Jej droga: Villas

Nie byłam wielką fanką jej talentu. Ale kiedy pojawiła się informacja o jej śmierci, zrobiło mi się zwyczajnie żal. Bo odeszła wielka gwiazda polskiej sceny. Żywy dowód na to, jak okoliczności i własne słabości mogą zabić artystę.
Przez lata – nasz towar eksportowy numer jeden. Artystka, która na koncertach zawsze miała tłumy wpatrzonych w nią wielbicieli. Ktoś fascynujący, jednorazowy i unikatowy, powalający – jak twierdzą ci, którzy ją kochali – swoim seksapilem wszystkie gwiazdy magazynów dla panów. Głos, z jakim rodzi się jedna osoba na miliony. Cztery oktawy.

Karolina Korwin Piotrowska - dziennikarka TVN Style. Fot. Michał Dembiński
Słabość do pomocy zwierzętom, do kiczowatych i wspaniałych sukien. Słabość do koniaku, dziwnych tabletek czy zastrzyków oraz niewłaściwych mężczyzn. Osobowość skomplikowana, autodestrukcyjna, niestabilna, momentami szalona, która niszczyła tych, którzy jej pomogli, i doceniała tych, którzy pracowali na jej sukces. Skupiona na tym, by być sławną, bogatą, podziwianą i kochaną. Najlepiej i najpewniej czuła się na scenie. Tam miała władzę absolutną nad samą sobą, nad wiernymi fanami i nad akompaniatorami, którzy mieli z nią krzyż pański.
Na długo przed erą tabloidów i chamskich portali plotkarskich wzbudzała plotki, którymi żyła dosłownie cała Polska. A to o tym, skąd ma suknie, futra i słynnego białego mercedesa. Jak dba o włosy i czy te, które widzimy, są sztuczne, czy prawdziwe? Czy to prawda, że zdejmuje je na noc? Czy to prawda, że opływa we wszelkie bogactwa? Ile ma dzieci? Ile ma psów? Czy to prawda, że może przebierać w mężczyznach? Czy to prawda, że zawsze się spóźnia, bo może, bo jest gwiazdą?
Niedawno na rynku księgarskim ukazała się książka „Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia...”, reporterski zapis fenomenu, jakim była Violetta Villas, opisywana tutaj jako VV. Czyta się jednym tchem. Zapis rozmów z tymi, którzy ją znali i zdecydowali się na rozmowę. Na ujawnienie paru tajemnic, ploteczek, historii przybliżających jej prawdziwe, inne od oficjalnego, oblicze. Jej wielki i gorący romans z Januszem Ekiertem, jej nieudana miłość do jedynego syna, którego odrzuciła pod koniec życia, nieudane małżeństwo z pewnym średnio bogatym polonusem z Chicago i jej toksyczne przyjaźnie z tymi, którzy powoli zawłaszczali nie tylko jej dochody, ale i jej świadomość.
Pod koniec ta historia staje się dramatyczna. Jest powolny upadek gwiazdy o talencie jednym na milion. Widzimy obraz zmęczonej życiem kobiety, która powoli oddala się w swój dziwny, momentami chory świat. Czyta się to z bólem. Bo wszyscy widzieliśmy ją umęczoną, kiedy próbowała śpiewać w telewizji. Słyszeliśmy o jej kłopotach, o samotności i biedzie, w jakiej przyszło jej żyć. Jej, kobiecie, do stóp której wielbiciele rzucali kwiaty, futra i biżuterię...

Jej historia to w pewnym sensie kwintesencja show‑biznesu, z jego blaskami i cieniami. Bo z jednej strony z biednych i zdolnych dzieciaków tworzy on gwiazdy, czasem w ciągu jednego dnia, czasem w trakcie trwania jednego talent show. Wystawia je na piedestał, oślepia blaskiem fleszy i kolejnymi zerami na koncie. Tylko niewielu z tych oślepionych szczęściem ludzi zadaje sobie pytanie, czy są gotowi na sukces. Czy są na tyle silni, aby przetrwać nie tylko triumf, ale i upadek, słabszy moment, kryzys, bo każdy, nawet wielka gwiazda, go ma. Villas słabsze momenty niszczyły. Budowała wokół siebie coraz większy mur. Dla ambitnej i marzącej o wielkim świecie blondwłosej dziewczyny, Czesławy Cieślak z Lewina, sława była z jednej strony największym narkotykiem, chorobliwym uzależnieniem, z drugiej – największym ciężarem.
Oby smutna historia Villas była memento dla wszelkich marzących o sławie, pieniądzach, markowych ciuchach, kartach VIP do nocnych klubów i tonach kokainy na stole. Wielkie gwiazdy, obdarzone talentem, też kończą w samotności i biedzie. A co powiedzieć o średnio utalentowanych i mających jedynie parcie na szkło gwiazduniach jednego telewizyjnego sezonu? Czy o nich ktoś kiedyś coś napisze? Czy będzie się komukolwiek chciało?