Kryzys czyli czas na ryzykowanie

Znana stylistka, twórczyni Szkoły Stylu – Monika Jaruzelska – mimo nie najlepszych prognoz dla rynku mody otworzyła dwa butiki i zaczęła projektować. Bo nawet w czasach kryzysu lepiej ryzykować, niż rezygnować z marzeń.
Jak się sprzedała debiutancka kolekcja MJ, która jesienią ubiegłego roku trafiła do dwóch warszawskich butików, sygnowanych twoim nazwiskiem?

Ponad połowa wzorów sprzedała się co do jednej sztuki. To dobry wynik. Najmniej chętnie kupowano klasyczne kostiumy i garnitury, ale w mojej kolekcji takich wzorów było niewiele. Najwyraźniej kobiety coraz mniej lubią takie oficjalne stroje. Wolą sukienki, miękkie dzianiny, w których czują się wygodnie. Wybierają je nawet osoby pracujące w korporacjach. Za biurkiem chcą się czuć swobodnie, a nie siedzieć przez wiele godzin usztywnione marynarką.
Na świecie kryzys, nas też czekają trudne czasy, wszyscy narzekają, a ty otwierasz butiki. Dlaczego akurat teraz?
Miałam takie plany już dawno. Zrealizowałam je teraz, a nie kilka lat wcześniej, bo udało mi się pozyskać partnera strategicznego. Jest nim Rafał Bauer, biznesmen, znawca mody, współtwórca i współwłaściciel męskiej marki Rage Age. Paradoksalnie, w kryzysie ludzie wcale nie przestają kupować ubrań, raczej zaczynają to robić z głową. Na rynku odzieżowym kryzys oznacza pewien chaos – jedne marki upadają, inne powstają, krajobraz zmienia się jak po bitwie. Kobiety, które do tej pory kupowały impulsywnie, pod wpływem nachalnych reklam, odkrywają, że mają pełne szafy, ale wciąż nie mają się w co ubrać. Zaczynają myśleć, jak to zmienić, szukają nowych propozycji.
Widzisz swoją szansę w tym, że wielkie marki przestają być trendy, że dziś podobają się nisze, a snobizm polega na noszeniu rzeczy nie sławnych marek, ale tzw. no logo?
Dlaczego nie? W czasach, kiedy wszystko jest fast – fast food, fast fashion – w moich butikach nawet nie ma wystawy. Szyby są z mrożonego szkła. Nie wychodzimy na zewnątrz, nie jesteśmy nachalni. Koncerny walczą o sponsorów, urządzają wielkie pokazy i płacą celebrytom, żeby zechcieli się pokazać na ich czerwonych dywanach. My myślimy inaczej. Oferujemy ciche, kameralne wnętrze, jak schronienie. Produkt plus pewną filozofię.
I tak sprzedawana moda może być łatwym biznesem w trudnych czasach?
Na pewno może być biznesem przyjemnym i bardzo dochodowym, kiedy zacznie się działać na większą skalę. Ale nie takie jest nasze założenie. Stawiamy na eksperyment – działamy bez rozgłosu, bez reklam i pokazów. Do butików trafiają osoby, które dowiadują się o nich od znajomych albo z Internetu. Pierwszy sezon był udany, to mnie nastraja optymistycznie.
W czasach, kiedy wszystko jest fast – fast food, fast fashion – w moich butikach nawet nie ma wystawy. Szyby są z mrożonego szkła. Koncerny walczą o sponsorów, urządzają wielkie pokazy i płacą celebrytom, żeby zechcieli się pokazać na ich czerwonych dywanach. My myślimy inaczej. Oferujemy kameralne wnętrze, jak schronienie.Produkt plus pewną filozofię.
Proponujesz klasyczne kroje i barwy. Dla jakich kobiet projektujesz?
