Kryminalna Polska

Z Markiem Krajewskim rozmawia Marcin Kube

Dotychczas powtarzał pan, że 
nie wierzy w prawdziwe historie, i deklarował się jako miłośnik fikcji. Tymczasem pana najnowsza książka „Umarli mają głos" to zbiór 12 opowieści inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami.

Dopiero ostatnio przekonałem się do prawdziwych historii. Kiedyś je lekceważyłem, uważałem, że są nudne, że nie ma w nich potencjału fabularnego. Zmieniłem zdanie, kiedy usłyszałem pierwszą opowieść medyka sądowego Jerzego Kaweckiego. Za nią poszły następne.

Jak się zaczęła panów znajomość?

To było 11 lat temu. Mój szwagier, 
wówczas prokurator, zauważył, 
że w moich pierwszych książkach są pewne niedoskonałości medyczno-
-sądowe. Zaproponował, że pozna mnie z Jerzym Kaweckim, który już wówczas był legendą środowiska prawniczego i medyczno-sądowego we Wrocławiu. Na początku stycznia 2004 r. poszedłem do zakładu medycyny sądowej na spotkanie z nim i po raz pierwszy zobaczyłem, jak wygląda ciało zabitego człowieka.

Czy to było trudne doświadczenie?

Nie było w tym nic złego. Nie dlatego, 
że odznaczam się jakąś znieczulicą, tylko dlatego że przygotowywałem się do tego spotkania mentalnie. Wiedziałem, 
że muszę tam pójść, by zimnym, chłodnym okiem pisarza spojrzeć na anatomię człowieka. Nie przeraziłem się tym tragicznym widokiem, lecz zwracałem uwagę na szczegóły. Wydaje mi się, że ta koncentracja na szczegółach była barierą, przez którą nie przedostały się emocje.

Ale nie wszystko chyba można 
wydedukować z akt i badań. 
Chyba coś pan musiał wymyślić?

Fakt, w tych opowieściach jest trochę fikcji, chociażby w momentach, kiedy trzeba było zbudować odpowiedni punkt kulminacyjny. Zmieniłem imiona, adresy, miejsca, by nie ryzykować dóbr osobistych innych ludzi, którzy mogliby poczuć się dotknięci i urażeni. Nie chcę, by inni ich rozpoznawali, szydzili, 
bo to są w gruncie rzeczy historie bardzo dramatyczne. Zdarzało mi się też powoływać do życia jakąś fikcyjną scenę, ale nie za często. Poza tym musiałem dorobić bohaterom zaplecze rodzinne, aby nieco udramatyzować opowieść. Ale to są drobiazgi i chcę potwierdzić z całą mocą, 
że nasze opowieści są prawdziwe.

Ostatnio dużo mówi się o rosnącej popularności polskiego kryminału na świecie.

Do pewnego momentu myślałem, że to jest trochę takie koloryzowanie rzeczywistości. Kiedy na przykład czytałem kilka lat temu artykuł w „Süddeutsche Zeitung" zatytułowany „Polska – kraj kryminałów", miałem wrażenie, że czytam o innym kraju niż ten, który znam. Wszystko stało się jasne, gdy zobaczyłem polskie nazwisko autorki. Wtedy myślałem, że ten boom na kryminały w Polsce pozostaje w sferze życzeń tejże dziennikarki. Ale muszę po latach oddać jej sprawiedliwość, bo przewidziała pewien trend, który dopiero się zarysowywał. Z czasem podobnych artykułów, chociażby w prasie niemieckiej i brytyjskiej, czytałem coraz więcej.

Ma pan czytelników poza Polską?

Niedawno byłem z Zygmuntem Miłoszewskim na spotkaniach autorskich podczas paryskich targów książki. Tam nasze stoisko cieszyło się dużym zainteresowaniem. Oczywiście sporo było Polaków mieszkających we Francji, ale niemało było też Francuzów. Przychodzili do nas nie tylko z prośbą o autograf, ale również uczestniczyli we wspólnym spotkaniu pisarzy polskich i francuskich.

Wpada pan w rutynę pisarską?

Jeżeli człowiek jest rutyniarzem, nic w tym złego. Ale jeżeli ta rutyna zaczyna się zgadzać idealnie z oczekiwaniami czytelnika, to wtedy już jest źle. Bo czytelnik się znudzi i powie: „On ciągle pisze o tym samym". Jestem na to uczulony.

Więc jak pan sobie z tym radzi?

To nie jest łatwe, ale staram się wprowadzać delikatne zmiany. Na przykład moje ostatnie książki: „Władca liczb" i „W otchłani mroku", to powieści z naukowym sztafażem. Była tam filozofia, matematyka, a nawet dyskusje o ewolucji. Tymczasem ostatnia powieść o Edwardzie Popielskim (ukaże się we wrześniu) będzie rozgrywała się w powojennym Darłowie. Jak na Dzikim Zachodzie, a raczej Dzikiej Północy. Bez żadnej nauki czy filozofii, tylko naga przemoc.