Luksusowy survival

Jeśli nadejdzie Dzień Sądu – w postaci wybuchu nuklearnego, inwazji zombi lub globalnego 
75–procentowego podatku od dochodów 
– najbogatsi będą mogli zaszyć się w swoich bunkrach lub zniknąć w głębinach na pokładzie prywatnych 
łodzi podwodnych. Branża luksusowych produktów 
dla preppersów–miliarderów kręci się na całego.

Gdy wiozące dziennikarkę serwisu Vice auto wjechało na autostradę 41 w okolicach Terre Haute w stanie Indiana, przedstawiciel firmy Vivos Group odebrał jej telefon komórkowy i założył satynową opaskę na oczy. Cóż, to nie było zaskoczenie: Vivos Group stara się zachowywać atmosferę nieprzeniknionej tajemnicy wokół swoich poczynań. Kto wchodzi w bliższy kontakt z firmą, musi być gotowy na wszystko.

No właśnie. – Ignorowanie rzeczywistości nie pozwoli się przed nią uchronić – Robert Vicino, prezes Vivos Group, filozofię obiektywizmu autorstwa Ayn Rand uczynił niemal dewizą swojego przedsiębiorstwa. Dla niego kontakt z mediami – i klientami – to najtrudniejsza część tego biznesu. Vicino musi też nieustannie łapać równowagę między powagą a popadaniem w absurd.

I nie jest to łatwe. Działalność Vivos Group można w wielkim uproszczeniu sprowadzić do poniższego schematu: znaleźć i wykupić pozimnowojenny przeciwatomowy silos i zamienić go w pełną przepychu, podziemną rezydencję dla jednego klienta. Lub też grupy „abonentów", którzy będą mogli dosłownie zapaść się pod ziemię, gdy nadejdzie... Otóż to. Apokalipsa? Upadek meteorytu? Zmiana pola magnetycznego Ziemi? Cyberwojna światowa? Epidemia śmiertelnego szczepu wirusa? Jakiś banalny kryzys finansowy albo rewolucja społeczna? – Od 20 lat mam przeczucie, że coś zmierza w naszą stronę – mówi, zapewne o losie gatunku homo sapiens, Vicino. Jego przeznaczeniem jest uratowanie ludzkości. W każdym razie tak podpowiedział mu kiedyś głos w głowie.

Podziemny wybieg dla piesków

Majętniejsza część ludzkości ma zatem możliwość przetrwać w apartamentach o wysokości ok. 4 metrów (zapewne by uniknąć narastającej z czasem klaustrofobii), urządzonych w klasycznym stylu: skórzanymi sofami i fotelami, miękkimi dywanami, pnącymi się ku sufitom paprociami, legowiskami dla zwierzątek, sejfem na broń, wielkoformatowymi plazmami (tylko czy po zagładzie będzie nadawała jeszcze jakaś stacja?) i wielkimi naściennymi fotografiami z widokami Paryża. Sypialnie urządzone w stylu hotelów Ritz Carlton przeznaczone są dla czterech lub sześciu osób. „Przydomowa" spiżarnia zawiera zapasy mrożonych i konserwowych produktów, z których można przygotować ok. 60 rodzajów potraw. Dieta nie będzie więc nazbyt monotonna.

Tyle w prywatnych apartamentach. „Części wspólne" obejmują też pomieszczenia medyczne, niewielką siłownię, dźwiękoszczelne pomieszczenie z generatorami dieslowymi (na paliwo przeznaczony jest zbiornik o pojemności mniej więcej 110 tys. litrów). W osobnym pomieszczeniu znajdują się filtry mające zadbać o czystość powietrza dopływającego w głąb obiektu.

Ale to dopiero przedsmak, próbka możliwości Vicino. Na całość Vivos Group poszła w Europie: w dawnym schronie przeciwatomowym w Niemczech firma ulokowała inwestycję znaną jako Europe One. Wyceniany dziś na blisko miliard euro obiekt kryje w sobie m.in. basen, restauracje, kompleks siłowni, piekarnię, niewielki szpitalik. Ba, jest też areszt! Vicino zaplanował nawet na terenie schronu minizoo, bo nie tylko homo sapiens zasługuje na ocalenie.