Moim zamierzeniem było stworzenie kolekcji, która będzie miała pewną filozofię. Nazwałam ją sobie inteligencką i zadedykowałam kobietom, o których projektanci przeważnie nie myślą – tym, które czytają książki, słuchają tradycyjnego jazzu, może muzyki poważnej i czekają na premierę kolejnego filmu Woody’ego Allena. Nie proponuję strojów dla celebrytek, raczej dla kobiet, które muszą się ubrać do pracy, na co dzień, bez ostentacji, ale fajnie i wygodnie. Niektóre znane polskie marki przygotowują kolekcje z chińskimi projektantami, którzy dziś są świetnie wykształceni i nadal tani. Także wielcy europejscy czy amerykańscy kreatorzy dwa razy w roku pojawiają się na targach w Kantonie, tam wybierają stroje, by potem sprzedawać je ze swoim logo po wielokrotnie wyższych cenach.
Czy też tak widzisz swoją przyszłość?
Nie snuję tak odległych planów. Na razie są dopiero dwa butiki. Chodzi nam o jakość, a nie o ilość.
Więc sama zaprojektowałaś całą kolekcję?
Nie, tylko jej część, pozostałe rzeczy, szczególnie dodatki – buty, paski, torebki – wybrałam u najlepszych producentów. Moim pomysłem jest na przykład biała bluzka ramoneska, która okazała się jedną z najlepiej sprzedających się rzeczy. Byłam dumna, widząc, że Justyna Pochanke prowadzi wieczór wyborczy w telewizji TVN właśnie w tej bluzce!
Znana projektantka Gosia Baczyńska, która ma już na koncie kilka udanych kolekcji, twierdzi, że aby być projektantką mody, trzeba mieć umiejętność kroju i szycia. A ty umiesz coś uszyć?
Nie umiem szyć ani kroić, jak większość projektantów. Przede wszystkim liczy się pomysł. Przez 10 lat jako dyrektor kreatywny zajmowałam się kolekcjami znanej marki. Od 20 lat pracuję jako stylistka. Dzięki temu poznałam właściwości tkanin i nauczyłam się myśleć o kobiecej modzie w sposób racjonalny.
Z jakich tkanin najchętniej korzystasz przy projektowaniu?
Mianownikiem dla wszystkich ubrań, które projektuję, jest słowo „wygoda”. W moich kolekcjach najwięcej jest właśnie dzianin. Miękkich, przyjemnych w noszeniu, które się nie gniotą, nawet po wrzuceniu do walizki. Dla zabieganych kobiet to ma znaczenie. Podobnie jak fakt, że w dzianinowej sukience można przechodzić cały dzień – rano pójść w niej do pracy, a wieczorem zmienić dodatki i wybrać się na kolację. Dzianiny były wielką rewolucją w latach 20. i 30. Do damskich kolekcji wprowadziła je Coco Chanel – po epoce gorsetu stały się symbolem uwolnienia kobiecej sylwetki z rygorystycznej formy. Idę dalej w tym kierunku. Zimą moje dzianiny mają więcej wełny, a latem – więcej bawełny, ale korzystam z nich przez okrągły rok.
No, i sama też je nosisz. Myślę, że w twojej kolekcji jest dużo rzeczy, które chętnie byś na siebie włożyła. Nawet kolory są te same, w których widuję cię od lat.
To prawda. Pewien znajomy antropolog kultury zapytał mnie niedawno, do jakich książek mogłabym porównać swoje kolekcje. Odpowiedziałam, że pierwsza, jesienna jest w dygatowskich barwach, dominują w niej szarości, biele, beże, jest trochę czerni; natomiast propozycje na wiosnę i lato 2012 to zdecydowanie literatura iberoamerykańska, czyli żywe kolory – pomarańczowy, amarant, szafirowy.
Skąd czerpiesz inspirację? Masz ulubione gwiazdy, projektantów, śledzisz włoską modę? Nino Cerruti powiedział mi kiedyś, że za najlepiej ubraną aktorkę uważa Sharon Stone. Podobno zawsze wygląda nienagannie.
