Kopciuszek – ta historia jest o mnie

Dla pisania gotowa jest zrobić wszystko. Obejrzeć ludzkie szczątki w prosektorium, spędzić długie godziny na komisariacie i... wywrócić swoje życie do góry nogami. Z poprzedniego małżeństwa wyszła tak, jak stała. Stworzyła od nowa nie tylko bohaterów swoich książek, ale i siebie. 
– Jestem z tego bardzo dumna – mówi Nele Neuhaus, niemiecka pisarka, autorka bestsellerowych kryminałów.

W filmach Alfreda Hitchcocka najpierw 
jest trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. Jak jest w pani książkach?

Zaczyna się zupełnie normalnie, nawet niewinnie... Krok po kroku ludzie ujawniają swoje mroczne oblicze. A trzęsienie ziemi? Zwykle jest na końcu.

Mordercy, zwyrodnialcy, wredne, dwulicowe typy. Skąd takie charaktery lęgną się w głowie osoby, która wygląda jak uosobienie delikatności i spokoju?

Naprawdę tak wyglądam? Pozory mylą! Czasem myślę, że sama jestem wybuchową mieszanką skrajności. Proszę, oto dowód. To mój łańcuszek, zawsze mam go na szyi. Zawiesiłam na nim krzyżyk i... pistolet. To symbole: łagodniejszej części mojej natury i książek, które piszę. Tajemnica tkwi w równowadze. To jedna z cech, jakie powinien mieć autor kryminałów. Dla mnie bardzo ważny jest rozwój bohaterów. Dla każdego z nich przygotowuję biografię. Wczuwam się, rozmyślam. Co zrobiłby w tej sytuacji, co by pomyślał? Czasem, gdy postać staje się zbyt zła, zmieniam ją. Stawiam się w roli boga, kreuję rzeczywistość.

Tylko jak być w tej boskiej roli wiarygodnym? Innymi słowy: skąd pani wie, o czym pisać?

Od samego początku starałam się dowiedzieć jak najwięcej o pracy policji, procedurach medycyny sądowej. Do każdej książki osobno przygotowuję się dodatkowo z wiedzy specjalistycznej. Czytam, rozmawiam z ludźmi. Jestem pilnym uczniem.

Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. Poszła pani na policję z długą listą pytań, a komisarz z inspektorem punkt po punkcie na nie odpowiadali...

Gdy po raz pierwszy skontaktowałam się z policją, nie miałam kredytu zaufania. OK, dostałam zaproszenie na komisariat, ale odbyło się to na zasadzie: niech przyjedzie, zobaczymy, co to za jedna. Przekonałam funkcjonariuszy do siebie tym, że byłam przygotowana do tej rozmowy. Pytałam więc, a oni tłumaczyli.

Jakie to były pytania?

Nie chodziło mi o konkretne sprawy, przypadki. Zależało mi na technikaliach, na najprostszych rzeczach, które powinien znać każdy w tym zawodzie. Co dzieje się na miejscu zbrodni zaraz po znalezieniu zwłok? Kto zostaje powiadomiony, kto dociera na miejsce w pierwszej kolejności? Jak wygląda praca techników? Stopniowo zmieniały się nasze relacje. Już na drugim spotkaniu przywitał mnie nie byle kto – szef komisariatu w Kelkheim (to miejsce, w którym toczy się akcja wszystkich moich kryminałów). Uścisnął mocno moją dłoń i powiedział: „Niestety, Olivera von Bodensteina nie ma w tej chwili, pojechał w teren. Postaram się zastąpić go najlepiej, jak potrafię". Byłam zaskoczona, że ten człowiek zna moją książkę i jej głównego bohatera. To od razu zmniejszyło dystans między nami. Dziś znam już szefa policji na całe Wiesbaden. Swego czasu zaprosił mnie nawet na cały dzień do centrum dowodzenia. To miejsce, do którego docierają wszystkie zgłoszenia i gdzie zapadają najważniejsze decyzje.

I pewnie szef policji jest dziś pierwszym recenzentem pani książek?

Nie. Powiedziałabym, że jest raczej ich wielkim fanem. Od czasu do czasu rzuca mi komplement: dobra robota, to jest nieźle napisane. Jasne, czasem muszę coś zmienić, bo policyjna praca to często nudne wypełnianie papierków, biurokracja, o której raczej nikt nie chciałby czytać. Ale nie koloryzuję rzeczywistości, nie podkręcam jej do przesady.

