Kocham smutek

Po triumfalnym debiucie zadzwonił do niej sam Burt Bacharach. Pochodzącą z angielsko-pakistańskiej rodziny Rumer zachwycił się nie tylko on. My też ją wielbimy – za „slow”, „arethę” i za jej głos.

Teraz, gdy jesteś gwiazdą...
Tak myślisz?


Rumer. Rocznik 1979. Naprawdę nazywa się Sarah Joyce. Pseudonim jest hołdem dla pisarki Rumer Godden. Debiutancki album przyniósł jej rozgłos i uznanie, m.in. Eltona Johna i Burta Bacharacha. „Od czasu Karen Carpenter nie było takiego talentu i głosu” – pisali o niej angielscy krytycy.
No dobrze, stajesz się gwiazdą. Pół roku temu nagrałaś jedną z najlepszych płyt w Wielkiej Brytanii.
Możliwe, ale nie śledzę zestawień w gazetach.

Bo to chyba inny rodzaj gwiazdorstwa niż ten z pierwszych stron. Fani Lady Gagi czy Beyonce mogą nie zauważyć tej płyty. Ty sama pewnie nie czujesz się za dobrze w nowej roli?
To, co się wokół mnie dzieje – cały ten szum medialny, komplementy, recenzje, koncerty – oszałamia mnie. Muzyka, którą śpiewam, i całe moje dotychczasowe życie są tak daleko od wielkiego świata show-biznesu, że w tej chwili czuję się trochę, jakbym oglądała film z samą sobą. I jakby mnie ktoś ogłuszył, niczym rybę przed patroszeniem. Patrzę na gorączkowe zabiegi wokół mojej osoby i czuję się dziwnie. Z natury nie jestem kimś, komu zależałoby na rozgłosie.

Co się zmieniło? Podobno nie tak dawno sprzedawałaś popcorn, reklamy, iPody i chwytałaś się każdej pracy, żeby się utrzymać?
To prawda. I dlatego tym dziwniejsze jest całe to zamieszanie. Gdy wytwórnia zdecydowała, że wyda mój album, zrozumiałam, że trzeba będzie go nagłośnić, rozreklamować. Ale promowanie własnych przeżyć wydaje mi się sztuczne. Wiem, że takie są reguły show-biznesu, ale te dwie rzeczy – bycie muzykiem i reklamowanie własnej twórczości – nie pasują do siebie.

W byciu sławną nie ma nic fajnego?
Och, nie! Jest to bardzo fajne do pewnego momentu. Czuję się trochę tak, jakbym każdego dnia miała przyjęcie urodzinowe. Aż boję się momentu, w którym wypiję o kieliszek wina za dużo i zacznę płakać przy wszystkich. A tak na serio, to zaczynam się do tego przyzwyczajać, po prostu. Cieszy mnie, że ludzie zareagowali tak entuzjastycznie na „Seasons of My Soul”, który miał być płytą niszową.
Nie dam z siebie zrobić kolejnej księżniczki pop ani divy soulu. Z prostej przyczyny: jestem już za stara na takie numery

Ależ to jest nisza! Ale zarazem jest to tak dobra muzyka, że „przemówiła” do wielu ludzi. To się zdarza.
Naprawdę wciąż trudno mi w to uwierzyć...

Nagrywanie pierwszej płyty bywa roz­czarowujące dla debiutantów. Wy­twórnia dała ci wolną rękę we wszyst­kim? A może trochę cię „ponaprawiali”, pozmieniali to i owo?
Nie, najdziwniejsze jest to, że niczego nie zmieniali. Wysłaliśmy do nich gotowe, nagrane już piosenki. Już sam fakt, że przesłuchali płytę, którą wyprodukował nieznany im producent, zakrawał na cud. Potem okazało się, że spodobało im się wszystko i nie chcieli zmieniać absolutnie nic.

Podczas pracy w studiu również?
Również. Bardzo mnie to cieszy, bo od początku sama zajmowałam się tą płytą: napisałam teksty, skompono­wałam melodie, rozpisałam partie instrumentów, zmiksowałam album. Znam go na wylot, to rezultat wielkiej miłości i ciężkiej pracy. Wy­daw­ca nie zmienił w nim ani jednej nuty. Jestem wdzięczna za uszanowanie mojej wizji.