Jaruzelska skończyła polonistykę, ale zajęła się modą i została stylistką. Założyła pierwszą w Polsce Szkołę Stylu
Mnie się podoba Tilda Swinton, Isabelle Huppert, styl Małgosi Szumowskiej. Kiedyś lubiłam projektantkę Albertę Ferretti, teraz wolę sukienki firmy Lanvin. Włoska moda jest specyficzna. Przełożona na naszą rzeczywistość często okazuje się zbyt ozdobna. Polki mają gust bardziej minimalistyczny. Mówiąc wprost, mnie inspirują po prostu ciekawe kobiety, piękne nie tylko ciałem, ale i duchem. Zdecydowałam, że nie modelki, a właśnie takie osoby – aktywne zawodowo i twórcze – będą bohaterkami naszych sesji zdjęciowych. Pierwszą, wybraną już muzą, jest architektka Agnieszka Lasota. Urządza wystawy, performance, a teraz przygotowuje interesujący projekt z psychologami i antropologami kultury, dotyczący nowych mediów. Drugą będzie Magda Prokopowicz, prowadząca fundację Rak & Roll, która od lat sama choruje na nowotwór, a jednak pomaga innym, cierpiącym kobietom wyrwać się z izolacji, jaką stwarza ta choroba. Moda stale się zmienia. Teraz potrzebuje ludzkich twarzy, z którymi mogłaby się identyfikować.
Masz nazwisko, które pewnie nie ułatwiało ci życia.
Nigdy na to nie narzekałam, to byłaby hipokryzja. Znane nazwisko ustawia nam wysoko poprzeczkę, częściej jest się skazanym na krytykę, a nawet na agresję, ale z drugiej strony pozwala od razu być zauważonym, a to w dzisiejszym świecie jest bardzo dużo. Trzeba jednak ogromu własnej pracy, żeby przestano nas postrzegać jedynie przez pryzmat znanego rodzica.
Tobie się to udało. Pamiętam, jak zostałaś stylistką w czasach, kiedy nikt w Polsce jeszcze nie słyszał o tym zawodzie. Jeździłaś na spotkania z czytelniczkami „Twojego Stylu" i niezmordowanie klarowałaś wszystkim wokół, że warto dobrze wyglądać, bo to pomaga żyć. Że ludzie zadbani są bardziej skuteczni. I szczęśliwsi. Po latach założyłaś własną Szkołę Stylu. Dziś Monika Jaruzelska to marka.

W pewnym momencie skręciłam w stronę psychologii, chciałam zostać psychoterapeutką, ale zaproponowano mi stanowisko dyrektora kreatywnego najpierw w firmie W. Kruk, a potem w Deni Cler, i dzięki temu nie zerwałam z modą. Dziś udaje mi się łączyć jedno z drugim.
Mając znane nazwisko, łatwo zostać taką maskotką celebrytką i potem chyba trudno wyjść z tej roli. Na szczęście, nigdy nie wpadłam w tę pułapkę.
Uważam, że podwójne nazwisko dla dziecka jest rozwiązaniem partnerskim. Dziś wciąż obowiązuje model patriarchalny. To miało sens 200 lat temu, kiedy kobiety nie były samodzielne. Teraz pracują i nierzadko utrzymują rodzinę. Mam nadzieję, że coraz więcej Polek odważy się powiedzieć: chcę, żeby moje dziecko nosiło moje nazwisko.
Nie zależy ci na tym, żeby być znaną?
Jestem znana w wystarczającym dla siebie stopniu, nie zabiegam o to. Udzielam wywiadów znacznie rzadziej, niż jestem o to proszona. Nie bywam też gościem kronik towarzyskich.
Jaki dziś podasz mi przepis na to, żeby dobrze wyglądać?
Taki jak zawsze – wygląd zewnętrzny musi być spójny z naszym wnętrzem – osobowością, temperamentem, warunkami fizycznymi, stylem życia. Znalezienie tej harmonii to najprostsza recepta na swój własny, niepowtarzalny styl.
Łatwo mówić, trudniej zrobić. Czy elegancji w ogóle można się nauczyć?
Warto poznać zasady i mniej przyglądać się innym. Nie porównywać się ustawicznie z koleżanką i ubierać jak ona, tylko wejść w siebie, odkryć własną osobowość. Kobieta, która zdecyduje, że chce być postrzegana jako osoba łagodna i spokojna, powinna nosić inne rzeczy niż ktoś, kto jest egocentryczny i ma duży temperament. Ważna jest też adekwatność stroju do sytuacji, w jakiej się znajdujemy. No, i jeszcze dochodzi to nieuchwytne „coś", które świadczy o dobrym guście – o umiejętność