Koka, Colca i kondory

Wąwóz rzeki Colca w Peru jest dwa razy głębszy od wielkiego kanionu Kolorado. jego dno, pokryte głazami, bez śladu roślinności, przypomina księżyc. Główną atrakcją tego skrytego w Andach wąwozu są kondory, ale dla nas istotne jest również to, że kanion Colca zawdzięcza sławę krakowskim kajakarzom.
Kanion Colca, rozciągający się na 120 km, kryje w sobie preinkaskie umocnienia, grobowce, jaskinie i tajemnicze kamienne kopczyki
Peru to kraj, którego nie da się poznać w ciągu jednej, nawet dwutygodniowej podróży. Geograficznie tworzą go trzy regiony: Costa (ciągnący się przez ponad 2,5 tys. km pas pustyni przy wybrzeżu Pacyfiku), Sierra (rozciągające się równolegle do wybrzeża pasmo Andów) i Selva (położona w głębi dżungla amazońska). Problem w tym, że ze względu na brak dróg niełatwo się tam przemieszczać. Krótko mówiąc, trzeba coś wybrać. Na mojej trasie jednym z miejsc jest znajdujący się w Andach Cañón del Colca.

Już sama droga do Kolki, jak nazywają to miejsce Polacy, dostarcza wielu wrażeń. Punkt startowy to miasto Arequipa, odległe od wąwozu o 160 km. Niby niedaleko, ale dojazd jest dość czasochłonny, choćby dlatego, że wijąca się po zboczu góry wąska droga nie jest zbyt bezpieczna.
Wśród licznych kapliczek upamiętniających tu wypadki jest też jedna z polską flagą – dla sześciu polskich turystów i ich dwóch lokalnych opiekunów, którzy w 2000 r. stoczyli się w przerażającą, stumetrową przepaść. Podróż uprzyjemniają widoki, na przykład na ośnieżony na szczycie wulkan Ampato (6310 m), słynny ze znalezionej na nim Juanity – mumii dziewczynki zabitej w celach rytualnych. W czasach Inków składanie ofiar z ludzi było na porządku dziennym, traktowano je wręcz jako swoisty zaszczyt.
W pewnym momencie przy szosie pojawiają się znaki „Uwaga, wikunie” (inaczej: wigonie). Rzeczywiście, zaraz potem napotykamy ich stadko, które tworzy samiec z haremem samic i młodymi. Należące do rodziny wielbłądowatych, mylone z lamami zwierzęta pasą się na wysokogórskim płaskowyżu, wyskubując świeże kiełki rosnącej na pustyni trawy ichu.
To właśnie wikunie widnieją w herbie Peru. Ich wełna, często porównywana do jedwabiu, jest wyjątkowo cenna – w dawnych czasach szyto z niej ubrania dla inkaskich władców. Nic dziwnego, że wikunie stały się gatunkiem zagrożonym. Teraz są ściśle chronione, za ich zabicie grozi wiele lat więzienia. Za szalik z oficjalnie pozyskiwanej wełny wikunii trzeba zapłacić nawet 700 dol.
Udomowione kuzynki wikunii, które Indianki przyprowadzają w miejsca odwiedzane przez turystów w charakterze modelek do zdjęć, to lamy albo nieco mniejsze od nich alpaki. Zwykle z ich wełny robi się sprzedawane na każdym kroku czapki, swetry czy skarpety. – Madame, baby alpaca… – zachwalają sprzedawczynie. Wbrew skojarzeniom wcale nie chodzi o malutką alpakę, lecz o delikatną wełnę z pierwszego strzyżenia.
Boskie liście
Znaki przy szosie ostrzegają przed wikuniami, które pasą się na wysokogórskim plaskowyżu
Dłuższy przystanek robimy na pełnej kamiennych kopczyków przełęczy, będącej najwyższym na naszej trasie punktem (4850 m n.p.m.). Jest zimno i wietrznie, ale przecież to wyżej niż Mont Blanc.
