Krótka opowieść o charakterze i sile

Bywałem pokonany, ale porażki nigdy nie poniosłem. Nauczyłem się, że w sporcie trzeba mieć mocny charakter. 
Bez tego jest naprawdę ciężko – mówi Jakub Błaszczykowski, 
piłkarz po przejściach, z życiorysem tak mocnym, że stał się już kanwą książki. Wybierany do drużyny narodowej przez kolejnych selekcjonerów, doceniany przez kibiców. Dziś mówi, że niełatwo go złamać, i zapowiada mistrzowski klimat 
na Euro.

Gdy rozmawiamy, akurat zapada wieczór. Skończymy pewnie już w nocy. To pierwsza pana wolna chwila na spokojną rozmowę. Tak teraz wygląda rzeczywistość piłkarza?

Czy wszystkich – nie wiem. Moja – tak. Zwykle cały dzień mam dokładnie zaplanowany, rytm dnia wyznacza piłka. A czas, by zrobić cokolwiek dla siebie czy po prostu posiedzieć przed telewizorem, mam dopiero po treningu.

Grafik realizowany punkt po punkcie. Nie żal panu, że takie życie bardziej przypomina biznesplan?

Teraz, rzeczywiście, żyję intensywniej. Ale to mój wybór. Jeszcze niedawno, gdy leczyłem kontuzję, czasu bez treningów, poza boiskiem było dużo więcej. Co nie znaczy, że byłem z tego powodu bardziej szczęśliwy. Zresztą – nie narzekam. Życie na południu Europy toczy się innym rytmem, a treningi we Włoszech i tak są spokojniejsze niż w Niemczech.

W wojskowej zaprawie „padnij, powstań" nie chodzi tylko o pompowanie mięśni, ale też o sprawdzenie charakteru. Panu taki trening zafundowało życie. Liczył pan kiedyś, ile razy się podnosił?

Nigdy! Najważniejsze, że zawsze udawało mi się wstać. Mam 30 lat, dla piłkarza to już poważny wiek. Nauczyłem się, że w sporcie trzeba mieć mocny charakter i wewnętrzną siłę, żeby przezwyciężać ludzkie słabości. Bez tego jest naprawdę ciężko.

A pan czuje się uodporniony na te słabości?

Za każdym razem musiałem znaleźć w sobie siłę do walki. Tak było wiele lat temu, gdy byłem dzieckiem, a potem młodym chłopakiem, którego życie postanowiło nie oszczędzać. Tak było i podczas ostatniej kontuzji, gdy zerwałem więzadło krzyżowe w prawym kolanie w spotkaniu ligowym z Augsburgiem.

Ale porażka po walce nie smakuje tak gorzko. Może być potrzebna, by znów zwyciężać.

Ja widzę to tak: porażka jest oznaką słabości, dlatego czasem wiąże się z przeświadczeniem, że można było zrobić coś lepiej, szybciej, dać z siebie więcej. Ja, owszem, bywałem pokonany: przez kontuzję czy w sportowej walce. Ale porażki nigdy nie poniosłem. Zahartowało mnie życie. To powoduje, że drobiazgi nie wytrącają mnie z równowagi. I tam, gdzie inni widzą dramat, koniec, ja czuję, że życie rzuca mi kolejne wyzwanie.

Miał pan nieco ponad siedem lat, gdy wraz ze starszym bratem rozpoczął treningi w Rakowie Częstochowa. Dzień w dzień wyruszał pan pekaesem z Truskolasów i jechał 25 km do klubu.

Byłem uparty i snułem marzenia. Że gram w reprezentacji, jestem kapitanem. To były piękne wizje. Zresztą kopania piłki to wtedy za dużo nie było. Gdy już dotłukliśmy się do klubu (a jechaliśmy przynajmniej dwie godziny), na trening zostawało półtorej godziny. I zaraz trzeba było wracać. Po kilku latach takiej jazdy bywało, że miałem dosyć.

Przez Truskolasy biegnie droga wojewódzka nr 494. Przez 50 lat sołtysem był tam Ignacy Garus, najstarszy sołtys w kraju. Wieś liczy ok. 2 tys. mieszkańców...

Sołtysa pamiętam, drogę też.

Był pan chłopakiem, który marzył o karierze. Teraz dla wielu chłopców ganiających za piłką jest pan wzorem. Taka świadomość paraliżuje?

