Kocham życie

Pokonać ocean samotnie, kajakiem. Przepłynąć go trasą tak niebezpieczną, że krew mrozi w żyłach (wody i wiatr na Północy są lodowate). Aleksander Doba 
rozpoczĄŁ swoją trzecią wyprawę transatlantycką i... przerwał ją niespodziewanie. – Gdy co jakiś czas patrzę w lustro, nie widzę szaleńca i samobójcy – tłumaczy podróżnik, 
który nie stracił nic ze swojego zapału. 
– Start honorowy już był, ostry trzeba 
tylko nieco przełożyć – mówi i zapowiada, 


Swoje 70. urodziny chciał pan uczcić trzecią 
wyprawą transatlantycką. Nie udało się...

Niektórzy mówią: co cię nie zabije, to cię wzmocni. 
I... mają sporo racji.

Myśli pan kategoriami: sukces – porażka?

Nie, bo to bardzo względne pojęcia. Himalaista Krzysztof Wielicki wielokrotnie podejmował próby zdobycia K2. Czasem rezygnował, gdy od szczytu dzieliły go zaledwie metry. Ale właśnie takie decyzje ratowały mu życie. A ja... Start honorowy już miałem, ostry – planuję za niecały rok. Zresztą – 71 lat to też piękna okazja! Nie jestem samobójcą. Gdybym chciał płynąć za wszelką cenę, być może teraz gazety pisałyby: oto człowiek, który swój bohaterski czyn przypłacił życiem. Gdy wylądowałem awaryjnie na plaży, byłem zły, trochę zawiedziony, ale z całą pewnością nie załamany. To nie w moim stylu. Na szczęście. Dzięki temu mogę myśleć o kolejnej wyprawie.

Gdy człowiek kończy 30, 40 czy 50 lat, czasem decyduje się zrobić ze swoim życiem coś ekstra. Zmienia pracę, robi kurs pilotażu, skacze na bungee. Pan – płynie 
kajakiem przez ocean. To się nazywa rozmach!

Bo ja wiem? Skoki na bungee zaliczyłem już jakiś czas temu.

Skakał pan?

Kilka razy. Wiele lat temu byłem skoczkiem spadochronowym i chciałem po prostu przypomnieć sobie stare czasy.

I jak było?

Krótko mówiąc: nie ta skala! Skoki z samolotu to zupełnie inna wysokość, wrażenia, rozmach. Ale spróbowałem bungee, mam to doświadczenie za sobą i wiem, jak smakuje.

Pan jest kolekcjonerem smaków życia?

Lubię robić nowe rzeczy i naprawdę nie wiem, co to nuda. 
Co chwila wpada mi do głowy inny pomysł. Dlaczego więc 
miałbym go nie zrealizować?

Trzecia wyprawa transatlantycka jest naturalną 
konsekwencją dwóch poprzednich – pisze pan 
na swoim blogu. Ona po prostu musi się wydarzyć?

Tak, bo jeszcze przed pierwszą wyprawą nakreśliłem taki scenariusz. Postanowiłem przepłynąć Atlantyk w trzech etapach. Pierwszy – z Afryki do Ameryki Południowej – był sprawdzeniem całej tej idei. Chciałem przetestować kajak, sprzęt, ale też samego siebie. Bo równie dobrze wyprawa mogła mi się nie spodobać.

I co wtedy? Nie byłoby ciągu dalszego?

Na pewno nie miałbym tego entuzjazmu, który dziś pcha mnie do działania. Bo ja nie lubię robić rzeczy wbrew sobie. Poszczególne etapy łączyły wspólne założenia. Wyprawy są samodzielne, samotne, bez pomocy z zewnątrz, a odcinki między kontynentami pokonuję wyłącznie kajakiem napędzanym siłą moich rąk. Ale wracając do scenariusza... Drugi etap miał być z Ameryki Południowej do Północnej. Ostatecznie zamienił się w wyprawę, w której z sukcesem przepłynąłem najszerszy odcinek oceanu z Lizbony na Florydę. Nie obyło się bez problemów technicznych i niesprzyjających wiatrów. Musiałem podzielić tę wyprawę na dwie części. W pierwszym etapie spędziłem na oceanie 141 dni 19 godzin i 55 minut. Niekorzystne wiatry na zachodnim Atlantyku zatrzymały mój kajak na ponad 40 dni i wymusiły zawinięcie na Bermudy. Drugi odcinek rozpocząłem od zwodowania kajaka z żaglowca „Spirit of Bermuda". Ale dalej nie miałem szczęścia. Podczas całej operacji złamany został pałąk uniemożliwiający kajakowi pływanie dnem do góry, zbity został klosz światła nawigacyjnego. Mimo to postanowiłem dokończyć trasę. Trzecia wyprawa poprowadzi mnie z Ameryki Północnej do Europy.

