Katamaran jak stare wino

Stocznia, w której produkuje się luksusowe jachty, i piwnice pełne najlepszych trunków. Tych miejsc nie trzeba szukać, podróżując po świecie. Są w Polsce. – Bo Polacy lubią żeglować. Mają pieniądze i chcą za nie realizować swoje pasje – przekonuje Nicolas Lapp, współwłaściciel stoczni Sunreef Yachts. Z winami jest podobnie. Coraz częściej są w naszym kraju traktowane jak dzieła sztuki.

To prawda, że na katamaranie czas płynie inaczej?
Kocham łowić ryby podczas takich wypraw. Jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu jest leżenie na łodzi i obserwowanie wschodzącego słońca. Zdejmuję wtedy zegarek i cieszę się chwilą. Na katamaranie odbyłem wiele niezapomnianych podróży, jak np. na Madagaskar czy Seszele.

Fot. Michał Szlaga

I rzeczywiście da się na tym przepłynąć Atlantyk?
Tak, to prawda. Większość zrobionych przez nas jachtów ma załogi i pływa na trasach transatlantyckich. Właściciele – gdy nie używają jednostki – chętnie wynajmują ją na rejsy czarterowe. Tak na marginesie: Pacyfik też można na nich przepłynąć.

Budowanie katamaranów – skąd pomysł na taki biznes?
Ponad 10 lat temu wpadł na niego mój tata. Był już wtedy w Polsce od niemal dekady, działając w branży elektrycznej. Przy okazji miał przyjaciół, którzy lubili żeglować. Mieli takie niewielkie sportowe katamarany, jakieś 16 stóp. Zainteresował się nimi, wkrótce kupiliśmy nieco większy katamaran we Francji i zaczęliśmy go czarterować na Madagaskarze. I tak się zaczęło. Mieliśmy już jacht, ale stwierdziliśmy: fajnie, ale chcemy taki bardziej luksusowy. Takich nie było, więc stopniowo zaczęliśmy je budować.

Ale dlaczego w Polsce?
Bo tata miał tu swoją pierwszą firmę i polubił przywiązanie polskich specjalistów do jakości. Były już przecież w Polsce stocznie budujące luksusowe jednostki. Do tego dochodzą niskie koszty... W Stoczni Gdańskiej znaleźliśmy odpowiedni lokal i zaczęliśmy budować pierwszy jacht, nie mając na niego klienta. Tak by pokazać, co jesteśmy w stanie zaoferować. Wybudowaliśmy jacht długości 74 stóp. Wtedy był to pierwszy tak duży katamaran tego typu. Przez następny rok budowałem marketing firmy, szukaliśmy klientów. I po roku sprzedaliśmy pierwszy jacht. A potem drugi, trzeci... Interes się rozkręcił.

Trudno sprzedać luksusowy jacht w czasach kryzysu?
Zawsze jest trudno, bez względu na czasy. Najtrudniej było w 2008 r., kiedy zaczął się kryzys – przez kilka miesięcy zainteresowanie naszymi jachtami osłabło. Ale i to nie był wielki problem: mieliśmy zamówienia złożone przed upadkiem Lehman Brothers. Wkrótce jachty znowu zaczęły dobrze się sprzedawać.

W 2007 r. sprzedaliście 10 jachtów. Ile sprzedajecie dzisiaj?
Trudno ocenić, bo budowa katamarana trwa co najmniej półtora roku. Ale można założyć, że w tym roku też sprzedamy około 10 jednostek.

Kto kupuje luksusowe katamarany?
To ludzie z każdego zakątka świata. Dziś sytuacja zmieniła się o tyle, że przed kryzysem mieliśmy klientów z Hiszpanii, Grecji. Teraz Hiszpanie i Grecy w ogóle nie kupują. Ruszyliśmy więc w poszukiwaniu klientów poza Europę, zwłaszcza do Azji. I są efekty: zyskaliśmy kilku klientów w Chinach – tymczasem przed kryzysem Chińczycy nie byli na bieżąco z naszymi produktami. Mimo kryzysu wciąż mamy kupców w USA. No i oczywiście zainteresowani są Francuzi. Bo przecież katamaran to pomysł typowo francuski, wymyślony i spopularyzowany przez moich rodaków.
Katamarany w Polsce? Ponad 10 lat temu na taki pomysł wpadł mój tata. Mieliśmy już jacht. Stwierdziliśmy: fajnie, ale chcemy bardziej luksusowy. Zaczęliśmy więc go budować

O Chinach mówi się, że są najbardziej obiecującym rynkiem dla luksusowych jachtów.
To prawda. Za Wielkim Murem mieszka wielu bogatych ludzi i oni są coraz bardziej zainteresowani tego typu wydatkami. Byłem już kilka razy w Chinach i mogę powiedzieć jedno: to raczkujący, dziewiczy rynek. Chińczycy dopiero kupują pierwsze jachty, dopiero budują mariny. Inna sprawa, że niewiele wiemy o naszych klientach z Państwa Środka. Większość z nich kupuje nasze katamarany przez pośredników.

Czyżby więc Chińczycy odkryli nową pasję – żagle?
To nie do końca tak. Chińczycy kupują jachty, by spędzić na nich raptem kilka dni, większość tego czasu cumując w marinie. Dopiero uczą się żeglować. Na razie katamarany są im raczej potrzebne do budowania własnego prestiżu. Klienci z Chin wybierają jednostki większego rozmiaru, za to o standardowym wyposażeniu – najwyraźniej wyszukana elektronika czy nawigacja nie są im do niczego potrzebne. Przede wszystkim chcą pokazać, że mają pieniądze.

