Julia w wielkim mieście

Dzięki ludziom, którzy w nią uwierzyli, i serwisowi internetowemu wydała pierwszą płytę. Kolejną, „June”, wydaje już w profesjonalnym studiu. O życiu w Berlinie, pomyśle na siebie i muzykę opowiada Julia Marcell.

Piszą o tobie „Polka mieszkająca w Berlinie”...
Lubię to miasto za jego luz i wielokulturowość. Tyle tu wszystkiego, ale nie czuje się natłoku, raczej taki trashowy, postmodernistyczny kolaż. Berlin jest niby brudny i biedny, ale nie odstręczający, raczej nonszalancki.


Kiedy zdecydowałaś się tam zamieszkać?

To działo się powoli. Pierwszy raz zobaczyłam Berlin, kiedy przyjechałam tam nagrywać „It Might Like You” i wydał mi się fascynującym miejscem. Potrzebowałam nowych bodźców. Kończyłam studia artystyczne i w naturalny sposób zamykał się jakiś etap, trzeba było podjąć życiowe decyzje. Dodatkowo rozpoczęłam tam współpracę z managementem, później z agencją koncertową. W Berlinie coś się więc zaczynało, a w Olsztynie kończyło.

Gdzie teraz mieszkasz?
W Neukölln. To bardzo kolorowa, głównie turecka dzielnica – mnóstwo fryzjerów, kebabów, sklepików, targowisk, ale też artystów, dilerów, młodzieży i bezdomnych. Czasem dzieją się tam bardzo dziwne rzeczy, ale mam ciepłe uczucia dla tego miejsca, lubię jego lokalność. Berlińczycy bardzo angażują się w sprawy swojej dzielnicy, na ulicy zamienia się parę słów z sąsiadami, pan z pobliskiego sklepu też mnie kojarzy, czuję się tam czasem jak w małym miasteczku. Ale wiem, że za tą dzielnicą jest następna i następna, że jest w tym mieście również przestrzeń, którą można odkrywać. Dla mnie Berlin to kolektyw dzielnic: Kreuzberg, Friedrichshain, Wedding, Neukölln...

Pamiętasz pierwszy występ w Berlinie?
Jasne, zagrałam solo przed Wayne’em Jacksonem w klubie Knack dla około 100 osób. Nie miałam żadnych oczekiwań i może dlatego wspominam to tak ciepło.

Czy to miasto przyjazne dla artystów?
Tak, jest bardzo otwarte i daje duże możliwości, zawsze znajdziesz jakiś klub czy salę, która cię przyjmie, i publiczność, która da ci szansę. Media też są żywo zainteresowane tym, co się dzieje. I przede wszystkim jest to szalenie inspirujące miejsce. Choć poziom zagęszczenia artystów, ludzi wolnych zawodów na kilometr kwadratowy w Berlinie już niebezpiecznie zbliża się do granicy krytycznej. Innymi słowy: za dużo tutaj producentów kultury, a za mało konsumentów. Wiem, że ludzie związani ze sztukami wizualnymi mają kłopoty ze znalezieniem pracy: kamerzyści, fotografowie, malarze...

A ty jak sobie radzisz?
Nie narzekam. Co prawda nie mogę się jeszcze utrzymać z samego grania, ale jest coraz lepiej. Niestety stan przemysłu muzycznego troszkę skazuje takich ludzi jak ja na dorabianie. Mimo że moja poprzednia płyta została bardzo dobrze przyjęta, jeszcze nie mogę zrezygnować z innych źródeł utrzymania. Robię więc plakaty, okładki płyt innych artystów i też się w tym artystycznie odnajduję. Lubię to robić.