Raczej mobilizuje. Wiem, że wielu chłopaków docenia to, co zrobiłem, i chciałoby pójść w moje ślady. Ale oni widzą tylko jasne strony piłkarskiej kariery: europejskie stadiony, mecze reprezentacji, hymn narodowy śpiewany na międzynarodowych imprezach. Ja jestem od tego, by im uświadomić, że takie życie ma też ciemniejsze oblicze. To bardzo ciężka praca, masa wyrzeczeń i długa lista pokus. A im jesteś wyżej, im więcej uda ci się zdobyć, tym tych pokus jest więcej. Czuję, że ci chłopcy mnie obserwują. Dlatego dziś o wiele bardziej zwracam uwagę na to, co mówię, jak się zachowuję. Gdy byłem dużo młodszy, miałem w sobie więcej szaleństwa. A dziś...

Dziś jest pan również ojcem rodziny.

Tak, ale nie o to tylko chodzi. Wiem, że są młodzi ludzie, w których rodzinach nie dzieje się dobrze... Alkohol, przemoc... Ci chłopcy marzą, by się wybić, poznać inne życie. Kopią więc piłkę i snują plany, dlatego warto im pokazać drogę w kierunku tej jasnej strony.

Weźmy więc takiego młodego chłopaka: ma talent, kondycję, energię. Kilka osób pokłada w nim nadzieje. A potem nagle człowiek znika jak meteoryt. Gdzie popełnił błąd?

Zszedł na ciemną drogę... A poważnie: o tym, czy będziesz dobrym piłkarzem, nie zawsze decyduje talent. To tylko cząstka potrzebna, by coś osiągnąć. Talentów jest mnóstwo. Pytanie, czy będziesz miał charakter, by się poświęcić. Do bycia profesjonalnym piłkarzem trzeba mieć odpowiednią mentalność. Ważne, by z każdym dniem być coraz lepszym. Jeżeli masz inne podejście do sportu, to ciężko będzie ci się wybić ponad przeciętność. Nie można też stracić z oczu drogowskazu, czyli ideałów. Jeśli człowiek skupi się tylko na tym, co już zrobił, osiągnął, szybko straci motywację do ganiania za piłką.

Złośliwi mówią, że piłkarz się kończy, gdy zaczyna się bardziej przejmować fryzurą niż grą...

To problem nie tylko polskiego futbolu. Nie tworzyłbym wokół tego wielkiej ideologii. Na szczęście ta sytuacja się zmienia, i to dosłownie na naszych oczach. Dojrzeliśmy do współpracy z psychologami. Jeszcze kilka lat temu piłkarza, który współpracuje z psychologiem, wytykano by palcami. Zaraz pojawiłyby się komentarze, że ma depresję, fanaberie albo wprost – że ma nie po kolei pod sufitem. Zresztą on sam ukrywałby skrzętnie ten fakt.

Marketing, promocja siebie. Zwraca pan na to uwagę?

Dla mnie zawsze najważniejsza była, jest i będzie gra na boisku. Ale też to, jak się zachowuję poza nim. A najlepszą promocją, jaką możemy sobie zapewnić, jest gra fair play. Marketing i reklama to nieodzowny element biznesu sportowego. Dlatego jeżeli jest szansa, to z niej korzystam.

Szansa, by stworzyć dobry klimat?

Tak, o dobry klimat chodzi przede wszystkim: aby partner, z którym podpisuje się umowę sponsorską, nam odpowiadał. A ostatni kontrakt z marką LG jest taki w sensie dosłownym. Zostałem ambasadorem innowacyjnych produktów klimatyzacyjnych, z którymi jako team będziemy tworzyć mistrzowski klimat podczas zbliżającego się Euro.

Wracając do biznesplanu. Ten przemyślany zakłada istnienie planu B, tak na wszelki wypadek.

No to wypada się przyznać: nigdy nie robiłem planu B.

Ale zerwanie więzadeł to poważna kontuzja, po której nie wszyscy wracają do gry. To był moment, gdy zweryfikował pan swoje plany?

Myślę, że człowiek zawsze zdąży się poddać. Póki ma siłę, powinien walczyć. Kluczowe jest nastawienie. Moje sprowadzało się do prostego myślenia, by... nie użalać się nad sobą. Analizowanie po raz kolejny sytuacji i – najgorsze z najgorszych – rozważanie: co by było, gdyby... To wszystko nie miało sensu, bo faktów nie zmienię.

Równo rok temu, w czerwcu 2015 r., wrócił pan do kadry. W szóstym meczu eliminacyjnym do Euro 2016 wszedł pan na boisko w 63. minucie meczu z Gruzją, zaliczył pan asystę przy bramce Roberta Lewandowskiego. Pamięta pan te emocje?