Zdążył już się pan przekonać, że tym razem ryzyko 
jest dużo większe.

Tak, i nie chodzi tylko o częstsze sztormy. Przede wszystkim zimniejsze są woda i powietrze. Skala trudności rośnie więc wszechstronnie. To dlatego z kolejnym startem muszę poczekać do maja. Nie wybrałem korzystnego terminu na wyprawę, tylko ten najmniej niekorzystny. Teraz mam czas, by się przygotować. Będę na pewno bardzo zmotywowany. I proszę wierzyć, że mi się uda.

Dostał pan od oceanu ostrzeżenie?

Ostrzeżenie? Chyba tak... To żywioł, do którego trzeba podchodzić z olbrzymim respektem. Atlantyk znalazł lukę w moim planie i dał mi nauczkę. Popełniłem drobne błędy, kajak dwa razy wywróciło do góry dnem. Za pierwszym razem – gdy siedziałem w kokpicie z wiosłem w ręku. Dla mnie nie było to nic nadzwyczajnego, bo podczas treningów robię takie manewry, choćby eskimoskę (odwrócenie kajaka po wywrotce za pomącą ruchu wiosła bez pomocy z zewnątrz – red.). Dlatego gdy znalazłem się pod wodą, to choć kajak był bardzo ciężki, wiedziałem co robić. W nocy przez pięć godzin walczyłem samotnie z falami, które wdzierały się do wnętrza. Ja byłem bezpieczny, ale ucierpiał sprzęt, dla którego słona woda okazała się zabójcza.

Błędy na oceanie zawsze słono kosztują?

Pamiętam, że podczas pierwszej wyprawy nieźle nawaliłem. Ja, doświadczony kajakarz. Nie wziąłem na drążek wiosła małych krążków, które zabezpieczają dłonie przed spływającą wodą. To był kolosalny błąd, przez który bardzo cierpiałem. Ale pretensje mogłem mieć tylko do siebie. Podczas drugiej wyprawy zdarzyła mi się przerwa w łączności, trwała ponad miesiąc. Zaczęło się ode mnie, a potem ruszyła lawina błędów innych osób. Dlatego zawsze szukam winy w sobie.

Takie wyprawy uczą pokory?

Mam w głowie dwa, bardzo dla mnie ważne, zdania sir Ernesta Shackletona. To był irlandzki badacz, polarnik. Zamieniam w tych słowach tylko wyrazy, zamiast „morze" jest „woda". Tak więc: Woda to jest żywioł, którego nie zwycięży się nigdy. Można być jedynie niepokonanym.

Dla pana oznacza to, że...

...Atlantyk tylko przepłynąłem, nie dając się pokonać. Komentując kolejne wyprawy, media piszą czasem: oto człowiek, który pokonał ocean. Te słowa nie są o mnie, bo ocean nie jest moim rywalem. Nie chcę z nim walczyć, a co gorsza – zginąć gdzieś na jego dnie.

Ale na pewno nieraz musiał się pan zmierzyć 
z pytaniem: po co to wszystko?

Intensywność wrażeń, możliwość wniknięcia we własną psychikę bez zakłóceń, bycie zdanym tylko na siebie – tych chwil nie da się z niczym porównać. Zdradzę coś pani: ja kocham życie! Zresztą, człowiek nie ma nic cenniejszego. Ciągle jestem ciekawy świata. Nieraz już słyszałem, że pora skończyć. Że powinienem zacząć jeździć po świecie z wykładami, opowiadać innym, co widziałem. Mam jednak świadomość, że taka wyprawa jest osiągalna tylko dla nielicznych. Wiem, że trafiłem do elitarnego grona szczęśliwców, którzy mogą realizować marzenia. Gdybym nie skorzystał z takiej okazji, byłbym... Głupi byłbym i tyle. Wyprawy powodują, że jeszcze bardziej szanuję życie, ludzi, swoją rodzinę...

I dlatego ucieka pan od nich na długie tygodnie?

Nie! Cenię to, co dla mnie robią. Podczas drugiej wyprawy, po 138 dobach samotności, dowiedziałem się, że płynie do mnie pięć osób. Musiały pokonać 200 km, zajęło im to 13 godz. Dzięki temu miałem czas, by się przygotować na ich wizytę.

Mówi pan tak, jakby przyjmował gości.