Sarah Joyse jeszcze w depresji, ale już po jasnej stronie życia. Swoją muzyką daje siłę innym outsiderom
Niewiele artystek popu komponuje muzykę, a do tego tworzy teksty. Zawsze sama pisałaś piosenki?

Tak, odkąd pamiętam, lubiłam pisać, głównie wiersze. Był taki czas, że poezja i muzyka trzymały mnie przy życiu, jakkolwiek banalnie to zabrzmi. Zawsze lubiłam też grać na różnych instrumentach i śpiewać. Nigdy jednak nie myślałam o tym jak o pisaniu piosenek. – Nazwałabym to raczej składaniem dźwięków, słów, muzyki w jedno. To proces bardzo intuicyjny i czujny, ale wynikający z tego, czym i kim jestem.

Dlaczego w ogóle piszesz? Skąd wiesz, że to jest dobre?
Myślę, że potrafię ocenić, kiedy coś jest dobre, ponieważ bardzo kontroluję jakość moich tekstów i muzyki. Zajmuję się także promocją młodych artystów w Londynie, więc wiem, czego mogę wymagać od siebie. Piosenki na tę płytę powstawały przez trzy lata, była ich cała masa. Odrzucałam te, które mogły się nie spodobać albo były nie dość różnorodne. Poza tym mam świadomość, że te utwory powstały z inspiracji czymś spoza tego świata – nazwijmy to Bogiem, nazwijmy natchnieniem lub talentem – ale wiem i czuję, że ktoś czy coś sprawia, że piszę właśnie takie piosenki, a nie inne.

Tak powstały „Saving Grace”, „Healer”, „Thankful”? W pewnym sensie brzmią one jak wyznanie wiary. Patrzysz w górę i pytasz: jest tam ktoś?
Pisząc je, wyobrażałam sobie niebo. Nie w sensie biblijnym, ale tak zwyczajnie, jak każdy z nas – jak tam może być, co nas czeka po śmierci. Jestem wierząca. Ale myślę, że podobnie ocalającą siłę co wiara, a nawet większą, może mieć przyjaźń. „Saving Grace” to piosenka o przyjaźni. Siedzisz w pracy, której nie cierpisz, wszystko ci się wali, lecz jest ktoś, kto wyciąga do ciebie rękę. Jak długo ta ręka tam jest, tak długo ty żyjesz. Przyjaźń to łaska.

Śpiewasz o wielkim smutku, ale da­jesz też nadzieję. Muzyka nas zrównuje?
To zależy, kto z nas to zauważy, ale tak. W „Thankful” opisuję pewne momenty w życiu, które każdy przeżywa tak samo, niezależnie od koloru skóry, narodowości i wyznania. Każdemu zdarza się iść ulicą i zachwycić się nieuchwytnym pięknem jakiejś chwili, na przykład słońcem odbijającym się w oknach kamienicy, letnią mżawką. To uniwersalny zestaw doświadczeń. Nie ma ludzi, którzy nie potrafią w sobie uruchomić tak prostych i zwykłych reakcji na codzienność. W „Thankful” śpiewam o tym, że czasami warto się zatrzymać, zrozumieć i dziękować za te jedyne i wyjątkowe momenty, których nic nie zatrzyma, ża­den kadr, żadne słowo. Musimy chcieć je zauważyć. Brzmi to bardzo górnolotnie, ale wcale nie jest tak oczy­wiste ani proste, jak się myśli.

Co dla ciebie było takim momentem?
Śmierć matki. Ilekroć stoję przy jej grobie, zawsze mi się przypomina, że jeszcze gdy żyła, zwykle mówiła do mnie: „Na litość boską, ogarnij się! Co z tobą?”. Matka tak reagowała na moją depresję. Dziś powtarzam to jak mantrę. Wciąż pamiętam ten zwrot, choć wcale nie należy do pieszczotliwych. Dla mnie jest cenniejszy niż jakiekolwiek inne wspomnienia, bo przypomina mi o tym, że żyję. I mimo że to życie jest bardzo niedoskonałe, jestem za nie wdzięczna. Żyję, oddycham, jestem. Stoję na ziemi. A pode mną jest grób.