Tak naprawdę w Berlinie przedłużyłaś sobie czas zabawy. Przecież to miasto, w którym ciągle coś się dzieje.
Powiedziałabym, że raczej stałam się tam bardziej samodzielna. Muszę dbać o swoje sprawy, zrobiłam krok w kierunku dorosłości. Oczywiście mnóstwo się tam dzieje. Na początku jeszcze człowiek próbuje nadążyć, ale po jakimś czasie się poddaje i wraca do swojego rytmu. Ja też najpierw się zachłysnęłam możliwością oglądania wszystkich moich ulubionych artystów na żywo, ale w końcu trzeba było się zająć swoimi sprawami.
Cały ostatni rok przesiedziałam nad płytą. Mam wrażenie, że piosenki na poprzedni album „It Might Like You” same mi się pisały, po prostu siadałam przy pianinie. Może łatwiej mi się pracowało, bo poruszałam się w znanej mi konwencji: fortepian plus kwartet smyczkowy. Czysto akustyczny skład. Teraz postanowiłam dodać do tego elektronikę, no i utonęłam w robocie. Ciągle coś cięłam, zapętlałam, przetwarzałam. Końca nie było widać. Zmieniałam aranżacje, nagrywałam mnóstwo warstw wokali, mieszałam je ze sobą. To była benedyktyńska praca, jestem wykończona.

Co z tego wyszło?
„June” to płyta o rytmie. Do tego stopnia, że komponowanie zaczynałam od rytmu. Eksperymentowałam z metrum, składałam ze sobą warstwy perkusji. Zawsze wychodziłam od jakiegoś pulsu. Potem Moses Schneider i Ben Lauber – producenci, pod opieką których ta płyta powstała, pomagali tym piosenkom nabrać ostatecznego kształtu. Czasem oznaczało to dodanie jeszcze więcej beatu. Ben sam jest perkusistą, razem z Mosesem wymyślili szalone rozwiązania. Świetnie mi się z nimi pracowało. To cudowni ludzie o wielkiej wyobraźni.
Rock, muzyka elektroniczna czy akustyczna. Nieważne. Muzyka w polsce ma wspólny mianownik. Być może powstaje u nas coś na kształt sceny skandynawskiej

Dlaczego drugą płytę, „June”, nagrałaś dla klasycznej wytwórni, a nie ponownie dzięki fanom na SellaBand?
Pomyślałam, że przyszedł czas, by poszukać pomocy u innych. Do tej pory wiele wydawniczych obowiązków spadało na mnie i mój management. Nagranie płyty dla SellaBand niejako na tym polegało, że trzeba się było samemu sobą zajmować. Kiedy więc pojawiło się zainteresowanie ze strony Mystic Production i w Niemczech Haldern Pop, zobaczyliśmy szansę na pracę z ludźmi, którzy lepiej się od nas na tym znają. A przy tym ogromni z nich melomani.

Rodzice nie mieli pretensji, że Julia Górniewicz zmieniła się w Julię Marcell?
Od kiedy tylko zaczęłam coś grać, zawsze wymyślałam sobie pseudonimy. W swoim życiu miałam już milion solowych i zespołowych projektów. Każdy nazywał się inaczej. Rodzice pewnie się już do tego przyzwyczaili.

Jak wygląda polska scena muzyczna widziana z Berlina?
Wcześniej kompletnie nie interesowało mnie to, co się dzieje w polskiej muzyce, jak wygląda nasz rynek. Miałam swoich ulubionych zachodnich wykonawców i tyle. Odkąd wydałam płytę i zamieszkałam w Berlinie, zaczęłam czytać blogi, słuchać nowych zespołów. Widzę, że powstają nowe składy i coraz bardziej ta muzyka jest inna od tego, co się gra w Niemczech czy Anglii. Mam wrażenie, że ma ona jakiś wspólny mianownik. Nieważne, czy jest to rock, muzyka elektroniczna czy akustyczna. Być może powstaje u nas coś na kształt sceny skandynawskiej? Strasznie mi się to podoba.

Chcesz w niej uczestniczyć?
Hmm… myślę, że i tak w pewnym sensie to robię. Nie czułam się nigdy członkiem żadnej sceny czy kolektywu artystów. Działam raczej samotnie i trochę w oderwaniu. Ale jest w moich piosenkach taka polska wrażliwość. Pewien sposób patrzenia na świat. To jest we mnie z racji bycia urodzoną i wychowaną w Polsce. Na „June” słychać to bardzo wyraźnie, bo postanowiłam dać tym emocjom trochę miejsca, wydobyć je z siebie bardziej świadomie.
Zdjęcia: Iwona Bielecka/Materiały prasowe