Czyli trochę tak jak nowobogaccy milionerzy z Europy Wschodniej i Rosji?
Są pewne różnice. Większość Rosjan jedynie wynajmuje jachty na rejsy czarterowe – czasem bardzo drogie, rzędu miliona dolarów za jeden tydzień. Ale kupca na katamaran mieliśmy w Rosji tylko jednego. Ci ludzie nie są zainteresowani żaglami, bardziej jednostkami motorowymi. A nasz motorowy katamaran jest, jak na ten rynek, stosunkowo nowym produktem: ma raptem kilka lat. Nie jest jeszcze znany w branży.

Poza tym katamarany wydają się być jachtami dla poszukiwaczy przygód, a nie milionerów...
Po trochu tak właśnie jest. Nasza firma dopiero zaczęła budować luksusowe katamarany: większe jednostki, wygodniejsze, świetnie wyposażone. Ale też faktem jest, że nasze jachty są dla tych, których budżet na taki zakup oscyluje w granicach 1–15 mln euro. Budżet największych zachodnich i wschodnich milionerów idzie natomiast w dziesiątki, a nawet w setki milionów. Bo też między pasjonatem, który miesiącami przemierza oceany na surowo wyposażonej łodzi, a miliarderem, który kupuje jednostkę z lądowiskiem dla helikoptera, jest klient pośredni. Ten kupuje luksusowy jacht, ale zwróci też uwagę na zużycie paliwa. U nas trafia na to, czego potrzebuje: motorowy katamaran o długości 70 stóp ma w środku więcej miejsca niż jednokadłubowa jednostka tej samej długości – za to spala o 40 proc. mniej paliwa. Do tego może pokonać Atlantyk: z maksymalną prędkością 28 węzłów oraz ultraekonomiczną – 12 węzłów. Nie ma drugiej takiej konstrukcji. Dlatego to dobry jacht na „trudne czasy”, kryzys i rosnącą wrażliwość na ekologię.

I to za te jedyne, bagatela, 15 mln euro?
A nawet taniej. Żaglowe modele, najtańsze, to wydatek rzędu 1,3–1,8 mln euro w zależności od wyposażenia. Większe, wielkości około 70 stóp, kosztują 2,2–2,8 mln euro. Analogiczna motorowa jednostka to 2,4–3 mln euro. To są katamarany budowane przez nas standardowo. Większa jednostka, np. 114 stóp – to już jakieś 11 mln euro. Siłą rzeczy lepiej sprzedają się tańsze jednostki. Przede wszystkim dlatego, że klienci nie muszą na nie długo czekać. Na większe trzeba czekać minimum półtora roku: najpierw trzeba zrobić projekt, potem przygotować aluminium lub laminat, żywice... Nie da się przy tym skorzystać z wcześniej użytych schematów. To budowa od zera.

Na początku trudno chyba było przekonać klienta, przychodząc do niego i mówiąc: mamy jacht do sprzedania, może pan kupi...
Dlatego sprzedanie pierwszej jednostki zajęło aż rok. Jednak dużo rozmawialiśmy z klientami, mogli testować jacht do woli. No i to były czasy przed kryzysem: ludzie chętniej podejmowali ryzyko. Dzisiaj większość swojego czasu poświęcam już nowemu, „winnemu” biznesowi, który jest również jedną z moich pasji.

Czyli zaczęło się od systemów elektrycznych, potem były jachty, a teraz bierze się pan za wina. Znowu towar z zupełnie innej półki.
Cóż, tata uczył mnie, żeby się nie bać nowych branż...
Nicolas Lapp zaczął budowę pierwszego jachtu w Stoczni Gdańskiej, nie mając na niego klienta. Jego firma chciała pokazać, na co ją stać. Fot. Michał Szlaga

Na wino padło dlatego, że mój wieloletni wspólnik Patrick Danner doskonale zna się na winach i zawsze, kiedy jestem we Francji, organizuje degustacje, po których jestem w szoku: takie fajne wina...
W Polsce znacznie trudniej znaleźć dobre wino, a z drugiej strony są tu ludzie, którzy szukają nie tylko drogich, ale i jakościowych trunków z mniejszych winnic. I powiedziałem: dlaczego nie. Zaczęliśmy kilka miesięcy temu. Mój wspólnik wyszukuje wina we Francji, a ja organizuję sprzedaż w Polsce. Na razie oferujemy tylko francuskie wina – za to jest ich prawie 200 rodzajów, z niemal wszystkich regionów Francji. Zdecydowanej większości z nich nie można kupić w Polsce. Są też bardzo drogie wina, dla kolekcjonerów lub osób gustujących w rzadkich trunkach.
Nie boję się nowych branż. W Polsce np. trudno znaleźć dobre wina. Choć są tu ludzie, którzy szukają nie tylko drogich, ale i jakościowych trunków z mniejszych winnic. Coraz więcej osób kupuje je jako dobro inwestycyjne. Ich cena szybko rośnie

Czyli ludzi takich jak pan? Jest pan kolekcjonerem rzadkich trunków?
Faktycznie lubię wypić dobre wino do obiadu. We Francji mam piwnicę, ponieważ moją pasją jest również picie starych win (nawet białych). Dlatego niektóre roczniki przechowuję latami, zanim będę je degustował.

Dlaczego oferujecie wyłącznie francuskie wina?
Z czasem chcielibyśmy włączyć także inne wina – z Hiszpanii, Włoch czy innych krajów. Ale też chcielibyśmy je samodzielnie importować, osobiście z