Część turystów odczuwa tu bóle głowy, bardziej wrażliwi nawet wymiotują. To objawy choroby wysokościowej zwanej w Peru soroche. – Pomoże wam koka – zachęcają miejscowi przewodnicy, podkreślając, że liście tego sięgającego dwóch, trzech metrów krzewu, zwanego po polsku krasnodrzewem pospolitym, to jeszcze nie narkotyk. Owszem, zawierają śladowe ilości kokainy (około 1 proc.), ale żeby otrzymać tę groźną substancję, potrzebna jest bardziej skomplikowana technologia przetwarzania ogromnych ilości liści.
– Pojedyncze liście, żute lub wykorzystywane do naparu, działają jak kawa, tylko są od niej zdrowsze – twierdzą miejscowi. Lista wyliczanych przez nich zalet koki jest długa: dostarcza witamin i minerałów, dodaje energii, łagodzi zmęczenie i senność, a nawet zwiększa sprawność seksualną oraz przedłuża życie. W czasach Inków żucie koki traktowanej jako dar bogów zarezerwowane było jedynie dla osób z najwyższych sfer: władców i ludzi z ich otoczenia, kapłanów i szamanów. Był nawet czas, kiedy liściasty specyfik stanowił swoisty środek płatniczy, dawano go w nagrodę, a niekiedy rozliczano nim podatki.
Co ciekawe, pod koniec XIX w. wyciąg z liści koki był składnikiem istniejącej już wówczas coca-coli – Amerykanie zrezygnowali z jego dodawania dopiero 100 lat temu.
Postanawiamy spróbować, w końcu to lokalny specjał, a jeszcze ma pomóc. Fanami żucia liści jednak nie zostajemy – brakuje nam wprawy w utrzymaniu zrobionej z nich kulki pomiędzy zębami a policzkiem, a poza tym średnio nam taka papka smakuje. Za to serwowana w praktycznie każdej andyjskiej knajpce herbatka z koki (mate de coca) szybko zyskuje nasze uznanie. Fakt, też jest specyficzna, ale można się przyzwyczaić, no i faktycznie dobrze robi na samopoczucie. Można ją w Peru kupić nawet w supermarketach (w wersji saszetek). Oprócz niej z liści koki robi się też ciasteczka, cukierki, marmolady, a nawet piwo. Pytanie, czy można tego typu „pamiątki” przywieźć do Europy? Celnicy na warszawskim Okęciu powiedzieli mi, żebym jak najszybciej o tym zapomniała.
Sandał z Avenida Polonia
Najważniejszym elementem stroju Indianki jest kapelusz. Dzięki niemu można poznać, skąd pochodzi i jaki jest jej stan cywilny
Nadchodzi moment, kiedy wysokogórska pustynia się kończy i zaczynają uprawne tarasy. Buduje się je od stuleci – większość z nich to jeszcze przedinkaskie konstrukcje, umacniane przez kolejne pokolenia, często przez ponad 1000 lat. Wznoszenie kamiennych murków to żmudna praca, ale jeśli chce się mieć na stromych zboczach choćby skromne poletka, inaczej się nie da.
W końcu dojeżdżamy do Chivay. Ta licząca około 7 tys. mieszkańców „metropolia” jest największym miasteczkiem w rejonie Kolki. Centralne miejsce to skwer, zwany – tak jak w prawie każdej peruwiańskiej mieścinie – Plaza de Armas, czyli plac Broni. Zaglądamy do stojącego przy nim kościoła – oprócz nas po świątyni kręcą się jeszcze tylko stara Indianka i bezpański pies, co zresztą nikomu nie przeszkadza, bo w końcu to też stworzenie boże. Indianka pobożnie wpatruje się w figurę jakiegoś świętego w wielkim sombrerze i kolorowej, wyszywanej ręcznie szacie. To normalne, że w peruwiańskich kościołach świętych ubiera się w wyszukane stroje.
Z drugiej strony placu na skromnym obelisku wisi tablica – po hiszpańsku, angielsku i po polsku – wyjaśniająca, że „z tego miejsca 13 maja 1981 r. wyruszyła polska Akademicka Wyprawa Kajakowa Canoandes '79, która zdobyła i odkryła dla Peru i świata najgłębszy na świecie kanion Rio Colca”. Zdjęcia z wyprawy można obejrzeć na miejscowym… posterunku policji.
