Jeźdźcy apokalipsy

Od zawsze kojarzyły się z sukcesem gospodarczym, boomem inwestycyjnym. Jednak specjaliści od rynku nieruchomości zauważyli pewną niezwykłą prawidłowość: budowa najwyższych drapaczy chmur zawsze zbiega się z wybuchem kolejnego światowego kryzysu.

Wieżowce od początku swojego istnienia były synonimem prosperity. Narodziły się przecież w USA, kraju sukcesów gospodarczych. Pierwsze zaczęto budować pod koniec XIX w. w Chicago.

Narodziny drapaczy chmur były możliwe dzięki kilku wynalazkom. Pierwszy to stalowe ramy konstrukcyjne, które pozwoliły wznosić budynki niebotycznie wysokie, bo ściany już nie przenosiły ciężaru pięter. Wcześniej wysokość budynków ograniczyły prymitywne techniki budowlane – murowane ściany w budynkach powyżej kilkunastu kondygnacji robiły się grube jak mury obronne w średniowiecznych zamkach, co było nieopłacalne. Drugim wynalazkiem była winda. Choć proste dźwigi osobowe działały nawet w Koloseum, to dopiero Elisha Otis na wystawie światowej w Nowym Jorku w 1854 r. zaprezentował zmechanizowaną i, co ważne, w pełni bezpieczną windę. I tak rozpoczął się wyścig w górę.

Chicago, a za nim nowojorski Manhattan obrosły lasem wieżowców, bo ceny gruntów były tam wysokie i budowanie w górę było wręcz ekonomiczną koniecznością.

Po Ameryce wieżowce rozpełzły się na cały świat. Pierwsze drapacze chmur w Polsce powstały w latach 30. w Katowicach i Warszawie – wówczas najprężniej rozwijających się gospodarczo polskich miastach. Jednak nawet najwyższy z nich – warszawski Prudential – miał tylko kilkanaście kondygnacji i 66 m wysokości, co w porównaniu z wybudowanym w podobnym czasie Empire State Building (381 m wysokości bez iglicy) stawiało go w gronie mikrusów.

Dziś najwyższe budynki powstają na Bliskim Wschodzie i w Azji Południowo-Wschodniej, czyli w regionach najdynamiczniej rozwijających się gospodarczo. Palmę pierwszeństwa dzierży otwarta na początku 2010 r. Burdż Chalifa w Dubaju, wystrzeliwująca na wysokość 621 m (z iglicą to ponad 200 m więcej) i mająca aż 163 piętra.

Teraz Zjednoczonym Emiratom Arabskim rzuca rękawicę Arabia Saudyjska. Niedawno ogłoszono, że w Dżuddzie, największym portowym mieście Morza Czerwonego, ma powstać Kingdom Tower o wysokości dokładnie 1 km. Koszty budowy opiewają na 1,23 mld dol. Wcześniej jednak powstanie Sky City w Chinach o wysokości 837 m i będzie najwyższym budynkiem na świecie do czasu, kiedy wyrośnie Kingdom Tower.

Plany budowy obu gigantów, choć mogą być odczytywane jako znak końca kryzysu światowego, a przynajmniej otrząśnięcia się rynku nieruchomości, przez niektórych są interpretowane wręcz przeciwnie: jako początek kolejnej zapaści gospodarczej. Specjaliści z brytyjskiego banku Barclays zauważyli w 2012 r. pewną zależność – budowa największych budynków na świecie jest zawsze odbiciem bańki spekulacyjnej, która w momencie skończenia gmachów boleśnie pęka, a skutki tego odczuwane są na całym świecie. Przeanalizowali kilkanaście budynków, które powstawały na przestrzeni ostatnich ponad 100 lat i były w swoim czasie największe. Za każdym razem skończenie budowy kolejnego drapacza chmur było zwiastunem kryzysu.

Na przełomie lat 20. i 30. XX w. Nowy Jork został ogarnięty wyścigiem wieżowców. Kulminacją były dwa giganty: Chrysler Building zbudowany w 1930 r., który przez chwilę cieszył się mianem najwyższego budynku świata, ale zaraz po piętach deptał mu wybudowany w 1931 r. Empire State Building. Zbiegło się to z wybuchem wielkiego kryzysu, który ogarnął Amerykę, a za nią cały świat. Na dekadę cały świat mocno zwolnił obroty.

Z kolei budowa innych gigantów: World Trade Center w Nowym Jorku z 1973 r. i Sears Tower w Chicago z 1974 r. znów była powtórką z historii. Chicagowski wieżowiec pobił WTC pod względem wysokości i stał się najwyższym gmachem świata. W tym samym czasie rozpoczął się jeden z najpoważniejszych kryzysów gospodarczych XX w., zwany naftowym, z racji wzrostu ceny ropy naftowej i pogrążenia gospodarek zależnych od paliw.

Podobnych przykładów podawanych przez specjalistów z Barclays jest wiele. Ostatni, najbardziej drastyczny, to właśnie Burdż Chalifa. Budowany w latach 2004-2009 był zwiastunem ostatniego wielkiego kryzysu gospodarczego, który wybuchł z całą siłą w 2008 r.

Znając tę przedziwną zależność, można z obawami patrzeć na plany budowy kilometrowego wieżowca w Dżuddzie. W zasadzie jednak rewelacje podawane przez Barclays nie są niczym nowym. Budowa kilometrowego drapacza chmur nie ma ekonomicznego uzasadnienia, bo koszty realizacji robią się kolosalne. To już bardziej walka o sam prestiż. O symbolikę. A historia nieraz pokazała, że wynaturzenia w postaci przerostu luksusu i przepychu najczęściej okazują się początkiem końca potęgi, którą miały udowodnić.

Marcin Szczelina jest krytykiem architektury i kuratorem licznych wystaw architektonicznych.