Nie próżnuje również konkurencja. Deweloper Larry Hall, właściciel firmy Survival Condo, zainwestował w dawny nuklearny silos typu Atlas, położony na terenie niegdysiejszego poligonu i bazy wojskowej Raven's Ridge. Za ścianami o grubości ok. 3 metrów kryje się 15–poziomowa, wpuszczona ponad 50 metrów pod ziemię metropolia, obejmująca m.in. basen, park dla piesków, kino, spa, a nawet ściankę wspinaczkową. Również tutaj rozwieszono na ścianach gigantyczne plazmy – Hall nie ukrywa, że mają one zastępować 
okna. Obraz można zaprogramować – od widoków światowych metropolii przez dziką przyrodę po panoramę okolicy silosu.

W zaadaptowanym przez Halla Luxury Survival Condo może się schronić 75 osób, które powinny przetrwać na zgromadzonych w obiekcie zapasach żywności około dekady – wystarczająco długo, by na zewnątrz spadł poziom promieniowania lub potencjalne zombi zdechły z głodu. Dostępu z zewnątrz mają strzec kamery i ochrona, która nie zawaha się użyć siły, gdyby spanikowana tłuszcza lub jacyś squattersi spróbowali wedrzeć się do środka. – Jeśli będą chcieli wspiąć się na płot, możemy ich ogłuszyć. Jeśli spróbują wedrzeć się do systemu, możemy temu zapobiec – uspokaja deweloper.

Zła wiadomość – Hall wyprzedał już wszystkie podziemne apartamenty, w sumie wyprzedał w ten sposób już trzy silosy Atlas typu F. Dobra – inwestuje w kolejny.

Zapłaciłbym i więcej!

Bo apokalipsa to biznes o wysokiej stopie zwrotu. Gdy Hall kupował w 2008 r. pierwszy z opuszczonych silosów, podziemny olbrzym kosztował go 300 tys. dol. Przez kolejne cztery lata biznesmen musiał wpompować w inwestycję jeszcze 4 mln: na remont, adaptację, wyposażenie pomieszczeń i aprowizację.

Kryzys czy nie, popyt na tę specyficzną ofertę był na tyle wysoki, że z czasem Hall zaczął podnosić ceny. Pierwsze „apartamenty" sprzedawał za 1 mln (pół „piętra") lub 2 mln (całe „piętro") dol. Lokale w Raven's Range są dziś już droższe – „piętro" to wydatek 
3 mln. Zaoszczędzić można na dwupoziomowym penthousie – cena to skromne 4,5 mln dol.

Klientela Halla w niczym nie przypomina domorosłych komandosów. Choćby Tyler Allen, 47–letni właściciel klubu nocnego i baru na Florydzie. – Prezydent również ma swoje Camp David 
– opowiadał Allen dziennikarzom „Wall Street Journal". – Jeśli żyjesz na pewnym poziomie, na którym możesz sobie na to pozwolić, też możesz mieć takie miejsce – podkreślał. Oczywiście, nie bez racjonalnego uzasadnienia. Klientela Vicino czy Halla wymienia te same przyczyny obaw: globalna pandemia chorób, katastrofy klimatyczne, zagrożenie terrorystyczne. Ale trudno się oprzeć wrażeniu, że oferta dla dobrze uposażonych preppersów nie przypadkiem pojawiła się – i zyskała odzew – w latach, na które Majowie i radykalni amerykańscy kaznodzieje zapowiedzieli koniec świata. Wystarczy seria trzęsień ziemi, jak w Meksyku w ostatnich latach, by zainteresowanie jeszcze wzrosło.

Oprócz Allena wśród lokatorów silosów na amerykańskim odludziu pojawiają się też kierowca wyścigowy, gracz ligi NFL, producent filmowy czy „sławni politycy" – jak reklamuje się Hall. 
12 mln gotówką miał od ręki wpłacić jeden z topowych menedżerów z branży tytoniowej. Sam Hall też zresztą zabezpieczył sobie mieszkanie w jednym z obiektów, „na wypadek gdyby rosnący poziom promieniowania słonecznego doprowadził do globalnej awarii prądu". Póki jednak prąd jest w gniazdkach, ekstrawagancki deweloper korzysta z silosu jak z domu wakacyjnego.

