Listopadowa histeria

Za chwilę półki supermarketów zaleje fala kolorowych etykiet beaujolais nouveau, gorliwie sprzedających nam radość życia w listopadzie. Będziemy je ochoczo kupować i krzywić się, że cierpkie wino wcisnęli nam Francuzi.
W trzeci czwartek listopada o północy uderzą gongi. – Pijemy je wcześniej niż w Nowym Jorku – oznajmią restauratorzy w Warszawie. To jest dobrze pomyślane.

Święto wina czy sprytnie nakręcana marketingowa histeria?
Beaujolais jest jedynym regionem we Francji, który sprzedaje blisko połowę produkcji w ciągu pół roku od zbiorów. To jest nawet przyjemne. Kabaretowe tancerki na etykietkach dobrze robią na jesienną chandrę, która przez moment może zdać się teatralną histerią. Rzecz w tym, że cała zabawa opiera się na fałszu.
W robionym na chybcika winie próżno doszukiwać się smaku minionego lata
Zwyczaj picia młodego, często jeszcze fermentującego wina był tradycją lokalnych winiarzy, którzy w ten sposób opijali zbiory. To Georges Dubœuf, dzisiaj dzierżący w ręku 15 proc. rynku beaujolais nouveau, w latach 70. zaprzągł ledwie nadające się do picia wino do ogólnoświatowego happeningu, w którym teoretycznie mamy poczuć smak minionego lata.
Znakomici bożolescy producenci walczą z młodymi bożolakami
Smak jednak w winie robionym na chybcika nie może być inny jak sztuczny. Jeśli mierzyć marketingowy sukces pieniędzmi, beaujolais nouveau jest podręcznikowym przykładem dla studentów brandingu. Jeśli mierzyć go wizerunkiem regionu, poniosło sromotną klęskę, usuwając w cień genialne beaujolais crus. Wina z najlepszych siedlisk, jak Morgon czy Moulin-à-Vent, to najbardziej ożywcze wina świata. Znakomici bożolescy producenci: Marcel Lapierre, Jean Foillard czy Pierre-Marie Chermette są u nas do kupienia. Ich wina eksplodujące soczystością owoców, energetyzujące pieprznymi nutami, o niestawiającej oporu muślinowej materii i wiosennych kwiatowych bukietach lepiej nadają się do odegnania listopadowego bluesa niż smak gumy balonówki młodego bożolaka.