Która z piosenek na „Seasons of My Soul” jest twoją ulubioną?
„Blackbird”. Może dlatego, że wciąż się czuję tak, jak wtedy, gdy ją pisałam. Bywają tygodnie, gdy jestem stale pogrążona w tym depresyjnym i nostalgicznym nastroju. Ciągle bliska jest mi tragiczna postać z tego utworu, która od dziecka wyrosła w wielkim smutku i przyjęła go jako jedyny możliwy stan duszy. „Blackbird” jest o tym, że musimy pozwolić odejść przyjacielowi i pogodzić się z jego stratą. W piosence przyjaciel uosabia właśnie ten ogromny smutek. Bardzo kocham smutek, ale muszę nauczyć się żyć w radości. Śpiewam o uzależnieniu od uczuć, które niszczą człowieka. I o konieczności przejścia na jasną stronę życia. Ale nie wiem jeszcze, czy można się nauczyć być szczęśliwym. W „Blackbird” śpiewam: „Jak długo już się ukrywasz, czarny ptaku” – to ja jestem tym czarnym ptakiem.

Zawsze byłaś outsiderem? W singlu „Aretha” śpiewasz o dziewczynce, która nie chce iść do szkoły, bo nikt jej tam nie rozumie. Bo nie ma modnych butów.
Dla dzieci ważne jest mieć modne buty. Kiedy się takich butów nie ma albo gdy ma się gorsze ciuchy niż koledzy w szkole, dadzą ci to prędzej czy później odczuć i szybko wyrzucą cię poza nawias towarzyski. Oczywiście buty są tu tylko symbolem. Faktycznie, zawsze byłam outsiderem. A raczej obserwatorem – to lepsze słowo. Obserwowałam wszystko z boku.

Także wówczas, gdy byłaś z rodzicami w Pakistanie?
Też, ale nie tylko. Egzotyczne wychowanie zawsze ustawia cię w opozycji do środowiska, w którym obracasz się wiele lat później. Po prostu jesteś inna/inny, z wielu różnych powodów. Cały czas czułam się odmienna. A po latach dowiedziałam się, że moim ojcem był pakistański kucharz.
Gdy mam umarła, miałam 23 lata. Po śmierci matki nie jesteś już dzieckiem, bez względu na to, ile naprawdę masz lat

Uważasz, że artysta potrzebuje mocnych doświadczeń? Takie rzeczy, jak wczesna śmierć rodziców, emigracja, bieda kształtują inną wrażliwość?
Nie wiem, czy innych muzyków ukształtowały – mnie tak, ale nie chciałabym ponownie przeżywać tego, co przeżywałam, stojąc nad łóżkiem umierającej mamy. Miałam 23 lata, więc wiedziałam, co się stanie. Po śmierci matki już nie jesteś dzieckiem, niezależnie od tego, ile masz lat. Śpiewam o tym w piosence „On My Way Home”. Dla mnie jest ona dziełem skończonym, traktuję ją niemal jak powieść o moim życiu, i tak też ją pisałam: jak poetycką biografię. Jest w niej wiele moich dotychczasowych doświadczeń. Trudno mi to jasno wytłumaczyć, ale to utwór o moim własnym grobie. I o drodze powrotnej ze świata umarłych ku żywym, o tym, że w pewnym sensie jestem moim własnym medium, które prowadzi mnie przez różne doświadczenia duchowe.

Wiem już, że nie jesteś zwyczajną wokalistką ani zwykłą dziewczyną. Ale ile jeszcze masz w sobie siły i niezależności? Na ile odporna będziesz na próby zrobienia z ciebie kolejnej księżniczki pop? Albo diwy soulu?
To się nigdy nie stanie z prostej przyczyny: jestem za stara na takie numery. W wieku 30 lat wiesz już przeważnie, kim jesteś i co potrafisz, co chcesz śpiewać lub pisać. Nawet chyba nie potrafiłabym się zmienić do tego stopnia, żeby zacząć się kierować modą w muzyce albo żeby zarzucić pis