Czy z lekarzami medycyny sądowej poszło pani równie łatwo?

To zupełnie inna historia. Gdy pisałam pierwsze książki, nie miałam zielonego pojęcia o ich pracy. Nie miałam się do kogo zwrócić, nie stać mnie było na zatrudnienie specjalistów. Całą swoją wiedzę czerpałam z... amerykańskich seriali, choćby z „CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas". W końcu odważyłam się i napisałam do Instytutu Medycyny Sądowej we Frankfurcie. Przerażona i przejęta zarazem pytałam, czy któryś z asystentów mógłby poświęcić mi nieco czasu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy na mój list odpowiedział pewien bardzo utytułowany profesor i serdecznie zaprosił mnie do instytutu. Pamiętam, że dopadło mnie wtedy czarne poczucie humoru. Myślałam: no ładnie, w to miejsce z ulicy zazwyczaj nie trafiają żywi ludzie...

I gdy pierwsze lody z panem profesorem zostały przełamane...

...wypaliłam, że chciałabym się dowiedzieć, jak wygląda ciało, które przez trzy dni leżało w temperaturze 30 st. Celsjusza. Profesor zasępił się, zamyślił i odpowiedział po chwili, że w tutejszej chłodni znajdują się prawdopodobnie takie zwłoki. I jeśli tylko chcę, mogę je zobaczyć. Spanikowałam! Bałam się swojej reakcji. Szczęśliwie działo się to na początku października, dość chłodnego. Okazało się, że instytut nie ma jednak na stanie takiego „egzemplarza". Odetchnęłam. Skończyło się na oglądaniu zdjęć. I dobrze, bo trudno było rozpoznać na nich człowieka. Od tamtej pory wysyłam profesorowi te wszystkie części moich książek, które dotyczą medycyny sądowej. On zawsze czyta je bardzo skrupulatnie.

Gdy teraz opowiada pani o swoich początkach, wszystko wydaje się takie proste. Skąd czerpała pani przekonanie, że się uda?

Pisanie od zawsze było moim marzeniem. A z marzeniami, wiadomo, bywa różnie. Moja pierwsza książka... To był thriller, akcja rozgrywała się w Nowym Jorku. Wysłałam ją do kilku wydawnictw, które publikowały moich ulubionych autorów, Johna Grishama, Fredericka Forsytha. Ze wszystkich dostałam odpowiedzi odmowne.

Odmowne? Co się nie spodobało?

To były urzędnicze druki, gotowce, jakie wysyła się wszystkim początkującym pisarzom. Coś w stylu: dziękujemy za zaufanie i propozycję, ale pani twórczość nie pasuje do profilu naszego wydawnictwa. Życzymy szczęścia w przyszłości. Do widzenia... Załamałam się. W tamtym czasie pracowałam jeszcze w firmie byłego męża. Był on właścicielem zakładów przetwórstwa mięsnego. Zajmowałam się sprzedażą. Pomyślałam więc, że wydrukuję kilka książek i zacznę sprzedawać je w sklepie firmowym.

I ludziom, którzy przychodzili po kiełbasę, proponowała pani na deser... lekturę?

Dokładnie tak było! Może kotlecik, może książeczka? Najważniejsze, że klienci kupowali. Z czasem zaczęli mnie chwalić i dopytywać o kolejne tomy. To spowodowało, że powoli zaczęła wracać mi wiara we własne możliwości. Zapragnęłam zmiany.

Dlaczego? Równie dobrze mogła pani dalej być autorką kryminałów z mięsnego...

Nie, bo moja sytuacja osobista z każdym dniem stawała się coraz trudniejsza. Mój ówczesny mąż, dwadzieścia lat ode mnie starszy, był zamożnym człowiekiem. Mieliśmy pieniądze, konie, piękny dom, pozycję. Z zewnątrz uchodziliśmy pewnie za wzór przykładnego małżeństwa. Ale to były tylko pozory. Poznałam go, gdy miałam 21 lat. Początkowo wydawało mi się, że trafiłam do raju. Otrzeźwienie przyszło szybko. Dla kobiet czas między 20. a 40. rokiem życia jest kluczowy. To wtedy mają siłę, by przenosić góry, chcą rozwijać skrzydła. Niestety, tamten człowiek nie chciał mi na to pozwolić. Kontrolował każdy mój krok. Dosłownie, bo gdy wracał do domu, sprawdzał komputer. Jeśli był ciepły, krzyczał: „Co, znowu marnowałaś czas na głupią pisaninę?'. Nie wolno mi było tego robić. I właśnie dlatego, przewrotnie, zaczęłam uciekać w tę pisaninę. Książki otwierały przede mną inny świat, o wiele większe możliwości. Dlatego postanowiłam całe swoje ówczesne oszczędności, 
4 tys. euro, zainwestować w wydrukowanie książek. Zresztą, wiele nie ryzykowałam, bo i wiele nie miałam.