Bo tak było. Oni myśleli, że zobaczą zmęczonego, przerażonego człowieka. A ja wyszorowałem się, wypucowałem kajak. Godnie ich przyjąłem. Mój przyjaciel ze Stanów Zjednoczonych, Piotr Chmieliński, przywiózł ze sobą całą ekipę telewizyjną. Dziennikarka zwiedziła nawet mój mały dom, a ja odtąd mogłem żartować, że była moją dziewczyną na kajaku. Przez trzy godziny śmialiśmy się, rozmawialiśmy. Aż żal było się rozstać. W końcu goście wsiedli na jacht i odpłynęli, a ja wróciłem do wiosłowania. Miałem jeszcze te 200 km przed sobą, jakie dzieliły mnie od wybrzeży Ameryki Północnej.

Gdy słyszy się o ludziach, którzy zdobywają szczyty, pokonują olbrzymie dystanse, to, bez urazy, staje zwykle przed oczami obraz sportowca w sile wieku, dobrze zbudowanego, nieco atletycznego. A pan...

A ja nikomu w metrykę nie zaglądam. Nie muszę niczego udowadniać ani sobie, ani nikomu innemu. Po prostu 
nie potrafię usiedzieć w miejscu i chcę tę energię jakoś 
spożytkować.

Stąd te szalone pomysły?

Gdy od czasu do czasu patrzę w lustro, nie widzę w nim szaleńca. Przed startem dziennikarze pytają mnie, czy tym razem ruszam na wyprawę życia. Ja na to robię wielkie oczy. Bo w głowie kreślę plany kolejnej i kolejnej podróży. I to one będą tymi życiowymi.

Bo będzie pan nimi żył przez 
kolejne miesiące?

Dokładnie o to mi chodzi.

Między wyprawami transatlantyckimi zrobił pan sobie 
przerywnik – podróż po 
Amazonii. I mało nie przypłacił pan tego życiem!

Mówi pani o tych moich przygodach z bandytami? No cóż, napadli mnie. Ale już mówiłem: ja kocham życie. Starałem się więc, jak mogłem, by przekonać tych panów, że nie stanowię dla nich żadnego zagrożenia. Po co więc mają się stresować i, co gorsza, mnie zabić. Skończyło się dobrze. W każdym razie: w miarę dobrze, bo zostałem obrabowany ze wszystkiego. Przerwałem wyprawę, bo ryzyko dla samego ryzyka nie jest dobre. Wróciłem do Polski. Tłumaczyłem sobie, że w kraju też mam sporo roboty. Założyłem fundację, której celem jest szerzenie wiedzy o świecie. Jeżdżę po szkołach, domach kultury i opowiadam o tym, że można realizować marzenia, przekuwać wizje w plany.

Z tym że wiele osób marzy i na marzeniach kończy. Dlaczego jednym się udaje, a innym nie?

Po pierwszej wyprawie ludzie gratulowali mi i mówili: super, że ci się udało. Kilka razy obruszyłem się na te słowa. – Nic mi się nie udało! – odpowiadałem. – Co, nie przepłynąłeś? – dociekał mój rozmówca. – Chodzi o to, że zrealizowałem dobrze przygotowaną wyprawę. Gdybym myślał tylko o tym, co się uda, a co nie, to pewnie poległbym na pierwszej większej fali. Marzenia są piękne, ale trzeba się do ich realizacji gruntownie przygotować. Początkowo często działałem sam. Dziś mam przy sobie zgraną ekipę, to moi przyjaciele i rodzina. Żona nie odstępuje mnie na krok, pomaga we wszystkim. A pamiętam, że jeszcze niedawno chciała storpedować plany pierwszej ekspedycji.

To normalne: bała się o męża.

Ja jej powtarzam, że nie da się jednocześnie być w domu 
i na dalekiej wyprawie. Jest czas i na jedno, i na drugie.

Blisko 30 lat mieszkał pan w Swarzędzu, skończył 
pan Politechnikę Poznańską i jest emerytem 
Zakładów Chemicznych Police. Krótko mówiąc: 
nie miał pan wcześniej z wodą wiele wspólnego.

Jak nie? Piłem wodę, kąpałem się regularnie, bywałem nawet na basenie.

Niełatwy z pana zawodnik! To inaczej: latał pan 
na szybowcach. Po co przesiadł się pan do kajaka?

Nic nie zastąpi latania! To jest coś wspaniałego. Zrezygnowałem, bo musiałem. Nie chcę do tego wracać. A kajaków nie planowałem. Jakoś tak samo wysz