Lepiej pamiętam swoje pierwsze wyjście na murawę po kontuzji. To było we Wrocławiu, w meczu Borussii ze Śląskiem. Spotkanie na stadionie oglądało wtedy przeszło 35 tys. kibiców. Kończyła się właśnie moja wielomiesięczna rehabilitacja, nie byłem jeszcze w pełni sił. Aż tu nagle trener spojrzał na mnie i spytał, czy chcę wejść na 3–4 minuty. Długo się nie zastanawiałem. Wypaliłem tylko, czy nie żartuje, i mogłem już wejść do gry. Jedyną niezadowoloną osobą z mojego występu był nasz klubowy doktor.

„Swoje sukcesy osiągnąłem: byłem mistrzem Niemiec, zdobywałem Puchar Niemiec, grałem w finale Ligi Mistrzów. Teraz chciałbym coś osiągnąć z reprezentacją" – wspominał pan w jednym z wywiadów. „Coś", czyli co?

Przede wszystkim mam nadzieję, że to nie koniec mojej kariery. Staram się nie myśleć o tym, co będzie za miesiąc, dwa, trzy. Wolę mówić o konkretach. Bo człowiek może sobie coś zaplanować, a tu nagle wydarzy się coś...

...co wytrąci go z rytmu na długie miesiące?

Na przykład. Dlatego zamiast przeżywać rozczarowania, wolę, by życie mnie od czasu do czasu mile zaskoczyło. Fakt, mam rodzinę: żonę, dwie małe córki. Jednak często łapię się na tym, że żyję chwilą.

Tak było z przeprowadzką z Borussii Dortmund do Fiorentiny, z Dortmundu do Florencji?

To dopiero było szaleństwo! Miałem tydzień na podjęcie decyzji. Spakowaliśmy tobołki i wyruszyliśmy targani bardzo sprzecznymi emocjami. Ale rodziny piłkarzy tak mają. Jeśli chcemy być razem, musimy prowadzić nieco cygańskie życie. Z perspektywy czasu widzę, że dobrze zrobiłem. Odetchnąłem, tak po ludzku. Nawet znalazłem czas, by trochę pozwiedzać. Rzym, Florencja to piękne miasta.

„W Dortmundzie spędził pan osiem lat... Zostały mi w głowie tylko przyjemne momenty. Życie nauczyło mnie pokory. Lepiej czasami nic nie powiedzieć" – komentował pan potem ten czas. Prawdę mówiąc: sporo można tu wyczytać między wierszami.

Spotkałem w Niemczech życzliwych, ciepłych ludzi. W Dortmundzie mieliśmy fantastycznych kibiców, ewenement na skalę światową. I to mi zostało w głowie. Resztę wyrzuciłem.

Dla higieny umysłu?

Zdecydował raczej zdrowy rozsądek.

Wiele razy podkreślał pan, że babcia, Felicja Brzęczek, wychowała pana w mocnej wierze, żeby być – albo starać się być – dobrym. Co to znaczy?

Dla mnie – być szczerym w tym, co się robi i mówi. Bez fałszu, zakłamania. Babcia zawsze we mnie wierzyła. Kiedy trzeba, trzymała mnie krótko, nie puszczała na dyskoteki. Pilnowała, żebym nie zszedł na złą drogę. W dużej mierze dzięki niej wyrosłem na człowieka, który nie boi się patrzeć innym prosto w oczy. Ciężko mi ocenić, czy wszystko jej się udało, bo nie powinienem być sędzią we własnej sprawie...

Krąży o panu romantyczna historia, że z miłości zerwał pan z chuligaństwem. Ponoć pana przyszła żona Agata postawiła panu wiele lat temu ultimatum: koniec bójek albo koniec znajomości.

Nie wiem, skąd to się wzięło... Totalna bzdura!

Co innego pana wujek Jerzy Brzęczek (trener, były piłkarz i kapitan reprezentacji Polski). Kilka razy użył bardzo mocnych słów. Wspominał potem: „Kuba słuchał, a ja mówiłem: musisz zrozumieć jedno – czas ucieka. A twoja mama chciała, żebyś grał w piłkę, nie możesz jej zawieść. Musisz pokazać, że jako człowiek, jako piłkarz możesz coś osiągnąć".

Wujek potrafi mówić bardzo dobitnie, pamiętam tę rozmowę. Jurek miał gigantyczny wpływ nie tylko na moją karierę, ale i cały życie. Bardzo dużo mu zawdzięczam, cho