Kim jest człowiek z żelaza

Ten tekst miał w ogóle nie powstać. Natłok obowiązków zawodowych i utopijna próba realizacji swoich szczeniackich marzeń to mieszanka wybuchowa, której głównym poszkodowanym jest czas.

Nigdy nie sądziłem, że dam się kiedykolwiek w cokolwiek tak wciągnąć. Nigdy nie sądziłem też, że będę potrafił ciężko pracować, poświęcając właściwie cały swój wolny czas jednemu celowi, jednym konkretnym zawodom.

Właściwie od 1 grudnia przygotowywałem się do tej najważniejszej próby: 1/2 Ironmana w Gdyni – największej polskiej triatlonowej imprezy w historii. Wraz ze mną 1,5 tys. zawodników na starcie. Większość z nich też czekała na to wydarzenie od wielu miesięcy. Dla wielu to debiut na tym wymagającym dystansie. Podniecenie, jakie towarzyszy niemal wszystkim uczestnikom, można porównać do emocji przed egzaminem wstępnym na studia. Z jednej strony strach przed niewiadomą, nadludzkim wysiłkiem, bólem, odwodnieniem, z drugiej – ekscytacja i radość z uczestnictwa w czymś wielkim, emocjonującym i przede wszystkim świadomość zakończenia długotrwałego procesu.

Triatloniści? To odrębna, choć pozbawiona ksenofobii nacja. Cechy wyróżniające – zazwyczaj nieco wychudzeni (w naszym żargonie nazywamy to „wycieniowaniem"), opaleni, często w strojach, które choć symbolicznie wskazują na ich zainteresowania. Wystarczy mały emblemat najsłynniejszej serii zawodów na świecie – Ironman, czy też koszulka z innych prestiżowych imprez. Na łydkach opaski kompresyjne, których zadaniem jest przyspieszenie regeneracji mięśni. W dłoni bidon, z którego co chwila pociągają drobne łyki tajemniczego płynu. Nawadnianie i wpychanie w organizm wielkich ilości elektrolitów oraz węglowodanów to rytuał, ale i konieczność, szczególnie jeśli w perspektywie jest wysiłek trwający co najmniej cztery godziny (w przypadku większości nawet sześć godzin i więcej). W żargonie to carboloading, 
czyli ładowanie węgli.

Tak naprawdę wszystkich najbardziej interesuje, kto jest w jakiej formie. Niby przez lato i tak dość często się spotykaliśmy, niby już walczyliśmy na różnych trasach i mniej więcej wiemy, na co kogo stać, ale zawody w Gdyni to wielkie święto i właśnie na to wydarzenie wszyscy wyciągają swoje najcięższe działa. Artylerią są nie tylko mięśnie i wycieniowana sylwetka, ale także „hardware". Już wcześniej na Expo, które tradycyjnie odbywa się przed zawodami, ale także podczas wstawiania sprzętu do strefy zmian czujny i zazdrosny wzrok rywali ocenia postępy w rozwoju arsenału. Oczywiście głównym obiektem westchnień są rowery, szczególnie te typowo triatlonowe. To często bolidy F1 z drobną różnicą, 
że ich napęd stanowią ludzkie mięśnie. Ale w strefie można zobaczyć właściwie cały przekrój technologiczny 
– od wiekowych kolarek za 1 tys. zł, pamiętających początki kariery Lance'a Armstronga po zbudowane w całości z włókien węglowych najnowsze wynalazki prosto z tuneli aerodynamicznych, których ostateczna cena jest trudna do oszacowania. Na pewno jednak przekracza wartość nowego samochodu średniej klasy. Na szczęście rowery same nie jeżdżą i jeśli właścicielowi „noga nie podaje", to nawet koła za 5 tys. euro nie pomogą.

Mimo rywalizacji na każdym kroku przed zawodami panuje przyjacielska atmosfera. Jesteśmy stęsknieni siebie, swojego towarzystwa i toczących się godzinami opowieści, które mają jeden wspólny mianownik – triatlon. Nasiadówka w restauracji na dzień przed zawodami niewiele się różni od zwykłej imprezy. Gdyby nie kilka szczegółów: zamiast alkoholu głównym napojem jest woda z cytryną, a w menu przeważają pieczone i gotowane na parze dania, na bazie ryb, ryżu i makaronu. No i to ciągłe wzajemne podpuszczanie. Bo zakłady to nieodłączna część tej rywalizacji. Kto z kim wygra? Kto jaki czas osiągnie? Kto będzie szybszy na rowerze, a kto w biegu? Stawki są przeróżne. Czasem trzeba przewieźć kompana na barana po strefie zmian, czasem trzeba wystąpić publicznie w kasku wydrążonym z arbuza, czasem wejść na podium podczas ceremonii wręczenia nagród w różowym stroju z cekinami. Ale i tak przede wszystkim wszyscy chcą pokonać swoje limity, poprawić życiówki.

Dzień po zawodach, gdy już wszyscy dojdą do siebie, wypiją zasłużone dwa łyki piwa i zjedzą wymarzoną pizzę, zapakują sprzęt, wsiądą do samochodów i rozjadą się po Polsce. A później? Później znów będą na pozór zwykłymi lekarzami, adwokatami, menedżerami, dziennikarzami czy handlowcami, którzy niczym legendarny Clark Kent pod garniturem kryją swoje alter ego – człowieka z żelaza.

Maciej Dowbor jest dziennikarzem telewizji Polsat.