozmowy na tematy biznesowe. I zdarza się, że przeradzają się one w burzliwe dyskusje.

Mimo ponad setki supermarketów i imponujących obrotów, które w 2013 r. wyniosły 1 mld 927 mln zł (wzrost o 4,7 proc. w stosunku do 2012 r.), poznańska rodzina nie zamierza spoczywać na laurach. Zakłada, że w samym roku 2014 uruchomi 20 kolejnych placówek.

Właściciele Piotra i Pawła nie zabiegają o rozgłos, czasem nawet świadomie go unikają. Zwykle stronią od mediów. Ale nie od ludzi. Regularnie biorą udział w zbiórce żywności Federacji Banków Żywności bądź Caritasu. Natomiast w 2010 r. założyli Fundację Piotr i Paweł „Radość Dzieciom". – Pomagamy osobom chorym, a także tym uzdolnionym, które potrzebują wsparcia finansowego. Ostatnio mocno rozwijamy program „Orzełki" wspierający utalentowane dzieci – wylicza Piotr Woś.

Gwiazda Jakości Obsługi, Laur Klienta czy Superbrand Polska. W tym roku doszedł Złoty Orzech dla osobowości w handlu. Te wyróżnienia cieszą, ale Eleonora Woś podchodzi do nich ze sporym dystansem. – Sukces nie jest dany raz na zawsze – tłumaczy. A pytana o marzenia, odpowiada bardzo ostrożnie: – Aby nic się nie zmieniło, aby firma pozostała rodzinna.