Joan Miró na ścianie

Zazwyczaj wybitnych twórców łączymy z ważnymi nurtami w sztuce – Picassa z kubizmem, Duchampa z dadaizmem itd. Nie inaczej jest z Joanem Miró, o którym od razu myślimy jako o przedstawicielu surrealizmu.

Rzeczywiście był on jednym z najoryginalniejszych reprezentantów ruchu powstałego w Paryżu w 1925 r. Wcześniej, jeszcze w Hiszpanii, wypracował swój indywidualny styl, który diametralnie zmienił po przyjeździe do Francji. Miró był płodnym twórcą, pozostawił po sobie wiele prac w różnych technikach. Wystawy jego dzieł są organizowane często, a publiczność chętnie je odwiedza. Bywają przeglądem bez wyraźnie widocznej myśli przewodniej, ale są też takie, które pomagają zobaczyć artystę w nowym świetle. Obecnie w Madrycie trwa ekspozycja „Miró i przedmiot" poświęcona pracom przestrzennym, we Frankfurcie zaś taka, która wydaje się dotyczyć malarstwa, a w rzeczywistości odkrywa szczególną koncepcję całej twórczości Joana Miró.

Punktem wyjścia dla wystawy we Frankfurcie są murale tworzone przez artystę w późniejszym okresie. Gotowych dzieł nie da się zaprezentować w jednym miejscu, są za duże i ciężkie do transportu. Ekspozycja pokazuje, że były one logicznym zwieńczeniem zainteresowań artysty. Sprzed narodzin surrealizmu oglądamy tylko jeden obraz – „Farmę" wypożyczoną z Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie, która jest tutaj kluczowym dziełem. Przedstawia wiejskie zabudowania, które malarz znał z dzieciństwa. Uwagę zwraca ściana jednego z budynków pokryta dekoracyjnymi wzorami, tak jakby jej powierzchnia zamieniała się w fantastyczny pejzaż misternie ukazanych detali. Jest samoistnym obrazem w obrazie. Miró przez całe życie chciał nadać malarstwu nowy wymiar, a punktem wyjścia była zwyczajna ściana symbolizująca pierwotność i szczerość.

Ekspozycja pokazywana obecnie we Frankfurcie została przygotowana przez Kunsthaus w Zurychu, gdzie była prezentowana zimą. Dzieła wypożyczono z najlepszych muzeów, m.in. Centrum Pompidou, Galerii Tate, Muzeum Guggenheima, Kolekcji Menil. W Szwajcarii jest zawsze okazja do zobaczenia prac z kolekcji prywatnych. Pojawiły się nawet obrazy ze zbiorów rodziny Nahmad – legendy wśród marszandów sztuki – bardzo rzadko pokazywane publicznie. Taki wybór obiektów to jeden z głównych atutów tej wystawy. Można było się obawiać, że do Frankfurtu przyjedzie wersja okrojona, do pewnego stopnia tak się stało.

Wystawa jest mniejsza, ale na szczęście na tym nie straciła. Nadal pokazywanych jest wiele wyjątkowych obiektów, a nawet sprowadzono kilka dodatkowych, równie ciekawych. Najbardziej irytująca zmiana nastąpiła w sposobie pokazywania prac. Przestrzenie ekspozycyjne w Zurychu i Frankfurcie są podobne i dają dowolność zagospodarowania. W Zurychu stworzono logiczną ekspozycję, bez chronologii, klarownie prowadzącą odwiedzających przez świat Miró w nowy sposób. Kilka wielkich, powojennych tryptyków pokazano w wydzielonych przestrzeniach dających możliwość kontemplacji. Chociaż są to obrazy, to budują wokół nas ściany koloru, tworzą nową przestrzeń i to zostało podkreślone. Scenografia powinna być dyskretna i wspomagać odbiór sztuki. Być może nie zwróciłbym uwagi na ekspozycję w Zurychu, gdyby nie porównanie z wystawą we Frankfurcie. To przykład wyjątkowego niedopasowania scenografii do charakteru prezentowanych dzieł. Pozałamywane ściany działowe, rozpraszające prześwity, brak nastrojowości nie pomagają, ale wręcz przeszkadzają w odbiorze prac. Nie zmienia to faktu, że wystawa jest dobra. Podobnie jak w Szwajcarii, jej zwieńczeniem jest wyjątkowa gratka dla miłośników Miró. Można zobaczyć dwa oryginalne kartony przygotowawcze do chyba najsłynniejszej powojennych prac artysty, czyli Ściany Słońca i Ściany Księżyca wykonanych do siedziby UNESCO w Paryżu. Zostały wypożyczone z Fundacji Miró na Majorce oraz Kolekcji Maeght w Saint–Paul–de–Vence. Choćby tylko dla spotkania tych dwóch warto się na nią wybrać.

„Joan Miró. Wandbilder, Weltenbilder", 
Schirn Kunsthalle, Frankfurt nad Menem, 
do 12 czerwca