Lwy są niezniszczalne

Podobno domowe koty mają dziewięć istnień. Nie mogą jednak konkurować z lwami. Wystarczy przyjrzeć się historii firmy z najsłynniejszym logo w branży filmowej – ryczącym lwem. Losy Metro-Goldwyn-Mayer to nie tylko znakomite produkcje, lecz także dzieje walki o przetrwanie. Dotychczas nierozstrzygniętej.

Początki MGM to również początki Hollywood. Historia studia należy więc do swoistej mitologii Fabryki Snów. W lutym mit ten skończył 100 lat.

Otóż w 1914 r. w szopie pod Los Angeles został nakręcony pierwszy pełnometrażowy film fabularny w USA – „Mąż Indianki" (The Squaw Man), który był jednocześnie debiutem reżyserskim jednej z najznakomitszych postaci w dziejach kina, Cecila B. DeMille'a. Producentami westernu z elementami melodramatu zostali Samuel Goldfish (właściwie Szmul Gelbfisz, później znany jako Samuel Goldwyn), pochodzący z Warszawy biznesmen handlujący damską odzieżą, jego szwagier Jesse Lasky (później jeden z założycieli Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej, odpowiedzialnej oczywiście za Oscary) oraz Arthur Friend. Wspólnie założyli firmę Jesse Lasky Feature Play Company, która już niedługo miała stać się Paramount Pictures, jedną z największych i najważniejszych amerykańskich wytwórni.

Więcej gwiazd niż na niebie

Ale na razie Hollywood jeszcze nikomu nie kojarzyło się z przemysłem filmowym. I niewiele brakowało, by Fabryka Snów powstała zupełnie gdzie indziej. „Mąż Indianki" tymczasem okazał się przebojem kasowym. Goldfish został co prawda wygryziony ze spółki przez szwagra, ale obrotny warszawiak wiedział już, że nie wróci do przemysłu odzieżowego. Wkrótce założył kolejną spółkę z Edgarem Selwynem, producentem teatralnym z Broadwayu. Nazwa ich firmy – Goldwyn Pictures Corporation – została utworzona od nazwisk obu wspólników. Niedługo okazało się jednak, że Selwyn nie przywiązuje dużej wagi do przyjaźni i Goldfish po raz kolejny został wypchnięty z firmy. Tym razem nie przejął się jednak specjalnie i... zmienił nazwisko na Goldwyn, by natychmiast założyć nową firmę Samuel Goldwyn Production. Tymczasem Goldwyn Picture Corporation bez jednego ze swoich założycieli działała jeszcze przez kilka lat i zapisała się w historii kina przede wszystkim czołówką z ryczącym lwem, którą znamy do dziś. W 1924 r. została przejęta przez Marcusa Loewa, właściciela sieci kin, który wpadł na pomysł, by zamiast kupować repertuar od innych, po prostu produkować filmy. W tym właśnie celu wykupił kolejne studia: Metro Picture Corporation i Louis B. Mayer Picture. W ten sposób powstał MGM – Metro-Goldwyn-Mayer. Louis Mayer (właściwie: Lazar Meir, pochodzący z Mińska Litewskiego), chociaż nie miał udziałów w nowym przedsiębiorstwie, został jego dyrektorem. I już w 1925 r. wspólnie z szefem produkcji Irvingiem Thalbergiem stworzył z MGM największe studio Hollywood. Jak? Przejmując Goldwyn Picture Corporation, Marcus Loew „odziedziczył" wlokącą się od miesięcy, filmowaną w Rzymie superprodukcję – pierwszą, niemą wersję „Ben-Hura".

Mayer natychmiast zwinął zdjęcia we Włoszech i skończył film w Culver City. Obraz okazał się niebywałym sukcesem, a MGM błyskawicznie zdobył palmę pierwszeństwa wśród hollywoodzkich studiów, dystansując dotychczasowego lidera – Universal.

Udało mu się zachować tę pozycję przez ponad 30 lat. Głównie dzięki rozsądnym zasadom zarządzania wprowadzonym przez Mayera oraz wyczuciu masowych gustów. Mottem studia stało się kultowe zdanie „More stars than there are in heaven" (Więcej gwiazd niż na niebie). Mayer słusznie założył, że ludzie przychodzą do kina, żeby zobaczyć ulubionych aktorów. W stajni MGM byli zatem: Greta Garbo, Norma Shearer, Clark Gable, Joan Crawford, Judy Garland, Mickey Rooney, Myrna Loy, Nelson Eddy, Jeanette MacDonald, James Stewart i wielu innych. Mayer wierzył również, że ludzie oczekują, iż filmy przeniosą ich do innego świata, pomogą zapomnieć o codziennych troskach. To przeświadczenie sprawdziło się zwłaszcza w czasach wielkiego kryzysu – MGM był jedną z nielicznych firm, które wówczas wypłacały swoim udziałowcom dywidendy.

Równia pochyła

Studio produkowało kinowe hity przez kolejne dekady, aż do lat 60. ub.w. Wtedy powstało kilka spektakularnych i niezwykle drogich... klap. Co poszło nie tak? Wytwórnia MGM stała się ofiarą własnego sukcesu: zgubiło ją przekonanie, że jest w stanie co roku wyprodukować hit, z którego zyski pokryją z nawiązką straty przynoszone przez inne produkcje. Ludzie, którzy zarządzali firmą po Mayerze (ten został zwolniony w 1951 r.), nie mieli ani jego rozsądku, ani wyczucia gustu publiczności. Zwłaszcza młodszej. Uznali na przykład, że dochodowym pomysłem będzie robienie remake'ów znanych już hitów. Kolejne wersje „Jeźdźców Apokalipsy", „Buntu na Bounty" czy „Króla Królów" były potwornie drogie, robione z rozmachem. I nikt ich nie chciał oglądać.