Moim zdaniem ryzyko było jednak olbrzymie: gdyby książki nie zyskały szybko czytelników, tamten człowiek miałby satysfakcję, a pani mogłaby już nigdy nie wrócić do pisania.

Rzeczywiście, postawiłam na szali własne marzenia. Mój mąż cały czas z ironicznym uśmiechem powtarzał: to się nie uda, to nie ma prawa się udać. Nie miałam w nim wsparcia. Dlatego gdy pojawili się czytelnicy, gdy zaczęło ich przybywać, zyskałam wolność. Uczyłam się jej powoli, tak jak człowiek uczy się pływać. Uważałam, by się nie zachłysnąć. Poczułam w sobie siłę, by wyzwolić się z chorego związku, zostawić całe dotychczasowe życie za sobą.

Opowiada mi pani historię swojego życia...

Bo jest ona nierozerwalnie związana z książkami i ma trochę taki filmowy happy end. W Niemczech media, opisując moją drogę do sukcesu, nazwały mnie współczesnym Kopciuszkiem.

I ten Kopciuszek ma pewnie dziś satysfakcję?

Wielką! Bo na początku było mi potwornie trudno. Gdy sprzedałam pierwsze egzemplarze książek, nie świętowałam głośno, nie było fajerwerków. Cieszyłam się sama, po cichu. To, co wtedy czułam, jest w stanie zrozumieć tylko inna kobieta, która przez lata tkwiła w toksycznym związku. Nawet gdy miałam pierwsze spotkania z czytelnikami, mąż pilnował godziny, o której wracałam do domu. Nie mogłam spóźnić się ani chwili. W tym czasie zachorowałam. Miałam 44 lata, gdy w moim życiu przyszedł przełom: operacja wszczepienia zastawek serca. Rozpadło się też moje małżeństwo. Wyprowadziłam się z domu, z poprzedniego życia tak, jak stałam. I znów – na powierzchni trzymały mnie książki. Wyszłam dzięki nim na prostą. Zyskałam odskocznię finansową.

Ale na tym nie koniec, prawda?

Znalazłam miłość, fantastycznego męża, który wspiera mnie we wszystkim, co robię. Pięć lat temu urodziłam się na nowo. Dziś jestem szczęśliwą, spełnioną kobietą.

Ma pani swój powód, by opowiadać o sobie tak otwarcie?

Tak, bo wiem, że wiele kobiet było i jest w podobnej sytuacji. Część z nich straciła nadzieję, że cokolwiek pozytywnego może jeszcze je w życiu spotkać. Mnie się udało. Dziś próbuję odpłacić losowi za to, co od niego dostałam. Dlatego założyłam fundację. Chcę docierać do dzieci i przekonywać je, że czytanie ma sens, że książki są dla nich przepustką do lepszej przyszłości. W Niemczech często występuję w mediach i jestem przedstawiana jako przykład.

Przykład czego?

Że życie kobiety nie kończy się po czterdziestce. Ono wtedy dopiero się zaczyna.

I jak się pani czuje w roli takiego przykładu?

Dziwnie. Szczerze mówiąc: zachowuję ostrożność. Wiem, że są kobiety o wiele mocniej uwikłane. Mają dzieci, nie pracują lub zarabiają grosze, są całkowicie zależne od innych. Im na pewno dużo trudniej jest znaleźć siłę do walki. Nie mogę im powiedzieć, by po prostu rzuciły wszystko.

Może łatwiej byłoby pójść w tak zwaną literaturę kobiecą, pisać romanse, biografie. No, może „Pięćdziesiąt twarzy kogoś tam" i karmić ludzi marzeniami...

Nie, bo kobiety naprawdę piszą świetne kryminały. Poza królową gatunku Agathą Christie są chociażby Camilla Lackberg, Elisabeth Herrmann, Fred Vargas. W całej historii krym