Królowa Regina

Od zawsze uważam, że kobiety – solistki, kompozytorki, autorki i wokalistki – są o wiele ciekawsze od mężczyzn i tworzą dużo bardziej intrygujące i przejmujące zdarzenia muzyczne.

Jest to oczywiście uogólnienie, ale artystek, które zauroczyły mnie – i nie tylko mnie – jest mnóstwo. Pochodzą z różnych muzycznych galaktyk, lecz łączy je wielki talent i osobowość. Wystarczy wymienić kilka nazwisk: Kate Bush, Laurie Anderson, Fionę Apple, Tori Amos, Roisin Murphy, Meredith Monk, Bjork, Natacha Atlas, Marie Daulne, Esperanza Spalding, nie zapominając oczywiście o soulowych księżniczkach z Jill Scott na czele, po wielkie diwy jazzu i bluesa, czyli Ninę Simone, Sarah Vaughan, Ellę Fitzgerald i Billie Holiday.

Na tej oczywiście niepełnej liście honorowe miejsce zajmuje niesamowita Amerykanka rosyjskiego pochodzenia Regina Spector. Z jej twórczością zetknąłem się po raz pierwszy w 2006 r., słysząc piosenkę „Apres Moi" z genialnej, jak się potem okazało, płyty „Begin To Hope". To intymny, monumentalny, jednoosobowy musical w trzech językach, z liryczno–dramatycznym akompaniamentem fortepianu. Zaśpiewany krystalicznie czystym, dziewczęcym głosem – raz delikatnym jak jedwab, raz uderzającym z siłą tornada.

Tak było nie tylko na tej płycie. Każdy album Reginy Spector zawiera bowiem całe spektrum jej muzycznych wcieleń, w których jest i liryczna awangarda, i rock, i postpunk, aż po pop najwyższej próby oraz przewrotne intrygujące wyznania i obserwacje zawarte w arcyinteligentnych tekstach. Nie sposób jej zaszufladkować w gatunku, bo ten gatunek nazywa się po prostu Regina Spector. Czy bawi się dyskretnie elektroniką, czy używa sekcji dętych lub smyczków, niezmiennie od lat towarzyszy jej fortepian, na którym sobie akompaniuje, odsłaniając przed nami swoją fascynującą osobowość. Do tego ten wspomniany już czysty, pozornie delikatny głos, którego używa w sposób tyleż „normalny", co niezwykle oryginalny, wykorzystując wszelkie oddechy, przydechy, specyficzne frazowanie i cudowną charakterystyczną „czkawkę".

Teraz, po czterech latach milczenia, wydała swój siódmy autorski album. „Remember us to life" ma wszystko, z czego Regina słynie. Są tu fortepianowe ballady, nagle zmieniające się w wieloinstrumentalne symfonie („Bleeding Heart"), psychodeliczny parahiphopowy wodewil („Small Bills") i piękne liryczne, lekko niepokojące piosenki o dużej dawce ironii, przenikliwości i dramatyzmu („Older and Taller", „Obsolete", „The Trapper and The Furrer"). Na płycie mamy wielki rozmach aranżacyjny, liryzm, humor, piękną pozorną prostotę, wiele zaskoczeń i zadziwień. Dla każdego, kto ją poznał, niezmiennie pozostaje prawdziwą królową.