Wahającym się Survival Condo podrzuca kilka konsumenckich opinii. – Tej samej jakości lokal w Nowym Jorku kosztowałby mnie tyle samo, jeśli nie więcej. Na dodatek tu zyskuję jeszcze spokój – miał powiedzieć „klient". – Czuję się lepiej, wiedząc, że mam luksusowy bunkier dla rodziny, gdyby coś się wydarzyło – dorzuca drugi. – Jestem pod wrażeniem tego, co tu zobaczyłem. Bezpieczeństwo z wszystkimi udogodnieniami i luksusami? Zapłaciłbym za to i więcej! – zapewnia inny.

Strach sprzedaje się lepiej niż seks

Tak przynajmniej twierdzi John Hoopes, profesor antropologii z University of Kansas. – Cała planeta dała się już wciągnąć w teorie o nadchodzącej zagładzie, to zasługa internetu – tłumaczy zainteresowanie taką ofertą naukowiec. – To sposób na to, by poczuć się mniej bezradnym. Ludzie nie lubią uczucia, że są osamotnieni w strachu przed nieuniknionym, przed śmiercią. Idą więc za radami sprzedawców: działaj teraz albo znajdziesz się wśród przegranych.

Rynek oferuje dziś tym przezornym znacznie więcej opcji niż adaptowanie starych schronów atomowych. Już w granicach miliona dolarów da się kupić w Teksasie willę, pod którą znajduje się bunkier pozwalający przetrwać eksplozję nuklearną, dostosowany do potrzeb 12 osób (choć nieco stłoczonych, np. łóżka w tym obiekcie zaprojektowano w systemie piętrowym). W – jak na złość pozbawionej dostępu do morza – Austrii można zamówić potężne (w najbardziej „wypasionym" wariancie 115–metrowe) łodzie podwodne Migaloo. Te bestie niewiele, może poza uzbrojeniem, ustępują swoim wojskowym odpowiednikom: pływają na głębokościach dochodzących do 240 m, na pokładzie mają własny basen, system wind. Jak spadnie poziom promieniowania, można wysunąć taras zewnętrzny. W środku znajduje się penthouse, kino – z opcją gry na konsoli, biblioteczka, siłownia. Na łodzi można posadzić helikopter.

A skoro już o nich mowa... Gdyby przed zagrożeniem trzeba było uciekać w niebo, zapobiegliwi już niedługo będą mogli zaopatrzyć się w niewielki helikopter Pal V One (w tej chwili projekt jest w fazie testów). Pojazd pełnić będzie zarówno funkcje auta – do setki rozpędza się w 8 s, maksymalna prędkość to około 200 km/h – jak i maszyny latającej, pozwalającej wznieść się na wysokość ok. 1000 m.

Również oferta koncernów motoryzacyjnych może zaspokoić co bardziej wyrafinowane potrzeby. Przykładowo dwa lata temu Hyundai pokazał światu model Santa Fe Survival Machine, maszynę zaopatrzoną (w opcji) w pług z kolcami. Kolce wysuwają się też z kół z superodpornymi oponami. Całości dopełniają pancerne szyby. W podobną stronę – choć bez ostentacji – poszedł Chevrolet: model Silverado Black Ops to terenówka z ultrasilnym silnikiem, opancerzeniem na poziomie pojazdu militarnego, generatorami na energię solarną, wojskowym pakietem pierwszej pomocy, maskami gazowymi, zapasem żywności. Wersję jeszcze bardziej luksusową wyprodukował koncern Knight Industries – jego Knight XV jest dodatkowo wyposażony w noktowizję i silnik o mocy większej niż we wspomnianym chevrolecie. Amerykańskich konkurentów goni też Mercedes: jego G63 AMG 6x6 to monstrum na sześciu kołach, brakujące ogniwo w rozwoju między pojazdem a czołgiem.

Zgodnie z zapowiedziami niektórych amerykańskich środowisk ludzkość niedługo podzieli się na dwie społeczności: tych, którzy uwierzą w Boga, i tych, którzy czczą Szatana. Będzie to początek apokalipsy, która powinna zrealizować się do końca... tego roku. Nie do końca jasne plany związane z 2016 r. mają również iluminaci. W internecie też niewesoło: naukowcy z NASA podejrzewają, że w tym roku w Ziemię uderzy asteroida. Ponadto już twórcy filmu „Ghostbusters 2" prognozowali, że świat skończy się 14 lutego 2016 r. Jak widać, zagrożeń nie brakuje. A to tylko nakręca koniunkturę.