Pod koniec lat 60. przez rok studiem kierował Kanadyjczyk Edgar Bronfman – inwestor i producent słynnego ginu Seagram's. Bronfman zapisał się w historii kina tym, że jego syn został szefem Universal Pictures. On sam zaś sprzedał MGM ekscentrycznemu milionerowi z Nevady – Kirkowi Kerkorianowi. Pracownicy, którzy myśleli, że gorzej już być nie może, przekonali się, że nie należy się przywiązywać do tej oceny sytuacji. Kerkorian i jego prawa ręka James Aybrey zachowywali się, delikatnie mówiąc, nierozważnie. Na początku swoich rządów wyprzedali legendarne magazyny wytwórni z bezcennymi rekwizytami i kostiumami w Culver City. Pod młotek poszły nawet kapcie, które Judy Garland nosiła w „Czarnoksiężniku z Oz".

Sprzedam, kupię, sprzedam...

Jednak już rok później dla odmiany stwierdzili, że muszą wrócić do produkcji filmów. Przy okazji Kirk Kerkorian wykorzystał nazwę MGM dla „ochrzczenia" swojego Grand Hotelu w Las Vegas, w którym znajdowało się też największe swego czasu kasyno na świecie. W 1981 r. Kerkorian w napadzie kolejnej wizji biznesowej wykupił United Artists. Nowa firma nosiła nazwę MGM/UA Entertainment Company.

W zasadzie ruch ten mógłby przynieść ciekawe rezultaty. United Artists był bowiem konkurencją MGM, a przy okazji posiadał imponującą filmotekę. „Kapitan Kirk" nie myślał jednak o efekcie synergii, ponieważ zaraz po przeprowadzeniu fuzji sprzedał firmę magnatowi telewizyjnemu Tedowi Turnerowi, żeby... po 74 dniach znów ją odkupić. A właściwie tylko nazwę, ponieważ Turner wyprowadził ze studia kolekcję filmów wyprodukowanych przed rokiem 1986 i założył w kablówce kanał Turner Classic Movies. Tymczasem Kerkorian ponownie pozbył się MGM, sprzedając go włoskiemu hochsztaplerowi Giancarlo Perettiemu. Okazało się, że Peretii płacił obligacjami bez pokrycia, i studio zostało przejęte za długi przez francuski bank Credit Lyonnais. Francuzi, trzeba przyznać, podeszli do sprawy poważnie i próbowali odbudować pozycję studia w filmowym świecie. Jednak czy to z powodu nieumiejętności poruszania się w salonach Hollywood, czy zbytniej skłonności do oszczędzania nie osiągnęli większych sukcesów filmowych. No może poza „Thelmą i Louise" z 1991 r. Gwiazdorska obsada i świetne przygotowanie doprowadziły do kilku nominacji do Oscara, a także statuetki za najlepszy scenariusz oryginalny. Ten sukces nie ochronił MGM przed ponowną sprzedażą. Ponownie Kerkorianowi. Znowu zanosiło się na katastrofę.

Tym razem jednak hotelarz postanowił zaskoczyć środowisko filmowców: miał klarowny plan i konsekwentnie go realizował. W 1997 r. za 500 mln dol. wykupił filmoteki należące do podupadłych studiów, takich jak Orion, Nelson i... Samuel Goldwyn Company. MGM wszedł zatem także na rynek telewizji kablowej i wideo. Wszystko wskazywało na to, że dzięki reanimacji Jamesa Bonda za pośrednictwem Pierce'a Brosnana i Daniela Craiga, a przede wszystkim dzięki Rocky'emu Balboa MGM wróci na szczyt. W ratowanie studia włączył się również znany aktor Tom Cruise. Umowa była prosta – miał on kierować produkcją lub grać w filmach MGM. Współpraca rozpadła się jednak szybciej, niż się spodziewano – „Walkiria" (z 2008 r.) z gwiazdorem w roli Clausa von Stauffenberga okazała się umiarkowanym sukcesem. Kino, którym emocjonowała się europejska widownia (głównie ze względu na scenariusz: spiskowcy w lipcu 1944 r. próbowali zgładzić Hitlera i odebrać jego zausznikom władzę), za oceanem był tylko kolejnym kinem akcji, bez zaskoczeń i pogłębionych analiz psychologicznych. W ciągu trzech miesięcy film zwrócił 75 mln dol. z 90, jakie kosztował. Było to jednak stanowczo za mało, by uratować budżet wytwórni.

3 listopada 2010 r. firma złożyła w sądzie federalnym USA na Manhattanie wniosek o upadłość, jednakże już w końcu grudnia za sprawą nowego kierownictwa został on wycofany. Władze w MGM przejęli twardo stąpający po ziemi menedżerowie ze Spyglass Entertainment – Gary Barber i Roger Birnbaum.

Świetna niegdyś firma, która ma na swoim koncie „Deszczową piosenkę", „Tarzana" i przygody najsłynniejszego szpiega z licencją na zabijanie, zajmuje obecnie niepozorny biurowiec w Beverly Hills. Pod nowym kierownictwem MGM zajmuje się głównie zarządzaniem prawami do blisko 4,1 tys. filmów. Choć nie wyklucza też powrotu do właściwej produkcji. Robi to jednak nad wyraz ostrożnie. „Dziewczyna z tatuażem" na podstawie bestsellera Steiga Larssona dla przykładu została w większości sfinansowana i wyprodukowana przez inne studia. Dla wielu jest to degradacja legendarnej firmy. Inni są bardziej wyrozumiali. Rozumieją, że lew musi wyleczyć rany (i spłacić 5 mld długów), zanim znów wyruszy na łowy.