Dzielnych kajakarzy upamiętnia też nazwa jednej z ulic: Avenida Polonia. Stoi przy niej kolejny pomnik, tyle że już nie Polaków, lecz… gumowego sandała! Wynalazek sandałów robionych ze starych samochodowych opon zrobił furorę w wielu krajach. Poza Ameryką Południową powszechnie stosują go także biedni mieszkańcy Afryki, jednak tylko w Peru wyniesiono sandały na piedestał.
Najbardziej ruchliwe miejsce w miasteczku to oczywiście bazar. Naszą uwagę zwracają ziemniaki, przybierające tutaj formy, o jakich nigdy się nam nie śniło. Jakby nie było, Peru jest ojczyzną ziemniaka. Podobnie jest z kukurydzą – na indiańskich bazarach mamy do wyboru nie tylko żółtą, ale także różową, białą, czarną i fioletową, z której robi się na przykład doskonały kisiel!
Jest też qinua – drobna kasza, jedno z narodowych dań Peruwiańczyków. Szukając owoców, trafiam na Indiankę z koszem opuncji, zwanych tutaj tuna. Kobieta wprawnym nacięciem noża zdejmuje z nich kłującą skórkę i za chwilę delektuje się smacznym kaktusem. Opuncja jest też ważna z innego powodu – żerujące na jej liściach owady wykorzystuje się jako naturalny, czerwony barwnik.
A co do Indianek, targ jest świetnym miejscem, aby popatrzeć na różnorodność ich strojów. Najciekawszym i obowiązkowym elementem są kapelusze. Dzięki nim można poznać, skąd kobieta pochodzi, a także jaki jest jej stan cywilny. W samym Chivay nosi się sztywne, białe kapelusze słomkowe, w nieco niżej położonej wiosce Pichollo – haftowane, z wielobarwnego materiału. Z kolei nad jeziorem Titicaca dominują sztywne, jednobarwne meloniki, zaś koło Cusco – nakrycia głowy w stylu kowbojskim.
Cumtur, czyli kondor
Kondory zamieszkują w Andach, od Wenezueli na północy, po przylądek Horn na południu. W kanionie Colca są główną atrakcją
Najlepszym pomysłem na wieczór w Chivay jest wybranie się do La Calera – pobliskich źródeł termalnych. Ze względu na wysokość, na jakiej położone jest Chivay (3600 m), po zachodzie słońca robi się tam bardzo zimno, jednak leżąc w basenach z gorącą wodą i patrząc na rozgwieżdżone niebo, na którym widnieje też Krzyż Południa, dojdziemy do wniosku, że to jeden z najlepszych wieczorów naszego życia.
Gorzej, gdy kolejnego dnia przychodzi zrywać się bladym świtem. To niestety nieodzowne, żeby zdążyć dojechać na punkt widokowy zwany Krzyżem Kondora (Cruz del Condor). Tam właśnie, w określonych porach (zwykle około godz. 9 rano i w godz. między 16 a 18) szybują kondory. Krzyż rzeczywiście stoi we wspomnianym miejscu i – według lokalnych wierzeń – ostrzega przed mieszkającym w kanionie diabłem, ale kondorów nie widać. Mamy więc czas, aby podziwiać ogrom kanionu.
Gdzieś tam daleko, w dole, niczym wąska wstążka wije się rzeka – ściany ciągnącego się przez 120 km kanionu w najwyższym punkcie wznoszą się 3,4 tys. m ponad jej poziom. Czy to rzeczywiście najgłębszy kanion świata? Sprawa okazuje się sporna – według niektórych źródeł palmę pierwszeństwa przejął znajdujący się również w Peru, prawie po sąsiedzku, Kanion Cotahuasi. Są i tacy, którzy upierają się przy tybetańskim wąwozie Yarlung Tsangpo.
Mniejsza o to. Kanion Colca jest wielki, no i nie bez znaczenia jest fakt, że to nasi rodacy zeksplorowali go jako pierwsi w świecie. To dzięki nim w dole wąwozu pojawiło się sporo polskich nazw – są tu m.in. wodospady Jana Pawła II i Kanion Polaków. Nagle – poruszenie! Pojawiły się kondory! Wielkie i dostojne. Wyleciały ze skalnych nisz gdzieś pod nami (klasycznych gniazd nie budują) i wykorzystując termiczne prądy, majestatycznie szybują, raz wznosząc się, raz wlatując w głąb kanionu. Podziwiamy ich ogromne skrzydła